Depresja – chcesz umrzeć, umrzyj… a potem zacznij naprawdę żyć!

Kochani! Zaczynam kończyć! Bo jeśli nie teraz to już nie wiem kiedy. Trzy lata temu moje życie się skończyło. A potem zaczęłam rodzić się na nowo. To był długi, bolesny poród. Odmówiłam znieczulenia antydepresantami, bo chciałam nareszcie zacząć czuć. Dzisiaj niektórzy z Was już mnie trochę znają. Dzielę się moim życiem z Wami, bo chcę żebyście wiedzieli, że nawet jeśli jesteście teraz właśnie w najgłębszej i najczarniejszej dziurze, macie wrażenie, że światło zgasło i nie ma już nadziei, to ja jestem dowodem na to, że jest. Wiecie już, że kocham życie, kocham i umiem cieszyć się moim niepełnosprawnym synem i 5-letnią adoptowaną córeczką. Fascynuje mnie mój 14-letni zbuntowany syn, a już za chwilę zostanę prawdopodobnie mamą zastępczą dla drugiego, cudownego nastolatka. Przyjmuję życie takie jakim jest, bez znieczulenia i z taką samą ciekawością doświadczam jego jasnych, jak i ciemnych stron.

Szukałam siebie. Szukałam podczas różnych terapii i na warsztatach. Szukałam w muzyce, w książkach i w audiobookach, wśród ludzi i w samotności. Szukałam biegnąc i medytując, w Krav Madze i w jodze. W tej ostatniej znalazłam słowa, które wytatuowałam sobie na lewym przedramieniu: Sat Nam. Ich znaczenie to: Jestem Prawdą, czyli Jestem Prawdziwą Sobą. To najgłębsza życiowa prawda, coś o czym mam nadzieję, już nigdy nie zapomnę. A gdybym zaczęła gubić drogę, ten napis wytatuowany po stronie serca ma mi tę prawdę przypominać.

Jestem wdzięczna wszystkim, których w moim życiu spotkałam, bez względu na to jakie doświadczenia wnieśli do mojego życia. Dzięki tym właśnie doświadczeniom, poznałam granice mojego ja. Dzięki temu wszystkiemu czuję się bezpieczna, bo wiem kim jestem, co jestem w stanie zrobić, by bronić moich ideałów i czego nigdy nie zrobię, by cokolwiek zyskać. Dzięki temu pokochałam siebie, nabrałam do siebie zaufania i nie mam potrzeby kontrolowania mojego życia tak jak kiedyś. Jestem ciekawa nowych doświadczeń i otwarta na to co mi życie niesie.

By tak żyć, musiałam umrzeć. Nie, nie tak dosłownie, choć zdarzyło mi się poczuć śmierć. Bo czasem jest tak, że umrzeć musi ktoś, by żyć mógł ktoś i jest to ta sama osoba. Umiera ktoś, kogo stworzyły okoliczności, rodzice, sąsiedzi, wychowawcy, szkoły, otoczenie, wiara, doświadczenia i rodzi się ktoś kogo dawno pochowałeś, prawdziwy Ty. Rodzi się na nowo to maleńkie, radosne, niewinne dziecko, które potrafi być spontaniczne, autentyczne i szczere w okazywaniu swoich emocji. Które potrafi cieszyć się deszczem tak samo jak słońcem, dla którego tęcza jest powodem do radości, które złości się spontanicznie, intensywnie i krótko, a potem zapomina o urazach. I gdy umrze już ten nieszczęśliwy, przegrany, zgnębiony i chory człowiek, którym się stałeś, Ty i to dziecko stajecie się na nowo jednym. Na nowo uczysz się słyszeć głos Serce, nie boisz się za nim podążać, Twoje zdrowe Ciało ma mnóstwo siły by Cię nieść, Rozum podpowiada najlepszą drogę, a Dusza śpiewem nadaje tempo i rytm.

Czytacie moje wpisy i często pytacie „jak?”, „jak Ty to zrobiłaś?”. Wybrałam się w niezwykłą podróż do wnętrza siebie, zmierzyłam z demonami przeszłości, odkryłam najciemniejsze zakamarki mojej duszy, straciłam po drodze piątą klepkę i wyszłam niosąc w sobie swoje własne światło. I teraz nikt nie jest w stanie go przysłonić, zabrać, ani zgasić, bo jest moje:) Mogę je rozdawać na lewo i prawo i oświecać drogę tym, którzy nadal tkwią w ciemności. Dlatego piszę tę książkę. Piszę tak, jak bym ją pisała dla tej siebie sprzed 3 lat. Piszę prosto z serca, szczerze, autentycznie, bo taka jestem. Piszę dla Ciebie i dla Ciebie i tak, również dla Ciebie. Piszę ją od 2 lat. Nie chciałam żeby była jakimkolwiek manifestem, miejscem do wylewania żalu, pisałam kolejne rozdziały w miarę mojego do nich dojrzewania. Teraz jestem gotowa skończyć i mam na to…17 dni. Dzieci wyjechały z tatą na wakacje, a ja zanurzam się w mojej książce. Dla Was Kochani!

Depresja – chcesz umrzeć, umrzyj… a potem zacznij naprawdę żyć!
4.2 (84.14%) 29 votes

44 thoughts on “Depresja – chcesz umrzeć, umrzyj… a potem zacznij naprawdę żyć!

  1. Witam. Mam depresję po rozstaniu z moim życie moim ukochanym. Nie radzę sobie, boję się zabić, jestem tchórzem ale tak niechce żyć. Niszcze wszystko co dobre wokół mnie. Płaczę, nie mogę pracować, spać. Jestem wrakiem człowieka. Co zrobić by zapomnieć.????

    1. Proszę, jak najszybciej udaj się do psychiatry, a potem na terapię. Tak długo jak żyjesz wszystko może się zmienić. Zatem najważniejsze, to żyć. A resztą zajmiesz się krok po kroku, małymi kroczkami.

  2. Czytam to jak ideologiczną propagandę. Duchowy New Age. Choruję na depresję, ale nie chciałabym urodzić się na nowo jako osoba folgująca swojej próżności.

    Żadne psychologiczne gadanie nie pomoże, jeśli samemu nie zacznie się robić porządku w swojej głowie! Każdy psycholog jest w jakimś stopniu subiektywny i opierający swoje spostrzeżenia na tym, co tej osobie powiedzieliśmy. Ja nie potrzebuję psychoterapii. Kiedyś chodziłam.

    U mnie problem jest z dobraniem antydepresantów nie powodujących skutków ubocznych gorszych od samej choroby. Muszę je brać, by skupić się i mieć siłę funkcjonować cały dzień. Tylko tyle. Nie wiem, jak antydepresanty mogą znieczulać. To chyba leki na nerwicę?

    Niektórzy kryzys, zawód, żałobę, załamanie, lęki, histerię czy neurotyczność mylą z depresją. Choć mogą do niej prowadzić w silnym natężeniu, to nią nie są! Jednak tu przyda się i taki subiektywny psycholog, żeby dana osoba doszła do równowagi.

    Najtrudniejszy jest jednak kolejny etap. Weryfikacja swoich postaw, poglądów, czy nawyków, gdy już czujemy się emocjonalnie w miarę dobrze. Jak tego nie zrobimy, możemy ściągnąć na siebie kolejny kryzys a nawet chorobę!

    PS. Doceniam Panią, za wsparcie jakie daje od lat kobietom z dziećmi tzw. niepełnosprawnymi. Jednak autorytetem w zmaganiach z depresją czy jako chorobą czy jako problemem emocjonalnym, sądząc po artykule, Pani być nie powinna!

    1. Weryfikacji postaw i wyuczonych, nawykowych reakcji na sytuacje życiowe można dokonać niejednokrotnie wyłącznie przy pomocy psychoterapii. Albert Einstein powiedział: Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Większość psychiatrów obecnie zaleca leki jedynie do czasu kiedy pacjent będzie zdolny podjąć terapię i zacząć zmieniać swoje życie tak, by uniknąć kolejnych epizodów depresyjnych. Depresja z klinicznego punktu widzenia jest epizodem. Jednak niektórzy mają do niej skłonności, inni nie. Życzę powrotu do zdrowia na stałe. Bez względu czy z lekami, czy bez.

    1. Depresja czasem wraca. Trzeba nauczyć się z nią żyć jak z upierdliwym sąsiadem. Można też nauczyć się zauważać symptomy zanim nawrót uderzy z pełną siłą. Bardzo ważna jest terapia. Jeśli mogę jakoś pomóc, to daj znać w prywatnej wiadomości.

  3. A ja juz nie mogę, nie mam już sił. Próbowałam wszystkiego! Naprawdę. Boję się popełnić samobójstwo, ale NIE DAM RADY DŁUŻEJ. Co zatem. Ból, samotność i bezsilność są nie do wytrzymania…..Boże, co robić???…

  4. Nie moge juz sluchac I czytac tych coachingowych glupot.Mialam wypadek I teraz moje zycie to operacje I szpitale,zamiast podrizy,rodziny inormalnego zycia.Serio mam sie w zwiazku z tym cieszyc kanapka I rozkoszowac herbata.co za pierdolenie!!

    1. W chwili kiedy się tego nauczysz, przestaniesz być taka wściekła na życie i tych, którzy się nim cieszą, pomimo niepełnosprawności syna, jego chorób, własnej choroby i innych przeciwności losu. Zawsze masz wybór: albo być wściekł i jadowita do końca życia, albo wybrać radość z kanapki, słońca, itp. Oczywiście złość jest częścią procesu uzdrawiania, częścią żałoby, a utrata zdrowia to też strata, więc żałoba przysługuje bez żadnego „ale”. Też byłam wściekła na tych co się cieszyli, kiedy mój syn najpierw miał potwierdzony zespół Downa, a potem wylądował w szpitalu. Rozumiem i szanuję. No i jakoś nie potrafię już być zła, szkoda życia. Nie złoszczą mnie nawet jadowite komentarze. Serio:)

  5. Witam , nawet nie wiem jak trafiłam na tego bloga. Cieszę się , że to wszystko przeczytałam. Nie mam jeszcze siły póki co, na nawet najkrótszy opis tego przez co przechodzę, ale mam nadzieję ,że wrócę tutaj. Pozdrawiam wszystkich państwa i życzę miłego dnia

  6. Witam,
    Podziwiam osoby takie jak Pani, które radzą sobie z problemami o wiele gorszymi od moich i choć życzę każdemu jak najlepiej widząc jak inni idą do przodu czuję się jeszcze słabsza i gorsza. Kompleksy towarzyszą mi od dzieciństwa, strach przed ludźmi i oceną paraliżuje mnie w codzinnym życiu od zawierania nowych znajomości po robienie zwykłych zakupów w sklepie. Skończyłam 30 lat i nie osiagnelam w zyciu kompletnie nic. Moje dotychczasowe związki trwały maksymalnie dwa lata. Przeszło rok temu poznałam mężczyznę który pierwszy raz w życiu był taki jakim sobie wymarzylam. Zaufalam mu w pełni, zamieszkalismy razem, przyjelam jego zaręczyny. Razem poradzilismy sobie z utratą dziecka, poronilam w 10 tygodniu. Choć były miedzy nami spiecia jakie ludzie nazywaja docieraniem sie, nie przeszlo mi przez mysl ze moge go stracic. To byl ten jedyny na cale zycie. Prawie 3 tygodnie temu zerwal ze mną, mówiąc ze nie ma juz sily i uczucie w nim wygaslo bo do siebie nie pasujemy. Nie dal mi szansy chocby na probe. Walczylam z calych sil, na marne. Nie moge spac, jesc. Musze do konca miesiaca wyprowadzić sie majac trudna sytuacje rodzinna i bardzo ograniczone fundusze. To stanowi jednak najmniejszy problem – nie wyobrazam sobie zycia bez niego. Zyje tylko dlatego ze moja śmierć pociagnelaby za soba kolejne. Zyje bo obiecalam ze nie umre choc dniami i nocami w kazdej minucie prosze o boga by mnie do siebie zabral. Nie chce juz czuc tego potwornego smutku, strachu przed kolejnym dniem. Serce wyskakuje mi z piersi gdy mam ataki lęku, mam ochote wybiec z domu i uciekac tylko przed czym i dokad. Nie moge uwolnic sie od samej siebie, od jedynego czlowieka ktorego szczerze nienawidzę. Nie wybacze sobie tego ze zniszczylam swoje tak długo wyczekiwane szczęście. Mam świadomość tego ze juz nigdy nie zaufam drugiej osobie jak teraz a zegar tyka i nie zaloze rodziny, nie doczekam potomstwa. Bo to jego dzieci chce miec i przy nim sie zestarzec. I nie rozumiem sama po co to pisze, po co poszlam do psychologa za ostatnie pieniądze. Nikt mi nie ulzy i nie da złotej rady czy leku na zlamane serce. Nikt nie naprawi mi glowy, ktora gnije od zlych mysli od kilkunastu lat i niszczy relacje z tymi ktorych kocham.

    1. Droga Mileno,
      To co przeżywasz, to żałoba po stracie. Odejście Twojego mężczyzny jest stratą taką samą jak śmierć. Teraz jest Ci bardzo ciężko i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie, ale to przeminie. Pozwól sobie na złość, żal i łzy, ale pamiętaj też, że wszystko dzieje się po coś. Wiem, że teraz nie ma takiej rzeczy, którą mogłabym powiedzieć żeby Cię pocieszyć. Przetrwaj. Pamiętaj, że po każdej burzy, nawet bardzo długiej, wychodzi słońce. Ty też doczekasz się na swoje. Nie rezygnuj z terapii. Terapeuta przeprowadzi Cię przez najtrudniejsze chwile.
      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie,
      Agata

    2. Nie masz pojęcia jak bardzo cie rozumiem przechodzę identyczny dramat w tym momencie jak i ty i kiedy czytam właśnie ten post to widzę siebie przed oczami. Także straciłam miłość swojego życia i dodatkowo całe swoje poukładane życie w ciągu jednego wieczoru i nie mogę się z tym pogodzić czuję jakbym stała ciągle w miejscu po tym jak zrobiłam strasznie wielki krok w tył i nie mogę pójść do przodu, nie mogę sobie wybaczyć nie potrafię patrzeć w lustro.. Nie mam ochoty na żadne kontakty z ludźmi, nic mnie nie cieszy. Wszystko mnie przeraża i przerasta. Moje stany lękowe doprowadzją mnie tak samo do paraliżu jak i ciebie i tylko przy nim nie czułam jak bardzo się boje zwyczajnych ludzkich czynności jak wyjście do sklepu czy załatwienie nowej pracy.. Zaczęłam się tak samo jak ty obwiniać o wszystko i nienawidzę myśli,że mogłam żyć spokojnie bez problemów,
      długów, wyroku, utraty reputacji, straty przyjaciół i utraty ukochanego bez którego czuje się jakbym nie miała prawa istnieć. Tak jak i ty przerabiałam związki maksymalnie do 2 kat i zawsze coś się działo lecz tym razem wszystko miało potoczyć się inaczej mieliśmy się zaręczyć i budować a teraz ja nie potrafię pozbierać myśli a co dopiero siebie do kupy.. Wiem co czujesz dziewczyno i trzymam kciuki.

  7. Mam dosyć ,sprawa w sądzie o mojego kochanego synka ,straciłem pracę i firmę .Moja obecna partnerka też ma mnie już dosyć ,bo siedzi taki leń i nic nie robi .Nie mogę znaleść pracy bo moje CV przeraża dyrektorów (boją się że stracą stołki) byłem nawet na uber ale to tragedia i niszczycielska dla mnie praca ,zarobki i moja wiedza nie są zgodne aby tak było dalej ,chcę aby ona zrozumiała że ciężko w mojej branży znaleść pracę i trzeba czasu ,ona chcę podróżować ,jeździć do sklepów restauracji ,kina .Ale ja jej nie mogę tego zagwarantować ,ona ma znajomości w marketingu ,zna czołowe gwiazdy tv i celebrytów ,czuję się słaby przy niej i nie wiem co robić nawet mieszkam u niej ale staram się żeby mnie nie widziała bo patrzy na mnie z pogardą .Czy jest jakieś miejsce gdzie mogę zacząć wszystko od nowa ?

    1. Tak, jest takie miejsce… To Ty sam. Zacznij od siebie. Zacznij od poznania własnych potrzeb i pragnień. Zacznij od tego, by zaufać sobie, by poznać i pokochać siebie. Pomimo porażek i wszystkiego co wali Ci się na głowę, masz prawo do miłości i szacunku. Zasługujesz na to. Nie musisz nikomu tego udowadniać, choć pewnie na tym etapie masz wrażenie, że musisz. Sądowi, że zasługujesz na kontakt ze swoim synem, partnerce, że jesteś wart jej miłości. To czas, który weryfikuje znajomości i relacje. Czasem lepiej jest być przez jakiś czas samemu, poukładać sobie życie, a dopiero potem otworzyć się na związki. Zdrowy związek może stworzyć tylko dwoje zdrowych ludzi. Powiedz, czy myślałeś o tym żeby wybrać się na terapię? Sporo zawirowań w Twoim życiu, a takie sytuacje stwarzają spiralę nieszczęścia, która potrafi dosyć długo się nakręcać, a każda porażka godzi w Twoje poczucie własnej wartości. A Ty zasługujesz na miłość i szacunek, w pierwszej kolejności własne, a kiedy już nauczysz się kochać i szanować siebie, nauczysz też innych szacunku do Ciebie. A takiego człowieka chętnie się zatrudnia, z takim z przyjemnością można się związać. Zacznij więc od siebie:)

  8. Witam, pięknie się to czyta…ale ja już nie mam ani sily, ani wiary, że będzie lepiej…jakiś czas temu, szukałam pomocy i…czym bylam bliżej, tym bardziej mi się wymykała, a najgorsze jest to, że umierali, albo w inny sposób znikali z mojego życia Wszyscy, którzy na prawdę starali mi się pomóc. Nie czuję życia, nie widzę kolorów, za dużo złego wydarzyło się i nadal się dzieje…co wieczór przed zaśnięciem marzę, żeby rano się nie obudzić. Pisałam wielokrotnie, ale albo nie było odzewu, albo odpowiedz, ,, będzie dobrze…” Nie, nie będzie. Czuję, że przegrałam i boję się. Jestem z tym sama, przestałam wychodzić z domu, przepraszam, to nie ma sensu.

    1. Kochana, bardzo bym chciała Cię przytulić. Teraz mogę polecić Ci książkę Aleksandra Lowena „Depresja i Ciało”, w lipcu wyjdzie moja „Depresjologia”. Proszę, próbuj. Maleńkimi kroczkami próbuj. Zrób sobie 1 maleńką przyjemność dzisiaj, a potem próbuj dalej. Lee Lipsenthal w książce „Ciesz się każdą chwilą, każdą kanapką” mówi „drap ściany”, bo depresja to puszka, ale drapiąc ściany można w końcu ujrzeć światło. Poddaj się na chwilę, odpocznij, a potem drap dalej. Nawet siedząc w domu możesz. Możesz zamówić książkę, możesz znaleźć wykłady na YT, możesz medytować, nawet jeśli będzie to 1 minuta dziennie. Od czegoś trzeba zacząć. Ściskam Cię bardzo mocno<3

      1. Życie jest ciężkie albo rodzisz się szczesliwa albo odwrotnie i to dźwigasz przez cale swoje życie . Dużo osób może powiedziec ze jest nieszczęśliwym bo cos bo przez cos. Moje życie od małego jest jednym wielkim nieporozumieniem marzenie by umrzeć miałam juz w wieku 5 lat nie chciano nie kochana nawet wykorzystywana ojciec zgotowal mi pieklo niby jestem silna no ciągnę każdy dzień . Ale mecze się podnoszę się bo musze ale po chwili spadam za dużo jak na jedna osobę . Trzymala mnie myśl ze stworze normalna rodzine ale nawet to mi się nie udalo nie mogę miec dzieci co jeszcze na mnie spadnie przezylam juz chyba wszystko ale wiem ze to nie koniec . Bylo bicie zly dotyk prunowal mnie zabić zniszczył psychicznie ucieklsm w tabletki od dziecka rodzeństwu wmawial ze gdybym się nie urodziła rodzina byla by pelna szczesliwa wiec wszyscy się odwrócili nienawidzą mnie potem mąż alkohol koszmar i rozwód wylądowałam na ulicy bylam bezdomna ale wstalam praca wynajęte mieszkanie chłopak żyjemy od wypłaty do wypłaty teraz olazuje się ze jestem pezplodna czeka mnie sprawa za cos czego nie rozumiem nie zrobiłam facet chyba chce innego zycia wiec nasz koniec bliskimam 34 lata i przegrane życie od samego startu czas z tym skończyć zylam z mysla ze w końcu moja karta się odwróci ale czas spojrzeć racjonalnie nigdy nie będzie juz dobrze

        1. Kochana, nie jesteśmy w stanie zmienić tego co było, ale jesteśmy w stanie zmienić to jak na to patrzymy. Masz w sobie dużo żalu, zwątpienia, goryczy. Brak nadziei na zmianę. Zwykle poruszamy się w jakimś określonym, zamkniętym świecie, który sobie tworzymy. Otaczają nas ci sami ludzie, odwiedzamy te same miejsca. Chodzimy do pracy, potem do tej samej apteki i tego samego spożywczego. Spotykamy tam tych samych ludzi, wracamy do domu tą samą ścieżką. Staramy się utrzymać wszystko po staremu, bo to daje nam poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie marzymy o tym by nasze życie przeszło jakąś magiczną metamorfozę i się zmieniło. Jeśli jednak ma się zmienić, musimy opuścić te znane ścieżki i pomimo lęku zacząć robić inne rzeczy, chodzić innymi drogami, odwiedzać inne miejsca i spotykać innych ludzi. Trzeba zacząć od wycinania ze swojego życie wszystkiego co nas boli i rani, wszystkiego, co sprawia, że czujemy się gorszym człowiekiem. A na miejsce usuniętych relacji, opuszczonych miejsc, wyrzuconych znajomości należy uważnie i odważnie dobierać nowe. Wychodzić poza znane i bezpieczne, poznawać nowe miejsca, nowych ludzi. Robić to, co się kocha, nawet jako hobby. Uczyć się siebie, słuchać swoich pragnień i reagować na nie. Dawać sobie prawo do przyjemności, do radości. To z początku może wydawać się trudne, ale nie trzeba robić żadnych gwałtownych ruchów, wystarczy zrobić jeden krok w kierunku, którego się pragnie. Przeczytać parę stron książki, wybrać się w jedno nowe miejsce, spróbować jednej nowej rzeczy.
          Przypomnij sobie, co lubisz robić i zacznij to robić, tak, by każdego dnia zaznać trochę przyjemności, a potem wieczorem myśl właśnie o tym. Nie o tym co Ci się w życiu nie udaje, ale o tym co Ci wyszło, co się udało tego właśnie dnia. I tak codziennie. Zobaczysz, Twoje życie zacznie się powoli zmieniać.

  9. Jest Pani niesamowita, czytając Pani teksty tak wiele siebie w nich odnajduję.
    Jest Pani aniołem, któremu życie podcięło skrzydła, jednak on lata jeszcze wyżej.
    Pozdrawiam gorąco.
    Monika.
    p.s Też czekam na książkę z niecierpliwością.

  10. A ja….Nie umiem.zaplanowalem wszystko od początku do końca.mam 40 lat….I pokopane życie.I wystarczy…..Pojadę w góry.moje ukochane jedyne…Piękne….Będę tam sam…..I sam tam pozostanę….

    1. A jak już nasycisz się tą samotnością, to wróć do nas i zacznij od nowa:)
      Trochę Ci tych gór zazdroszczę. Też bym się tak chętnie na trochę zaszyła i napisała książki, które noszę w sobie i nie mam czasu ich napisać;)

    2. witaj Piotrze

      mam nadzieję, że nie zostałeś w tych górach naprawdę…

      nie wiem co Ci powiedzieć…

      bo przecież to, że ja też mam pokopane życie na pewno Cię nie pocieszy…

      A może napiszesz do mnie, może będzie Ci raźniej i lżej czekając na maila od kogoś, kto Cię zrozumie…?

  11. Pani Agato trafiłam przypadkiem na tego bloga i przeczytałam ten wpis. Chociaz od jakiegos czasu wydaje mi sie ze nie ma przypadkow,.Nie umarłam jednego dnia, nie było jakiegoś konkretnego punktu od którego zaczęłam zmianę. Po prostu zaczęłam dawać sobie większe prawo do szczęścia. I tak się dzieje gdzieś od marca. Ale chciałam się Pani coś zapytać. Czy to normalne ze w takim procesie traci się ludzi, którzy byli blisko przy mnie gdy cierpiałam, byłam smutna. Teraz kiedy czuje się lapiej, kiedy coraz bardziej się kocham i szanuje, trace ludzi ale oni mówią ze są alienowani przeze mnie. A moze tak jest? Moze to oni ciągnęli mnie w dół? Dla jednych widze ze staje się w jakiś sposób aspiracja, mówią ze uwielbiają mój szczery śmiech ale to są nowe osoby które nagle zaczęły mnie zauważać i ja też czyje ze do nich ciagne. Ale czemu uciekam od dawnych znjaomych. Nawet nie robię tego świadomie

    1. Aneto,
      To co piszesz jest zupełnie normalne. Związki, które tworzymy z ludźmi są związkami pewnych zależności. Ciągniemy zwykle do takich jak my sami. Kiedy mamy dzieci, chętniej spędzamy czas z innymi dzieciatymi, a ci niedzieciaci schodzą na margines naszego życia. Nie dlatego, że świadomie ich dyskryminujemy, ale dlatego, że nasze życie jest już zupełnie inne. Brakuje wspólnych tematów, nawet godziny naszego funkcjonowania się zmieniają, bo padamy o 22giej, a single dopiero rozpoczynają o tej godzinie życie. Tak samo jest ze stanem naszego ducha. Jeśli jesteśmy nieszczęśliwi, w depresji, to przyciągamy dwa rodzaje ludzi: takich, którzy uwielbiają pławić się w nieszczęściu tak jak my (z tymi razem płaczemy, nawzajem się pocieszamy) i takich, którzy czują się od nas lepsi i chcą nam pomóc, budując na tej zależności poczucie własnej wartości. W momencie kiedy zaczynasz się cieszyć życiem, kiedy Twój stosunek do świata i siebie samej się zmienia, zarówno jedni, jak i drudzy czują się zdradzeni i odrzucenie. No bo jak to? Nie chcesz już spędzać długich wieczorów przy winie narzekając i popłakując?! Ale jak to tak? NIe potrzebujesz już pocieszania, dobrych rad, pomocy i wyciągania z dołka?! Wiele osób będzie tym Twoim nowym szczęściem urażonych, zranionych i będą się obrażać. A niech się obrażają. Jeśli ktoś nie potrafi cieszyć się razem z Tobą, jeśli nie potrafi docenić Twojej zmiany, niech odejdzie. Trudno. Na ich miejsce przychodzą ludzie szczęśliwi, pogodzeni ze sobą i niezależni. Po prostu zdrowi. A zdrowy związek mogą tworzyć tylko zdrowi ludzie. Oby ich w Twoim życiu było coraz więcej:)

  12. Właśnie, jak to zrobić by cieszyć się życiem? By wyjść z depresji? Jak Pani to zrobiła? Zmagam się z nią już bardzo długo. Proszę o jakieś wskazówki. Pozdrawiam

    1. Asiu,
      odpowiedź na to pytanie to cała książka. Nie dam rady streścić jej w 3 zdaniach, ale staram się z całych sił streszczać, żeby jak najszybciej ją skończyć.
      Bądź dla siebie dobra.
      Ściskam,
      Agata

  13. Jako 38 letnia kobieta, matka, p.o żony, pracownik pokochałam w końcu inną kobietę 🙂
    Panią, Pani Agato 😉
    Tylko bez skojarzeń poproszę 🙂 Po prostu uwielbiam Pani przemyślenia……
    I dziękuję za TEN BLOG z całego serca. Na książkę czekam i stoję już w kolejce.
    Pozdrawiam
    Justyna

  14. Dobrze mieć więcej, niż jedno życie. Bo kiedy z pierwszego nie potrafimy wycisnąć ile się da, zawsze jest to drugie, zapasowe. Niektórzy nigdy do niego nie docierają żyjąc długo i ,,szczęśliwie”nawet i 100 lat, narzekając przy tym na niesprawiedliwość losu. Ciesze się, że umarłaś, bo dzięki temu zyskałaś życie. Mam nadzieję, że ten wpis dotrze do wielu osób , które potrzebują usłyszeć to od kogoś, kto był po drugiej stronie i wrócił.
    Nie myślałaś nigdy nad tym, aby zostać mówcą motywacyjnym (jak np. Nick Vujicic) ? Ja tu widzę potencjał;)

    1. Przemknęło mi przez myśl… Zawsze bałam się publicznych wystąpień, ale od jakiegoś czasu już się nie boję. Ale kolejność jest taka: książka, potem może jakieś warsztaty w mniejszym gronie, a potem się zobaczy;)
      Ale skoro Ty o tym wspomniałaś, to może zacznę tę myśl pielęgnować bardziej czule:)

      1. Umarlam 5 lipca tego roku na oczach dzieci upadlam bez sil na podloge od wczoraj jem i po malu wstaje i jestem wlasnie takim dzieckiem stapam po wolutku po domu.i nie wiem skad umie ugotowac rosół….nawet moj autystyczny syn zajal sie sam soba w tym dniu i mnie zszokowal samodzielnoscia.

        1. Czasem właśnie tak jest, że bierzemy na siebie zbyt wiele wyręczając wszystkich i nie pozwalamy im w ten sposób na samodzielność. Zawsze nasz upadek jest po coś. Czasem po to, by pokazać nam samym siłę naszych bliskich i to, że nie musimy dźwigać ich wszystkich na swoich plecach.
          Uściski,
          Agata

  15. Powodzenia Agato!
    Mam nadzieję, że ten wpis to nie jest pożegnanie z Twoimi wiernymi czytelnikami, dla których jesteś więcej niż tylko ciekawą babką, która pisze bloga sobie a muzom. Powiem Ci, że to co piszesz jest pewnym katharsis dla (mnie i) mojej żony, która będąc dużo bardziej wrażliwą po czterech latach miewa jeszcze problemy, żeby cieszyć się naszym synkiem. Dlatego często będąc w pracy podsyłam Jej Twoje teksty (przecież mam RSSy, wiem pierwszy!) z adnotacją, a potem Ona, psycholog z wykształcenia, po powrocie do domu, opowiada, i analizuje, i utożsamia się z tym co lub o czym piszesz. Rozmawiamy przy obiedzie i rozmawiamy kładąc się spać. Za to masz mój szacunek i wdzięczność.
    Posiadanie dziecka z trysomią 21.-ego chromosomu nie jest końcem świata, a początkiem wspaniałej podróży. Dokładnie jak w wierszu „Welcome to Holland” Emily Perl Kingsley. I tak jak kiedyś nienawidziłem tego utworu, tak samo teraz potrafię go zrozumieć. Zanim mój syn miał imię, wybrałem już dla niego całe życie: najlepsze szkoły, obowiązkowe zajęcia pozalekcyjne, podróze wakacyjne, zawód… Narodziny i diagnoza zmieniły to wszystko. Zmieniły mnie. Zacząłem szukać. Znalazłem. M. in. Twojego bloga i Ciebie. Uświadomiłaś mi, że nie jestem sam w tym, jak się czuję. Za to mam u Ciebie dług.
    Nie kończ pisać. Bo piszesz nie tylko dla siebie, piszesz dla mnie, dla mojej żony i dla wielu innych osób.
    A książkę kupię. Na pewno.
    Pozdrawiam!

    1. No coś Ty! Bloga kocham nad życie i kończyć z nim nie zamierzam! Kończę książkę! Mam już w głowie kolejną, właśnie o dzieciach:)
      Cudownie się czuję po przeczytaniu Twojego komentarza. Dodajesz mi skrzydeł:) Dziękuję!

  16. Pani Agato! Niedawno trafiłam na tego bloga, przeczytałam od samego początku. Jest po prostu doskonały! Wiele w życiu spotkało mnie złego i nadal spotyka, ale dzięki Pani zaczynam wierzyć, że jeszcze dla mnie zaświeci słońce i będzie dobrze. Serdecznie pozdrawiam!

    1. Bardzo dziękuję:) Słońce świeci dla nas wszystkich, ale wielu z nas tego nie widzi, bo mamy oczy skierowane w dół.
      Ściskam:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.