#smutek

Smutek do szczęścia jest potrzebny

„Kocham życie. Czasami byłam dziko, desperacko, gorzko nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale mimo to jestem tego całkowicie pewna, że wielką sprawą jest po prostu żyć.” – Agatha Christie

Zapanowała moda na szczęście. Pozytywne Egoistki, Radosne Feministki i Uduchowieni Jogini bombardują mojego Facebooka. Może to trochę moja wina, bo wycięłam wszystkich tych, co notorycznie wrzucali depresyjne treści. Sądząc jednak po ilości lajków na stronach niepoprawnych optymistów ten trend przybiera na sile. Imponują nam ludzie, którym jakimś cudem udaje się wiecznie uśmiechać pomimo strat, śmierci bliskich, problemów, chorób i innych przeciwności losu.

Przeczytałam „Potęgę Teraźniejszości” Eckharta Tolle’a. Byłam zafascynowana. Trafiłam na nią we właściwym momencie. Bycie tu i teraz, dotarcie do prawdziwego ja, spokój itd. Przez jakiś czas chodziłam z błogim wyrazem twarzy i akceptowałam bezwarunkowo tu i teraz. Nic nie mogło mnie wkurzyć, nic nie doprowadzało do rozpaczy. Zawirowania wokół mnie były jedynie ledwie zauważalnym szumem w błogiej ciszy, która mnie otaczała. Fajnie. Tylko w końcu szlag mnie trafił, bo ja tak nie chcę. Bliżej mi do włoskiego Leo Buscaglia niż do Eckharta Tolle’a. No bo cóż jest piękniejszego niż tak porządnie i do spodu się wkurzyć. Nie mówię, że ciągle i na wszystko. Nie! Nie wkurzają mnie kierowcy na ulicach. Mogą mi zajeżdżać drogę i trąbić do woli. Spokój. Trochę złośliwy spokój, bo to ich najbardziej wpienia;) Czasem jednak chodzi o rzeczy ważne, najważniejsze, o brak mojej zgody na to co mi życie podtyka, brak zgody na to co mi zabiera, brak mojej zgody na tę ciszę. I wtedy się wkurzam, a takie prawdziwe głębokie wkurzenie potrafi zatrząść życiem u podstaw i wprowadzić nowy porządek. I wtedy nastaje błoga cisza, radość i szczęście tu i teraz.

Nie toleruję braku rozpaczy i smutku. Jestem szczęśliwa i akceptuję życie takie jakim jest, a życie to wszystkie odcienie tęczy, nie tylko róż. Jeśli pozbawimy tęczę pozostałych kolorów, przestanie być tęczą, będzie żałosnym pasmem lukrowego różu. Jednak ludzie kochają tych wiecznie szczęśliwych. Patrzą na nich z uwielbieniem i fascynacją i dążą do tego by być tacy jak oni. Zawsze piękni, zawsze uśmiechnięci, z zawsze pozytywnymi wpisami na blogach. To mit, maska, wizerunek. Etap w życiu, który staje się nową religią. A potem, gdy rzeczywistość weryfikuje to wieczne, niczym niezmącone szczęście pięknej pani z telewizji, to już nie wypada jej przyznać, że ją dopadło. I to co z początku było szczere staje się tylko wizerunkiem. Szeroki uśmiech wyszminkowanych ust podkreślających nieskazitelną biel zębów, wysokie tony radosnych rozpraw o śmierci i bogata gestykulacja to nakręcenie, stan przejściowy. Wiem, byłam tam w trakcie i po rozwodzie. Ten stan pomógł mi przetrwać najtrudniejsze chwile kiedy nie mogłam, nie umiałam jeszcze poradzić sobie z prawdziwymi emocjami.

Życie bywa okrutne, bolesne, piękne i radosne. Nie jest w całości ani łatwe, ani trudne. Po prostu jest. Czasami czujemy się szczęśliwi i zadowoleni, a czasami smutni, rozdarci i zrozpaczeni. I to jest zupełnie normalne! Wypieranie któregokolwiek z tych uczuć grozi katastrofą emocjonalną. Wyparcie smutku rodzi agresję, blokowanie rozpaczy grozi wrzodami i nadciśnieniem. Tu chodzi o akceptację. Akceptację wszystkich emocji i zgodę na ich przeżywanie. Cudowny film dla dzieci „W głowie się nie mieści” przepięknie opowiada o tym jak poszczególne uczucia wzajemnie się uzupełniają pozwalając na poznanie wszystkich smaków życia, dojrzenie wszystkich jego barw i zaznanie prawdziwego szczęścia. W końcu sama Radocha wypycha Smutną na pierwszy plan, by uratować bohaterkę. Bo cóż jest bardziej oczyszczającego i poruszającego niż ryknięcie sobie w poduszkę. Łzy, zasmarkany nos, zapuchnięte oczy…chcemy się tego pozbyć? Ja nie. Dopiero wtedy widzę kto się nade mną pochyla, a kto odwraca głowę. Cóż jest piękniejszego niż przyjaciółka, która w 10 minut zjawia się z chustkami do nosa i butelką Martini. Czasami dopiero rozdzierający ból w klacie pokazuje to co najważniejsze. Ból, który przeszywa do szpiku kości i rozdziera serce jest jak drogowskaz, którego nie da się przegapić. I wtedy rodzi się złość, która wzbiera, zaczyna się gotować i w końcu podpala nas do działania strzelając piorunami. Świat najpiękniej wygląda po burzy, gdy wszystko jest krystalicznie czyste, jasne, świeże i takie oczywiste.

Ja wolę wpuścić moją Rozpacz do domu tak jak zrobiłam to tutaj https://agatakomorowska.pl/kundel-zwany-rozpacz/. Wygłaskać, wycałować i pozwolić odejść. Jeśli tego nie zrobię, będzie stała tuż pod progiem i czekała aż zapomnę dokładnie zamknąć drzwi. Ale wtedy nie będzie już miłym, smutnym kundelkiem, tylko wściekłym bydlakiem, który nieproszony zrobi spustoszenie w najbardziej niewłaściwym momencie.

Przepraszam, ale boję się tych wiecznie szczęśliwych. Nie wiem jakie demony noszą w sobie. Naprawdę wolę nosić moje na wierzchu. Wtedy są zwykłymi ludzkimi emocjami, które nie rosną do rozmiaru potworów pożerających nas w całości.

Smutek do szczęścia jest potrzebny
4.3 (85.71%) 7 votes

2 thoughts on “Smutek do szczęścia jest potrzebny

  1. Zgadzam się w 100%. Fałszem mi pachną Ci wiecznie uśmiechnięci, gdy życie ma swoje up and down. Nawet jeśli mają dobre zamiary i chęci pozytywnego przesłania wolę prawdę. Prawdę, która mówi, że „jest do dupy, ale hej, nie poddawaj się, miej nadzieję, że będzie lepiej” Bądźmy szczerzy: jak jest dobrze -jest uśmiech. Jak jest źle -uśmiechu nie ma. Każdy ma prawo do różnych uczuć. Jest ich cały bukiet. Jeśli ktoś twierdzi, że jest szczęśliwy non stop, to obawiam się o jego zdrowie psychiczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.