Od kiedy oszalałam, zaczęłam żyć!

Jak Ty to robisz? – spytałam mojego brata, który na przestrzeni dwóch miesięcy ożenił się, zmienił pracę, wyemigrował z żoną do Singapuru, właśnie organizuje światową konferencję dla swojej korporacji, a za trzy dni leci do Chin.

„Zarzucam temat i mam nadzieję, że się nie wyj@&ię po drodze” – odparł rzeczowo mój brat, Matt Komorowski.


Tak na marginesie dodam, że moja bratowa też wykonała karkołomny skok decydując się na życie u boku mojego szalonego brata. Również, ale nie tylko za to, kocham ją i podziwiam.

Pytacie mnie jak ja to robię, że ogarniam dzieci, pisanie książek, szkolenia, spotkania, szpitale, operacje swoje i syna, żółwia, koty i teraz na dokładkę psa. Mogę powiedzieć tylko: „Patrz powyżej”. Czy na to wszystko mam czas i siłę. Nie, ale za każdym razem skaczę na główkę i mam nadzieję, że zanim roztrzaskam sobie czaszkę, nauczę się latać. Ujęłam to mniej poetycko niż mój brat:)

Najbardziej martwym okresem mojego życia był ten, kiedy starałam się ze wszystkich sił być odpowiedzialna, poprawna i normalna. Od kiedy oszalałam, zaczęłam żyć.

No bo czyż nie jest szaleńcem ten, kto odchodzi z trójką dzieci bez planu na przyszłość? Czyż nie jest wariatem ten, kto dwa lata później adoptuje nastolatka? Czyż nie jest niepoczytalny ten, kto pragnie pisać książki, choć nigdy wcześniej nie wydał nawet gazetki szkolnej? Mogę tak wyliczać bez końca. Jeśli bym miała czekać aż będę miała wszystko ułożone i zapewnione powodzenie zanim podejmę decyzję o zmianie, to nigdy, nigdzie bym nie doszła. Nie byłoby z nami Michała, a ja nie siedziałabym tutaj pisząc ten tekst i kolejną książkę.

Nigdy nie będziesz gotowa na poważne zmiany w swoim życiu. Nigdy! I jeszcze zdefiniujmy słowo „poważne”. Dla jednego, to zmiana uczesania, dla drugiego szczera rozmowa z partnerem albo rodzicem, dla trzeciego zmiana całego życia. Nigdy nie będziesz w 100% przygotowana na konsekwencje swoich decyzji. Nigdy nie będziesz w stanie przewidzieć co będzie jak skoczysz. A jak już to zrobisz, nigdy nie będziesz miała odpowiedzi na pytanie co by było gdybyś nie skoczyła.

Jeśli sprawy się ułożą pomyślnie, będziesz chodziła zadowolona i dumna ze swojej odwagi. Twoje poczucie własnej wartości zdecydowanie urośnie i łatwiej będzie Ci skoczyć po raz kolejny. Jeśli jednak coś się nie powiedzie, jeśli spadniesz i potrzaskasz sobie to i owo, to zaczniesz idealizować tę drugą decyzję, której nie podjęłaś i tym samym pogrążać siebie za tę, którą podjęłaś. Zaczniesz budować w swojej wyobraźni alternatywną rzeczywistość. Oczywiście świat byłby różowy, a Ty wypoczęta, bogata, zdrowa i w objęciach Banderasa. NIE WIESZ CO BY BYŁO GDYBY… I NIGDY SIĘ NIE DOWIESZ, więc przestań gdybać. Być może byś musiała orać po 12 godzin za psie pieniądze, co byś przypłaciła zdrowiem i stratą Banderasa. Jeśli coś się nie powiedzie, wyciągnij wnioski, odrób lekcje i skacz ponownie! Bo bez szaleństwa nie ma życia!

A Ty pytasz mnie jak wyjść z depresji, jak realizować swoje marzenia, a potem obrażasz się, że ja jestem radosna, wrzucam głupawe fotki na Instagrama i prawie wszystko mi wychodzi, podczas kiedy Ty nadal tkwisz w tym samym miejscu co dwa lata temu zanim przeczytałaś Depresjologię. A w zasadzie to jej tak do końca nie przeczytałaś ale już przecież wiesz o co w tej książce chodzi, więc nie musisz. I nie, nie piszesz afirmacji, napisałaś raz, ale to jakieś głupie, więc nie piszesz. Do napisania wizji życia się zbierasz…od roku. U terapeuty byłaś raz, ale jakiś głupi był, powiedział rzeczy, które Ci się nie podobały, więcej nie poszłaś. Nowego też nie szukasz, bo oni wszyscy tacy sami, a poza tym nie będziesz opowiadała o swoich prywatnych sprawach jakiemuś obcemu człowiekowi. I tu powiesz z oburzeniem, że przecież Ty masz DEPRESJĘ i ja chyba nie wiem jak to jest depresję mieć i ta moja to musiała być jakaś malutka, a Twoja to jest dopiero ta przez duże D. OK, no więc jeśli masz depresję przez DUŻE D, to bierz leki, a jak już Twoje D stanie się nieco mniejsze, bierz się za siebie i powoli, mozolnie, małymi kroczkami zmieniaj, zmieniaj i zmieniaj, albo skacz na główkę i raz w życiu zrób coś szalonego! No ale leków też nie bierzesz. To znaczy czasem weźmiesz jak jest już bardzo źle, a jak jest trochę lepiej, to przestajesz i czekasz, a potem jest bardzo źle, wiec bierzesz przez chwilę… i tak w kółko.

Nie będę z Tobą konkurować o miano większego depresanta, większego pechowca, albo większej szczęściary. Ale wiem, że depresja może być cudownym alibi na to, żeby nie doświadczać. Żeby tkwić w miejscu i nie podjąć nowej pracy, bo to z dziećmi, a Ty masz przecież depresję i co jak będziesz się gorzej czuła… Nie przyszło Ci nawet do głowy, że ta oferta pracy mogła być właśnie odpowiedzią na Twoje modlitwy… „Boże, zrób coś, bo ja sama nie umiem wyjść z tej depresji”. Bóg nie złapie Cię za uszy i nie wyciągnie z bagna. Ale podrzuca Ci najróżniejsze okazje, by zmienić Twoje życie na pełne fascynujących przygód, mające głębokie znaczenie i sens. Ty jednak wyrzucasz te prezenty do kosza, no bo przecież masz depresję, więc nie możesz, nie teraz, najpierw musisz wyjść z depresji, a potem pomyślisz. To jak byś mówiła, że jesteś za gruba i chcesz zrzucić 10 kg, ale najpierw musisz schudnąć zanim pójdziesz na dietę i zmienisz nawyki żywieniowe.

Jestem tchórzem. Nie lubię latać, boję się wysokości, wody i prędkości. Nie ufam niczemu nad czym nie mam kontroli, a nad nieznaną przyszłością kontroli z całą pewnością nie mam. Tym trudniej jest mi podejmować decyzje, kiedy nie mam zagwarantowanego wyniku, nie znam ceny i nie mogę oszacować zysków i strat. Nigdy nie jestem gotowa. Zawsze się boję. Ale wtedy zamykam oczy, rozkładam szeroko ręce i tylko mam nadzieję, że się nie wyj@&ię, jak to pięknie ujął mój brat. A jak już lecę, to nie mam wyjścia i albo nauczę się latać, albo spotykam na swojej drodze jakieś Anioły, które pomagają mi nie walnąć o glebę. Mimo to, czasem walnę. Wtedy chwilę leżę, zbieram roztrzaskane gnaty i popękane serce, sklejam taśmą klejącą i śliną (cytat z Madagaskaru:), otrzepuję się, wyciągam wnioski, nabieram sił i … skaczę ponownie bogatsza o poprzednie doświadczenia.

Każdy spektakularny sukces jest efektem niezliczonej ilości porażek. Taka jest prawda. Nie jesteś w stanie osiągnąć żadnego sukcesu nie zaliczając kilku wpadek, a nawet jakiejś gigantycznej wtopy. Dlatego uwielbiam czytać biografie ludzi, których szanuję, którzy osiągnęli coś niezwykłego, są szczęśliwi i spełnieni. Nie interesuje mnie ich sukces. Interesuje mnie te dziesięć, czy dwadzieścia lat przed osiągnięciem sukcesu. Dopiero czytając o trudach i porażkach, jesteśmy w stanie zrozumieć i docenić sukces danego człowieka. Przestajemy liczyć na zastrzyk szczęścia, narzekać na pecha i bierzemy się do roboty, bo każde szczęście jest efektem wielu pechów, pracy, konsekwencji i pokonywania własnych lęków i barier.

Jedynym sposobem na normalne, zdrowe, satysfakcjonujące i szczęśliwe życie jest duża dawka szaleństwa, zmieszana z pokorą i umiejętnością wyciągania wniosków.

Jeśli czegoś pragniesz:

1) Podejmij decyzję
Brak decyzji jest podstawowym powodem porażki. Chcesz zmienić pracę, ale się boisz, więc wysyłasz CV, a potem nie odpowiadasz na zaproszenia na rozmowę o pracę. Wybrzydzasz, że nie taka, nie tacy ludzie, brzydki budynek, inny zakres obowiązków i … rezygnujesz. I tak przez długie lata… aż doprowadzisz się do depresji.
2) Określ jasno cel
Jak chcesz gdziekolwiek dotrzesz jeśli nie wiesz gdzie zmierzasz? Jaka ma być ta nowa praca? Jakie ma spełniać warunki?
3) Bądź wytrwała i konsekwentna
Chcesz pracować w szkole? Wyślij CV do wszystkich szkół w określonym przez siebie promieniu np 15 km. Nie do jednej, do wszystkich. Dzwoń i pytaj, dopominaj się. Wytrwałość popłaca.
4) Bądź otwarta na niezaplanowane dary
Wysłałaś podanie o pracę na stanowisku X, a dostajesz propozycję stanowiska bardziej odpowiedzialnego, lepiej płatnego. I wtedy wpadasz w panikę: Nie dam rady! Nie umiem! A co jak nawalę?! Oj nie! – i rezygnujesz. Głupia jesteś i tyle. Bóg właśnie dał Ci bonus, a Ty wyrzuciłaś go do kosza. A potem jęczysz, że nigdy nic Ci nie wychodzi, nie masz kasy i tak w ogóle to inni mają szczęście, a Ty pecha. Tylko, że Ty swoje szczęście spuszczasz w kiblu, podczas kiedy Ci INNI łapią za ogon i już nie puszczają.

Spełniaj swoje marzenia

Nawet jeśli są niedochodowe, szalone i niewykonalne. Zwłaszcza jeśli są niewykonalne! Jest tylko jeden warunek – musisz z całych sił wierzyć w to, że Ci się uda. Nie wiesz jak, ale MUSI się udać! Jeśli w to nie wierzysz, to zaczniesz sama sabotować swoje marzenia. Sama siebie doprowadzisz do katastrofy.

Jak więc nabrać wiary w siebie i poczucia własnej wartości? Konsekwentnie nad sobą pracując.

Czytając książki DO KOŃCA i robiąc to co jest w nich napisane. Idąc na terapię i zostając przez więcej niż dwa spotkania. Biorąc udział w warsztatach i szkoleniach i KONTYNUUJĄC pracę nad sobą po wyjściu z sali wykładowej, czy gabinetu terapeuty. Konsekwentnie skrobiąc ściany, jak to napisał Lee Lipsenthal w książce Ciesz się każdą chwilą, każdą kanapką. Człowiek w depresji jest jak czołg na tafli lodu. Tak długo jak suniesz do przodu, masz szansę dostać się na drugi brzeg. Jeśli się zatrzymasz, utkniesz na dobre, bo ruszyć z miejsca jest o całe piekło trudniej niż powoli, ale konsekwentnie brnąć.

Bój się i rób

Mój drugi brat, Marcin, wraz z żoną Agatą mieszkają w Kanadzie. Marzyli o tym, żeby wyruszyć w roczną podróż po obu Amerykach i Meksyku. Nie wiedzieli jak to zrobią. Jak poradzą sobie z pracą, domem, płatnościami i całą resztą. I chociaż to było kompletnym szaleństwem, kupili gigantyczną przyczepę kempingową. Potem dokupili równie gigantyczne auto żeby mieć czym ją ciągnąć. I dopiero tydzień temu mój brat dostał zgodę na pracę na odległość! Udało się! Za trzy tygodnie wyruszają. Muszą opróżnić dom i poszukać lokatorów na rok. Pytam brata jaki ma plan? – Nie wiem – odpowiada – ale jakoś to zrobimy. – I ja wiem, że zrobią.

Teraz mówisz, że mam to w genach, a Ty nie. Że u mnie w rodzinie widać wszyscy tacy odważni, a u Ciebie nie… Jako dziecko strasznie bałam się ciemnego lasu. Do tej pory wydaje mi się dosyć demoniczny. Każdego lata tata zawoził mnie, brata i mamę na całe wakacje na leśniczówkę do dziadka. Mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej na skraju gęstego i wysokiego lasu. Przed przyczepą była polana wielkości boiska do piłki nożnej. Oświetlały ją jedynie gwiazdy i księżyc, a kiedy niebo było zachmurzone, nie było widać nawet palców u rąk. Co wieczór wychodziłam z przyczepy, robiłam głęboki wdech i biegłam co sił w nogach na drugą stronę polany dotknąć drzewa. Po co? Po to żeby pokonać lęk. Lęk przed nieznanym, lęk przed tym czego nie mogę zobaczyć, lęk po obejrzeniu wszystkich bajek o olbrzymach i wilkołakach, lęk przed dzikimi zwierzętami, lęk przed demonami, które kryły się we mnie, ale ja bałam się, że wyjdą z lasu. W ten sposób trenowałam swoją odwagę.

Wiele lat później stałam w oczekiwaniu na mój pierwszy publiczny występ. Konferencja z okazji dnia matki. Trzęsłam się jak galareta i zastanawiałam nad tym co mnie podkusiło żeby próbować publicznych wystąpień?! Przecież zawsze panicznie bałam się takich atrakcji. Przemawiała Patrycja Załóg. Wyglądała ślicznie w czerwonej sukience. Ja w kozaczkach, jeansach i za dużej, różowej koszuli. Nie pamiętam co Patrycja mówiła poza jednym zdaniem, bo czułam, że to zdanie kieruje właśnie do mnie. „Bój się i rób!” – zachęcała Patrycja. Bałam się, ale wyszłam i zrobiłam to co miałam do zrobienia.

Różnica pomiędzy tymi, którzy stoją w miejscu, zazdroszczą wszystkim naokoło szczęścia i winią pecha za swoje nieszczęście, a tymi którzy sami kreują własne szczęście jest taka, że nie zważając na zdanie innych, pecha i przeciwności losu, kpiąc sobie z własnego strachu, skaczą na główkę z nadzieją i głęboką wiarą w to, że się nie wyj@&ią.

Serdecznie zapraszam na warsztaty „W poszukiwaniu szczęścia”:
https://agatakomorowska.pl/weekendowe-warsztaty-w-poszukiwaniu-szczescia/

i na Instagrama:
https://agatakomorowska.pl/www.instagram.com/agata_komorowska/

A teraz lista osób, które są przy mnie i które będę polecać, bo są najlepsze na świecie w tym co robią:)
Włosy: Wiola z Przystanek Cięcie
Kosmetyka: Monika z Si Bella SPA
Zdjęcia: Iwonka Karolak.

Od kiedy oszalałam, zaczęłam żyć!
5 (100%) 2 votes

4 thoughts on “Od kiedy oszalałam, zaczęłam żyć!

  1. DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ DZIĘKUJĘ za ten tekst – Twoje wpisy i zdjęcia są dla mnie inspiracją – SERIO – piszesz to, co ja odkrywam !!! Bardzo mi pomagasz !!! Pozdrawiam serdecznie !!! Trzymaj się dzielnie i zdrowo. Beata

  2. Cudowny tekst! Uwielbiam Cię czytać.
    I błagam wrzucaj te „głupawe” fotki na instagrama bo bardzo lubię je oglądać 🙂
    Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.