Koronawirus i 5 etapów żałoby

Jednego dnia straciliśmy wszystko: wolność, możliwość odwiedzania bliskich, robienia zakupów, chodzenia do pracy, edukowania dzieci w szkołach, brania udziału w szkoleniach i konferencjach, prowadzenia biznesów, wyjazdów. Każda strata skutkuje żałobą, a każda żałoba to pięć etapów przez które każdy z nas przechodzi w swoim tempie i w różnej kolejności. Warto o tym wiedzieć i świadomie przechodzić żałobę związaną z izolacją i nową rzeczywistością, w której przyszło nam żyć. Pozwolić sobie na wszystkie emocje, bo wszystkie są potrzebne i wszystkie są dobre. Wszystkie są po coś. Im mniej będziesz się opierać, tym szybciej przejdziesz do ostatniego etapu, a tam czeka nagroda:)

1. Wyparcie

„Chorują tylko w Chinach. Chorują tylko starsi. Chorują inni, daleko ode mnie. To tylko zwykła grypa, o co więc cały ten hałas? Przeszliśmy już różne plagi i nic nam się nie stało. Ktoś na tym zarabia, ale tak naprawdę żadnego zagrożenia nie ma.” – to hasła wyparcia. Nie chcemy przyjąć do wiadomości, że epidemia nas dotknie, bo nie jesteśmy emocjonalnie gotowi na przyjęcie takiego ciosu. Ani indywidualnie, ani jako społeczność. Niektórzy do tej pory kpią z nakazu izolacji. Młodzież organizuje „Koronawirus party”, osiemnastki i inne melanże korzystając z zamkniętych szkół. Niektóre matki są nadal przekonane, że dzieci TEGO nie łapią, więc hurtowo puszczają  swoje pociechy na place zabaw.

Wyparcie jest zupełnie naturalnym sposobem na radzenie sobie z niezrozumiałym, z niebezpieczeństwem, ze stratą. Przeżywamy ten etap zarówno przy stracie telefonu, pracy, jak i przy stracie osoby bliskiej, wierząc w to, że wyzdrowieje, że stanie się cud. Teraz też w to wierzyliśmy. Zbiorowe wyparcie we Włoszech doprowadziło do katastrofy epidemiologicznej. Na szczęście nasze społeczeństwo uczy się na cudzych błędach i mamy coraz więcej odpowiedzialnych obywateli, którzy na poważnie podchodzą do wyzwania, które przed nami postawił świat.

2. Targowanie

Jeśli zaopatrzę się w makaron i papier toaletowy, to zaraza mnie nie dotknie. Wpłacę datek na cele dobroczynne i tym samym wykupię sobie dyspensę od pandemii.. Chroniona bezpieczną bańką statusu, dobroczynności, zamożności, czy wiary, wytarguję sobie zdrowie.

Targowanie jest kolejnym etapem żałoby. Negocjujemy z losem, Bogiem, szefem i rodziną. Negocjujemy, by odsunąć od siebie zło, obiecujemy oddać zdrowie, pieniądze i to co dla nas najcenniejsze by Bóg, świat, wszechświat nas oszczędził. Nas i naszych bliskich. Składane przysięgi stają się paktami, które podświadomie wypełniamy nawet kiedy niebezpieczeństwo minie. Z leku przed zemstą sił wyższych, które oszczędziły nas przed zarazą możemy skazać siebie na utratę pieniędzy, zdrowia i tego co dla nas cenne. Warto uświadomić sobie te pakty i zerwać je zanim zaczną rujnować nam życie. Najwyższy zna 5 etapów żałoby i nie będzie nas rozliczał ze składanych w rozpaczy obietnic.

3. Smutek

Siedzę w domu od tygodnia. Z czwórką dzieci. Mój syn z zespołem Downa nie rozumie dlaczego utknęliśmy w domu. Chodzi za mną i pyta: do kina? do parku? trampoliny? do zoo? A ja za każdym razem odpowiadam NIE. I wtedy on zaczyna od nowa: do taty? do zoo… Jest mi smutno, bo nie jestem w stanie mu wytłumaczyć, że musimy chronić siebie i bliskich przed chorobą. Że to on, jako dziecko niepełnosprawne ze skłonnościami do zapaleń płuc i historią hospitalizacji z tego powodu musi być najbardziej chroniony. To on z nas wszystkich ma najmniejsze szanse na przeżycie. Tyle, że on jeden tego nie rozumie.

Wychodzę z psem. Pies nie rozumie dlaczego nie może już wąchać się z mopsem. Tańczy na naprężonej smyczy. Właściciel mopsa i ja litujemy się nad psami i pozwalamy powąchać trzymając się od siebie na odległość dwóch wyciągniętych smyczy. Lokalna kawiarnia walczy o przetrwanie. Oferuje dania na wynos. Lubię to miejsce, więc co jakiś czas idę i kupuję. Instynktownie wstrzymuję powietrze mijając ludzi. Wchodząc do domu dezynfekuję klucze, telefon, portfel, klamkę i ręce, które postarzały się o dwadzieścia lat od wcieranego żrącego żelu do dezynfekcji. Cieszę się, że go mam. Cieszę się, że mam maski antywirusowe, bo zamówiłam parę tygodni temu. W internecie wojna antymaskowa. Tak jak bym te maski ukradła lekarzom. A ja kupiłam z apteki internetowej. Jak już były w aptece, to do lekarzy by już przecież i tak nie dotarły. Do Kauflanda poszłam w masce i silikonowych rękawiczkach. Jak jakiś cyborg. Kupiłam mięso, jabłka, papier toaletowy (jeszcze był) i koniak, którego nigdy nie piłam. Spróbowałam. Ohyda. Nadal nie będę piła. W Kauflandzie staruszek przy półce z szamponami pyta czy znam angielski, bo on nie może znaleźć szamponu na wypadanie włosów. Chyba uznał, że ta w masce i rękawiczkach jest bezpieczna. Ucieszyłam się, że mogłam stanąć bliżej człowieka i pomoc mu z tym szamponem.

Ada skacze jak na sprężynie. Dostaje karty pracy od wychowawczyni. Wyje, wije się i rozpacza, bo ma dysleksję i zwykłego lenia. No bo w domu w końcu siedzi, a to nie miejsce by pracować nad zadaniami przez kilka godzin dziennie. Mam wrażenie, że jestem zalewana zadaniami szkolnymi dla moich dzieci i nie wyrabiam z ich realizacją.

Budzę się o siódmej, wstaję o ósmej, maluję oczy i czeszę włosy by zachować resztki normalności. Nie zdziadzieć w rozciągniętych dresach z tłustym włosiem. O dziewiątej robię dzieciom śniadanie. Sprzątam w kuchni, puszczam zmywarkę, robię pranie i wymyślam dzieciom atrakcje by się zajęły przez jakiś czas. Dzisiaj wyniosłam koce na balkon. Sama w tym czasie staram się wymyślić coś żeby zarabiać. Moje ukochane szkolenia musiałam odwołać. Smutno mi. Książek nikt nie kupuje, bo nikt nie chce w domu  kuriera, który poza książką może przecież przynieś coś jeszcze… Opracowuję szkolenia online, ale na to potrzebny jest czas, bez „mamo” co pięć minut. Jest mi smutno, bo wszystko na co tak mozolnie pracowałam przez ostatnie lata traci swoją wartość.

W nocy wychodzę pobiegać. Opuszczam osiedle schylając się pod szlabanem żeby nie dotykać żadnych guzików. Zawsze biegam jak mi źle. A teraz  mi źle. Staram się świadomie przeżywać swój smutek. Smutek wypierany może przeobrazić się w depresję. A ja od depresji wolę trzymać się z daleka. Zbyt dobrze się znamy…

Każdy z nas musi opłakać swoje straty. Każdy, bez wyjątku coś teraz traci. Każdy poczuje smutek. Wypierany smutek kończy się depresją, albo przeradza w niekontrolowane wybuchy złości. Bądź smutna/smutny, bo masz do tego prawo.

4. Złość

Z utęsknieniem czekam na złość. Czekam aż kurwica zacznie rzucać mną o ściany. Wtedy poprzestawiam meble, umyję okna, wypi…dolę zbędne graty z domu, balkonu i garażu. Wieczorem przefarbuję włosy i do czwartej nad ranem będę bębniła w klawiaturę pisząc, pisząc i pisząc. Bez lęku o utratę odporności z braku snu i zmęczenia. Bo pisać teraz mogę tylko nocą…

Jakim prawem zabrano nam pracę i wolność?! Pozbawiono planów na przyszłość?! Za jakie grzechy gnijemy w domach wyjadając resztki słoików by nie musieć wychodzić do sklepu?! Dlaczego dzieciom ktoś odbiera pierwsze promienie wiosennego słońca?! Dlaczego?! I kto jest winny?! System, Państwo, służba zdrowia, turysta który wyjechał na ferie do Włoch?! Jeśli znajdę winnego, zlinczuję, wyleję wiadro pomyj i doprawię jadem nienawiści. Za te wszystkie straty, za wycieczki na które nie pojechałam, za stracone pieniądze i za te, których już nie zarobię. Za to, że nie wiem kiedy zobaczę rodziców, braci… Za to, że utknęłam w czterech ścianach…

Czekam na tę złość, bo nie zamierzam jej tłumić. Nie będę malowała uśmiechu na ustach. Jak przyjdzie wymaluję ją soczystym listem na tylu kartkach papieru ile będzie trzeba bym poczuła ulgę. A potem spalę to gówno i spuszczę w kiblu. I zrobię to tyle razy ile będzie trzeba, ale dopiero po tym jak poprzestawiam i wypi…dolę co trzeba.

Złość jest niezbędna do przetrwania. Jest twórcza, dodaje energii. Jednak niewypowiedziana, tłumiona, może krzywdzić. Naszych bliskich i nas samych. Dlatego daj jej upust. Wal w poduszkę, krzycz w łazience, napisz list i wylej wszystko co cię w środku parzy nie przebierając w słowach. A potem zniszcz. Puść z dymem, spuść z wodą. Niech odejdzie, a wtedy Ty poczujesz ulgę.

5. Akceptacja

Mówili, że dwa tygodnie, ale to już chyba jasne, że nikt nie wie kiedy świat wróci do normy. Nic już nie będzie takie jak kiedyś. Wirus nie wyparuje w promieniach wiosennego słońca. Nie wymrze skręcany głodem kiedy ofiary pochowają się w domach. Czas zacząć meblować się w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która kazała wcisnąć hamulec bezpieczeństwa w pociągu ludzkości pędzącej ku samozagładzie. Nasze dzieci nie wrócą za dwa tygodnie do szkoły. Być może nie wrócą aż do wakacji. Na wakacje nie wyjedziemy ani do Tajlandii, ani do Włoch, ani pewnie na Hel. Zostaniemy blisko domu, z żelem antybakteryjnym w kieszeni. Zanim weźmiemy udział w jakiejkolwiek konferencji upłynie sporo wody. Czas spojrzeć bakcylowi w oczy i zacząć planować na nowo, biorąc pod uwagę nowe okoliczności. To jak spojrzenie na narzędzia, które posiadasz, bez żalu, że nie masz innych. Bez grzebania w przeszłości i chęci odwołania wyjazdu, na którym byłaś z dziećmi podczas ferii. To brak bezczynnego siedzenia i oczekiwania na cud, który już niedługo Cię uratuje. Żyjesz teraz. A teraz jest jak jest.

6. Wdzięczność

Tytuł mówi przecież o 5 etapach żałoby. Jakim cudem więc szósty. Wdzięczność nazywam szóstym etapem żałoby. Dlaczego? Bo to moment, w którym zaczynamy dostrzegać siłę w tym co się wydarzyło, zaczynamy budować nowe imperium z tego co mamy, zamiast stać bezradnie i narzekać na to co nam odebrano. To czas kiedy dostrzegamy szansę na nowe, lepsze życie i dostrzegamy wielką wartość w stracie, której doświadczyliśmy. Zastanów się co możesz zdziałać z tym co masz w okolicznościach jakie teraz są i zacznij budować. W tym momencie przestajesz być ofiarą mikroskopijnego wirusa i stajesz się wielką Panią lub Panem swojego życia! O tym w kolejnym wpisie:)

Photo by Anthony Tran on Unsplash
Koronawirus i 5 etapów żałoby
4.2 (83.13%) 224 votes

16 thoughts on “Koronawirus i 5 etapów żałoby

  1. Agato,

    jak zawsze… bez owijania. Dziękuję i rozsyłam w świat.
    PS Spotkałyśmy się na finale Bazgroła u Grzesia R.
    Pozdrawiam,
    zdrowia Silna Kobieto!

    Nika

  2. Dziękuję za ten wpis. Niesamowicie napisany i bardzo poruszający, w punkt.
    Myślę o tym od dawna, że trudno mi wyczuć, na którym etapie jestem. Mam wrażenie, jakby mnie coś zamroziło w środku i od wielu dni czekam na smutek, który nie nadchodzi. Czasami zjawia się tylko frustracja. Duży projekt, moje „dziecko”, poszedł z dymem. Wiem, że powinnam być smutna, chcę żeby smutek nadszedł, kiedy zjawia się dołek, nie próbuję go wypraszać, ale nawet kiedy się zjawia, wpadam w stan otępienia. Nie potrafię tego opłakać. Nie wiem, czy da się znaleźć katalizator, który pomaga przejść w następną fazę… Jak Pani myśli?
    Jeszcze raz dziękuję za ten artykuł!

    1. Grunt to akceptacja własnych emocji. Nie da się zaplanować żałoby. Przyjdzie czas, że smutek wypłynie. Zamrożenie to jeden z trzech instynktownych sposobów obrony przed tym co zbyt trudne do przetworzenia. Spokojnie, nie pospieszaj smutku. Przyjdzie z czasem. Cierpliwości. Trzymam za Ciebie kciuki i wysyłam dużo dobrej energii.

  3. Wirus nie zabrał mi jeszcze bliskich. I niech tak zostanie. Ale Alkohol zabrał mi mojego tatę, a narkotyki zabrały mi ojca mojego syna. Zrozumialam ze nie mam na to wszystko wplywu i ze czas zadbać o siębie i swoich najbliższych którzy są jeszcze ze mną na tym świecie. Jestem swiadoma ze wierus istnieje i staram sie przestrzegac zasad bezpieczeństwa. Siedze w domu. Nadal kontynuuje pisanie swojej ksiażki pod tytułem „Casanowa z Rosji”. Tego daru do pisania mi nikt nie zabierze nawet „Koronawirus”. Nie jest w stanie tego zrobic.

  4. Ten wirus jest próbą dla nas wszystkich. Próbą wytrwałości, a jednocześnie nauką, uswiadomieniem, czym jest życie bez trosk. Doceniamy teraz kontakt i bliskość z drugim czlowiekiem. Samotność z pewnością doskwiera ludziom bardziej niż zwykle. Ja ją oswoiłam kilka lat temu, kiedy – ni stąd ni zowąd – opuścił mnie bliski człowiek… Zaprawiona w boju już nie mam lęków i tych wszystkich wymienionych tu objawów. Zaistniała sytuacja jest dla mnie przedłużeniem egzystencji w samotni. Życzę wszystkim wytrwałości w tym, co los nam daje.

  5. Dobrze napisane. Ja chyba jestem jeszcze w wyparciu, bo mój idealizm wciąż mi mówi, że nie będzie jak we Włoszech, że szybciej minie, że może jeszcze tydzień-dwa. Ale jest też wdzięczność, bo mam czas na wszystko, zaczęłam regularnie ćwiczyć, moje dzieci mnie nie denerwują bo wiem, że i tak w ciągu dnia przy nich nie popracuję więc po prostu jesteśmy razem, bo z mężem widzimy się cały dzień, pijemy rano kawę, jemy obiad w przerwach pracy zdalnej. Wiele się zmieniło, wszystko jest po coś, ale odpowiedzialni powinni ponieść konsekwencje.

  6. Ojej, ale mi pomogło… Dziękuję, że Dorotami go zlinkowała;) … Popłakałam się, było lepiej, rozdałam dzieciom gumy do żucia, poprzytulałam… Zobaczyłam sens pisania i dzielenia się swoimi doświadczeniem, uczuciami, przemyśleniami… Bardzo dziękuję.

  7. Marta
    umie Pani nazywać rzeczy po imieniu co boli ale i dawać nadzieję a to wspaniałe i bezcenne. dziękuję za ten artykuł:) i życzę Pani powrotu do normalności 🙂 pozdrawiam Pani Dzieci bo fajnie mieć dzielną Mamę, która tłumaczy świat. serdeczności:)

  8. Rewelacja, doskonale oddana prawda! Rzeczywistość, jaka nas dotknęła, której jesteśmy częścią, którą tworzymy, jak puzzle, bez nas by jej nie było, więc jesteśmy ważni w tym wszystkim, tacy mali, ale tak ważni o ironio losu! Takie to przykre, smutne, nierealne, a realne, jak aktorzy w horrorze, jak marionetki w rękach losu doświadczamy nowych epizodów. Tak. pierwsza była walka, zaparcie, mocne postanowienie, teraz nadchodzi frustracja i smutek, czekamy na pogodzenie, chwilo trwaj! tego chcieliśmy i to mamy, tylko nie w takiej postaci, jak marzyliśmy, ograniczeni, zniewoleni, zalęknieni, ale bliżej siebie w swoim własnym ciasnym gronie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.