Optymistka z wyboru

Obudziłam się o pierwszej w nocy, sprawdziłam godzinę, mentalnie odliczyłam paszporty, w myślach przeliczyłam kasę, wszystkie zgody, leki i kąpielówki. Godzinę później zrobiłam to samo i tak co godzinę aż do 5 rano kiedy budzik brutalnie oznajmił koniec mojej nocy i początek dnia, w którym mieliśmy wylecieć do Egiptu.

Plany na ferie zmieniały się od września. Na początku chciałam zabrać całą moją ukochaną czwóreczkę na narty do Włoch. Ustaliłam detale z ulubionym i zaufanym organizatorem AB Active i zaczęłam planować wspólne igraszki na puszystym śniegu. Aleks na desce, Michał narty, Ada w szkółce i specjalny instruktor zamówiony dla Krystiana. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

23 października plany uległy niezaplanowanej zmianie, kiedy Michał został przyjęty do szpitala i następnego dnia rano poddany skomplikowanej operacji kolana. Kolejne dwa miesiące spędziłam w jadłodajni Jajko niedaleko szpitala dziecięcego przy ul. Kopernika, gdzie Michał był codziennie rehabilitowany. W związku z operacją i wykluczeniem sportów zimowych zrezygnowałam z planów włoskich i zaczęłam planować na nowo.

Ze względu na konieczność rehabilitacji Michała, który poruszał się w ortezie i o kulach zdecydowałam się na rezerwację w dobrze znanym i lubianym przez naszą rodzinę Ośrodku Rehabilitacyjno-Wypoczynkowym Polanika. Wszyscy dobrze wspominamy naszą ostatnią wizytę latem, rehabilitację Krystiana, konie i basen. Zatem decyzja została podjęta. Witaj Polaniko! Niedaleko ośrodka znajdują się stoki narciarskie, gdzie chętni mogliby uczyć się lub jeździć na nartach lub desce. Rozwiązanie idealne!

Michał jednak goił się i rehabilitował znacznie szybciej niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Kiedy pozwolono mu chodzić o kulach, on zaczął już stawać na operowaną nogę. Kidy lekarz pozwolił chodzić, on zaczął biegać, kule porzucając gdzieś po drodze. Nie było powodu jechać do Polaniki. Były powody i okoliczności by jechać do ciepłych krajów.

Już przed Świętami zaczęłam odwiedzać biura podróży. Na początku całkiem niewinnie. Z czasem w pełni świadomie planując romans z jakimś ciepłym kierunkiem. Po wielu randkach padło na Egipt. W miarę ciepło i w miarę przystępnie cenowo, co dla mojej wielkiej rodziny i pojedynczym zasilaniu finansowym było ważne.

Nie bez lęku, ale z wiarą i nadzieją wycieczkę wykupiłam. Rozedrganym palcem wcisnęłam „enter” i zaczęłam planowanie i organizowanie. Wkrótce moje życie kręciło się wokół paszportów, zgód i zezwoleń. Ady paszport kończył się w kwietniu, a powinien być ważny co najmniej sześć miesięcy od daty planowanego powrotu. Zrobiłam Adzie zdjęcie, złożyłam wniosek i paszport odebrałam zaraz po Nowym Roku. Następnie odebrałam zgodę od taty moich dzieci na moje ich wywiezienie z Polski. Rozprawa podczas której zostałam opiekunem prawnym Michała, który jest u mnie w rodzinie zastępczej odbyła się 27 grudnia. Nie miała szans się uprawomocnić przed wyjazdem, ale otrzymałam dodatkowe zaświadczenie z sądu. Zgodnie z oczekiwaniami organizatora, pozostało jeszcze przetłumaczyć całą kolekcję dokumentów na język angielski przez tłumacza przysięgłego. Odhaczone. Zakupić odpowiednią walutę. Odhaczone. Dokupić kąpielówki, klapki i niskogabarytowe ręczniki. Odhaczone.

Dzień przed wyjazdem udałam się do lekarze. Jakaś złośliwa bakteria dokucza mi od jakiegoś czasu. Dostałam antybiotyk. Ucieszyłam się, bo tylko 3 dni. Zatem na trzeci dzień po przylocie będę mogła skorzystać z pełnej oferty all inclusive, która również obejmuje barek:) Przyszłam do domu, przeczytałam ulotkę i dowiedziałam się, że nie mogę przebywać na słońcu zarówno podczas przyjmowania leku, jak i dwa dni po. A po co ja do tego Egiptu jadę? Żeby wygrzać tyłek na słońcu! Zatem antybiotyk postanowiłam pozostawić na półce aż do powrotu. Byłam naprawdę spragniona promieni słonecznych. Już czułam je na skórze. Pakowałam cały dzień i prawie całą noc. Wielu rzeczy nie zdążyłam…

Nie zdążyłam obejrzeć lokalu, który chcę wynająć, nie zdążyłam odpisać na kilka maili. Nie zdążyłam pójść z kotem do weterynarza. (mam takie małe podejrzenie, że mała zołza wymknęła się z domu i tym razem zaskoczyła;) Lista „nie zdążyłam” ciągnie się długo, więc nie będę całej cytować. Grunt, że na sobotę rano miałam spakowane 3 walizki, 4 plecaki i wszystkie dokumenty, zgody i pieniądze.

Znajomy przyjechał o 6:30 żeby odwieźć nas na lotnisko. Ja, jak zawsze lekko rozklekotana i mocno niedospana, ale świetnie zorganizowana. Od rana walczyłam z Krystianem, by założył to co mu przygotowałam do samolotu, zamiast zestawu szkolnego, który sobie przygotował. Krzyki Kryska obudziły Adę. Wyszła z pokoju biała jak ściana i zgięta w pół, jęcząc, że boli ją brzuch. Nospa, Ibufen, Carbosol… Nie wiedziałam od czego zacząć, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo już pierwszy podany lek wrócił tą samą drogą, którą został podany.

Ada narzekała na brzuszek i główkę od dwóch dni. Obserwowałam i podawałam probiotyki świadoma krążących infekcji, ale również tego, że brzuszek i główka, to najlepsza wymówka. Dzień wcześniej Aleks spędził pół dnia w łazience i to nie z miłości do tego pomieszczenia, tylko z mdłości. Michała musnęło leciutko, jednak Ada niepokoiła mnie najbardziej.

Mimo to spakowaliśmy walizki i dzieci do samochodu. Wróciłam się po ręcznik papierowy „na wszelki wypadek” i utknęłam po złej stronie drzwi garażowych. Zostawiłam klucz do garażu w samochodzie. Drzwi garażowe niestety się zatrzaskują i nie da się ich otworzyć od strony klatki schodowej bez klucza. Była sobota, zaraz po 7 rano. Zero ruchu na klatce schodowej i w garażu. Brak zasięgu telefonicznego. Utknęłam. Pozostało mi czekać na zniecierpliwienie mojej wycieczki z powodu przedłużającej się mojej nieobecności. W końcu pojawił się Aleks. I tak pozostawiając gigantyczny burdel w domu wyruszyliśmy w kierunku upragnionego słońca.

Pierwsze torsje przyszły gdzieś w połowie drogi. Przy drugich Ada była już cała mokra. Zamiast w Marsa Alam wylądowaliśmy w przychodni pediatrycznej, a niedługo potem na kanapie w domu. Ada leżała. Wszyscy zjedliśmy zaległe śniadanie, które jeszcze nie zdążyło się zamrozić w zamrażalniku do którego wsadziłam wszystko z lodówki zaraz przed wyjazdem. Krys się nie odzywał, Aleks i Michał poszli do swoich pokoi, a potem zaczęliśmy planować na nowo. Aleks poleciał do dziewczyny, za którą już zdążył się strasznie stęsknić. Michał zabrał Kryska do kina, a ja zostałam na kanapie z Adą. Nie zamierzałam niczego rozpakowywać, ani sprzątać. Nie dzisiaj. Spałyśmy i oglądałyśmy bajki. Zagrałyśmy w grę planszową.

Nasze plany uległy kolejnym zmianom. Wyjazd przełożymy na maj, a teraz mamy mnóstwo nowych planów na najbliższe dni: basen, kino, trampoliny, lodowisko i może nawet zoo. Wspólne wyjścia i zabawy domowe. Wydrukujemy obrazki z internetu i zrobimy mapę naszych wypadów na najbliższe dni.

Mogłam wyć i rozpaczać. Być wściekła i rozżalona, zarażać tymi emocjami dzieci. Mogłam narzekać na pecha i pytać „za jakie grzechy”. Mogłam. Tylko po co… Co mi z tego przyjdzie? Czego nauczą się moje dzieci?

Wieczorem Ada poczuła się nieco lepiej. Przyszła smutna „To moja wina mamo, że nie pojechaliśmy”. „Nie skarbie, to nie Twoja wina. Tak miało być i tyle. Zobacz jakie mamy fajne plany na następne dni. Może nawet lepsze niż ten wyjazd.” Ada się rozpromieniła. Wyjęłam kolorowanki wydrukowane specjalnie na lot samolotem i papirusy z Egiptu, które dostałam od przyjaciółki. Dzieci były zachwycone kolorowymi obrazkami zwiniętymi w ruloniki. Pewnie nie mniej niż gdybyśmy kupili je na miejscu. Pokolorowaliśmy Sfinksa, Bena Tena i trupią czachę w ornamenty z kwiatków.

Odpisałam na zaległe miale i cieszę się z tego, że w poniedziałek zobaczę lokal, który być może będzie moim miejscem do pracy. Poczułam błogi spokój. Odwiozłam dziewczynę Aleksa do domu, a maluchom pozwoliłam bawić się aż padły. Kolega chłopaków został na noc i zrobili sobie noc filmową. No i czy jest nam  źle? Jest super! Widać tak miało być. Mam głęboką wiarę w to, że „ktoś” nad nami czuwa. Było mi smutno, trochę poryczałam, ale krótko, a potem zaczęłam czuć podekscytowanie  i zaciekawienie nadchodzącym tygodniem. Tak wybrałam. Bo szczęście, to kwestia wyboru, wiary i nadziei, które są nieodłącznymi towarzyszkami optymizmu.

Jak zostać optymistą

  1. Zatrzymaj się. Kiedy wszystko idzie źle, a wszystko to co miało być dobre obraca się przeciwko Tobie, zatrzymaj się. Przestań walczyć, tylko się zatrzymaj. Dosłownie i w przenośni.
  2. Zapłacz. Masz do tego prawo. Nie musisz być dzielna. Twoje plany runęły, nie próbuj udawać, że jest OK, bo to nieuczciwe. Daj sobie prawo do żałoby, bo strata wymarzonej wycieczki to też strata, a po każdej stracie następuje żałoba. Moja była krótka i intensywna. Zapłakałam, przytuliłam się, zasmuciłam, a potem…
  3. Zacznij planować na nowo. Każda strata robi miejsce na coś nowego. Nie gorszego, nie żadnego drugiego sortu, tylko INNEGO. Przywołaj to, co chciałaś zrobić, a zrobić nie mogłaś. Zastanów się ile jest innych możliwości, ile nowych opcji.
  4. Nie rób z siebie ofiary. Nie musisz być „biedna”, nie użalaj się nad sobą, nie odgrywaj ofiary przed znajomymi. Wiem, to kuszące, bo wtedy dostajesz uwagę i „głaski” od wszystkich naokoło. Tylko, że wtedy utwierdzasz się w swojej roli ofiary. Delektujesz swoim pechem i nieszczęściem. Przestań.
  5. Nie gdybaj. Stało się. Podjęłaś taką, a nie inną decyzję. Ada dzisiaj skacze jak fryga. Być może gdybym poleciała, dzisiaj już byśmy siedzieli na plaży. A co jeśli nie? Co jeśli czułaby się coraz gorzej? Co gdyby wymiotowała na lotnisku, w samolocie, czy autokarze. Nie wiem co by było gdybym poleciała, tym bardziej nie byłam w stanie przewidzieć tego wczoraj. Gdybanie nic nie daje poza tym, że popuszczamy wodze fantazji i budujemy idealistyczną wersję tego co mogło być gdyby… Następnie zaczynamy żałować, że podjęliśmy taką, a nie inną decyzję i katować siebie za jej podjęcie. Po co? Czy to zmieni przeszłość. Nie. Czy ma wpływ na teraźniejszość? Tak. Nie pozwala cieszyć się tym co jest. A zgodnie z mądrościami żółwia Oogway’a z Kung Fu Pandy: wczoraj to już historia, jutro to zagadka, a dzisiaj to prezent. A prezenty są po to, by się nimi cieszyć:)
  6. Ciesz się:) Pozwól sobie czuć ekscytację nowymi planami i zacznij je realizować.

Chcesz się dowiedzieć więcej, zapraszam na szkolenia i warsztaty oraz spotkania indywidualne. więcej>>>

Fot. Iwona Karolak Fotografia
Optymistka z wyboru
4.6 (92%) 5 votes

9 thoughts on “Optymistka z wyboru

  1. Pani Agato,

    Po raz kolejny przekonuję się, że warto rozmawiać, szukać i czytać – takie blogi jak Pani. To jest naprawdę niewiarygodne, ile możemy czerpać mądrości i dowiedzieć się od innych.
    W Pani odpowiedzi do Magdy padło jedno, bardzo ważne stwierdzenie o ojcu i dziadkach
    „oni też są rodziną dzieci, więc opieka nad dziećmi jest ich takim samym obowiązkiem jak Twoim”.
    Proste? No proste, ale nigdy sama tak nie pomyślałam wcześniej! Kiedyś miałam problem z zostawianiem dzieci u dziadków, czasem było mi to wypominane i czułam się z tego powodu winna, a kompletnie niepotrzebnie, prawda?
    Dziękuję bardzo, będę się tego trzymać, że też na najprostsze rzeczy najtrudniej wpaść 🙂

    1. Bo wszystko jest w naszych głowach Basiu. Czasem trzeba wyjść i spojrzeć na sytuację z zewnątrz. Wtedy nagle wszystko robi się jasne:)

  2. Cieszymy się, że Polanika przyniosła efekty. A optymistką z wyboru jesteś Agatko i nigdy w to nie zwątpimy. Pozdrawiamy i zapraszamy, u nas zawsze drzwi otwarte dla Waszej wspaniałej rodzinki.

  3. Witam Panią,
    Jestem tutaj pierwszy raz.
    Zastanawia mnie jak znalazła Pani czas na terapie, warsztaty, jogę przy wtedy trójce dzieci gdzie jedno jest niepełnosprawne. A pisze Pani, że jest samotną matką.
    Bardzo mnie to zastanawia, bo sama potrzebuję pomocy, zaczęłam terapię, ale nie mam na nią czasu, ciągle przekładamy spotkania.
    Także mam dziecko niepełnosprawne – syn (6 lat) z autyzmem i opóźnieniem rozwoju oraz młodszą córkę (prawie 4 lata), zdrową, ale wręcz przywiązaną do nogi – nie mam jej z kim zostawić. Mąż niewiele pomaga, a ja już nie daję rady. Do tego mieszkamy od 7 lat u teściów. Teściowa zniszczyła mi życie, zdrowie i małżeństwo.
    Nie widzę już sensu życia.

    1. Nie robiłam wszystkiego na raz. Wszystkiego na raz faktycznie się nie da. Zauważyłam pewien fakt: to my same zgadzamy się na to by dzieci na nas wisiały. Nie pozwalamy nikomu innemu się nimi zająć, bo nikt nie zrobi tego lepiej niż my. Mieszkasz z mężem i teściami. To 3 osoby do opieki nad dziećmi. Dlaczego nie zostawisz dzieci z nimi kiedy idziesz na terapię? Wiem, że do tej pory tego nie robiłaś, ale teraz zmieniłaś zdanie. Masz do tego prawo. MUSISZ wyjść, a oni też są rodziną dzieci, więc opieka nad dziećmi jest ich takim samym obowiązkiem jak Twoim. Zawsze jest jakieś rozwiązanie. Tylko, że my przyzwyczajamy się do pewnego stanu rzeczy i nie zauważamy innych opcji. A one są. Dzieci mają ojca. Nawet jeśli przyzwyczaiłaś go przez lata, że to Ty zajmujesz się dziećmi, teraz daj mu szansę nadrobić zaległości. Dzieci mają też babcię i dziadka. Ty możesz za nimi nie przepadać, ale to nie zmienia faktu, że są to dziadkowie i też mogą zająć się dziećmi kiedy Ty potrzebujesz wyjść. To kwestia spojrzenia na swoją sytuację z pewnej perspektywy, trochę z boku. Co byś doradziła koleżance, która by była w Twojej sytuacji i zapytała Cię o radę? Ja nie znam dokładnie Twojej sytuacji, nie wiem gdzie mieszkasz, ani na ile Twój syn z autyzmem ma problemy w wychodzeniu do ludzi. NIe wiem nawet czy pracujesz w ciągu dnia. Wiem jednak, że są przedszkola np integracyjne, gdzie dzieci mogłyby chodzić razem (syn z pewnością może być odroczony), a Ty w tym czasie możesz iść na terapię. Jeśli pracujesz, być może uda się wyjść w przerwie na lunch. Być może masz koleżankę, którą możesz poprosić o pomoc przy dzieciach raz na jakiś czas. Nie znam Twojego życia, ale wiem, że czasem pomoc jest tuż pod bokiem, tylko albo jej nie widzimy, albo nie umiemy prosić o pomoc, bo nigdy wcześniej tego nie robiłyśmy, albo nie potrafimy zaakceptować pomocy gdy ktoś ją oferuje. Rozejrzyj się wokół siebie, a znajdziesz odpowiedzi.

  4. Pani Agato, bardzo dziękuje za „Optymistkę z wyboru”. Moje plany na ferie , podobnie jak Pani, ulegały zmianom, a ostatecznie nie doszły do skutku. Najmłodszy mój synek zachorował, a zapalenie ucha i antybiotyk były przeciwwskazaniem do długiej podróży samolotem w słoneczne miejsce. Trójka starszych dzieci i mąż wyjechali. Wszystko przecież było opłacone i szkoda było, aby rezygnowali z wymarzonych ferii. Byłam wtedy świeżo po lekturze „Depresjologii” i myślałam o tym, że Pani również , z powodu choroby Krystiana, musiała odwołać wycieczkę. Cóż, pomyślałam, takie rzeczy zdarzają się pewnie nie tylko mi czy Pani , ale i innym. Było mi trochę przykro, no pewnie, ale też nie wyobrażałam sobie, że mogę zostawić chore dziecko z kimś innym. Zostaliśmy więc tylko we dwoje. Mieliśmy mnóstwo czasu na zabawy, czytanie, puzzle, filmy. Po czterech dniach Jaś poczuł się na tyle dobrze, ze mogliśmy wyjść na krótki spacer, a w kolejnych- ulepilismy bałwana. Jestem mamą pracującą i , co tu dużo mówić, nie mam zbyt wiele czasu na zabawy z dziećmi, a ten czas choroby i rekonwalescencji mogłam poświecić tylko najmłodszemu dziecku. Starsi wrócili zadowoleni, ja również odpoczęłam , bo miałam mniej obowiązków domowych. A i Jaś w swej chorobie okazał się bardzo cierpliwy. Kiedy już wszyscy wrócili do domu, Jaś wyzdrowiał, to przez jeden dzień życie domowe toczyło się swoim utartym rytmem. Następnego dnia dopadła mnie angina i wymusiła kolejna zmianę planów i reorganizację domu. Tak, ma Pani rację mówiąc, ze jedyna pewna rzecz w planowaniu to zmiana planów. Wiele razy w tym czasie myślałam o Pani, o tym jak Pani spędza ferie, mając nadzieję, ze dobrze. I choć to DOBRE okazało się być innym DOBRYm od tego, co pierwotnie Pani wybrała, to ostatecznie pozostało zadowolenie i optymizm. Bardzo to pokrzepiające. Myślę podobnie jak Pani. Nadal uczę się od życia i od Pani również. Z całego serca życzę Pani wszystkiego co najlepsze:)

    1. Bardzo dziękuję. Cieszę się, że mogłaś spędzić tak szczególne chwile z Jasiem. Wszystko dzieje się po coś.
      Pozdrawiam bardzo serdecznie:)

  5. Szanowna Pani Agato,

    Doskonale Panią rozumiem i zgadzam się w pełni z artykułem. Dwa lata temu mieliśmy zaplanowane wymarzone wakacje w Toskanii, zaplanowane ze szczegółami kilka miesięcy temu. Dwa tygodnie na pięknym kempingu, dojazd samochodem, po drodze noclegi i atrakcje. Wyjazd w piątek z samego rana, a tymczasem od poniedziałku w pracy problemy. W czwartek rano niepewność czy wyjazd wypali (wszystko zapłacone!). Zrobiłam część zakupów spożywczych na drogę, reszty nie zdążyłam, bo w południe urlop został odgórnie odwołany. Zamiast rozczarowania była szybka akcja, jak to dzieciom powiedzieć i co dalej. Padła szybka decyzja, dzieci w ramach pocieszenia jadą do babci, urlop został przełożony na za 3 tygodnie. Co prawda już nie do Toskanii, nie na dwa tygodnie, ale był. Pieniądze nam zwrócono, chociaż tyle, ale nie o to chodziło… Czasem tak bywa, nigdy się nie da do końca wszystkiego przewidzieć i nie ma co płakać, tylko trzeba wdrożyć plan awaryjny i iść do przodu.

    PS. Toskania wciąż czeka, jeszcze nie udało nam się tam dojechać… Jest o czym marzyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.