
On był studentem zootechniki i miał właśnie praktyki na Torach Wyścigów Konnych w Warszawie. Ja miałam jakieś 7, może 10 lat. Nie pamiętam nawet jak wtedy wyglądał, ale pamiętam jaka byłam podekscytowana, kiedy miał nas odwiedzić. Rodzina, ale tak daleka, że żadne badanie DNA tego nie potwierdzi. Przez parę godzin robiłam własnoręcznie prezent: odnóżka mojej ulubionej roślinki wsadzona do białego kubeczka, który był oklejony naokoło bezcennymi naklejkami z Niemiec, przedstawiającymi konie!
Jestem pewna, że mój prezent raczej nie był na szczycie listy marzeń młodego studenta zootechniki, ale dla mnie jego wizyta była wielkim wydarzeniem, bo to był TEN Włodek od koni. Konie, moja niespełniona miłość, moja pasja, którą realizuję przez całe życie w odstępach mniej więcej co 10 lat. Wiem, że to nie jest jakieś zabójcze tempo, ale doszłam już do tego, że nie spadam przy pierwszym potknięciu.
Wiedziałam, że Włodek przez wiele lat kierował Stadniną Koni Huculskich w Gładyszowie. Kiedyś jeszcze z moimi rodzicami mieliśmy tam jechać, ale wyjechaliśmy na stałe do Kanady i tyle Włodka i jego hucułki widziałam. Tegoroczny maj obfitował w długie weekendy. Pierwszy spędziliśmy w Ljubljanie, a drugi właśnie u Włodka! Wygooglałam, wydzwoniłam i pojechałam!
Kocham wyjazdy z dziećmi!
Nie, wcale mnie nie stresują. Wiem, jestem dziwna. Powinnam spinać się, robić listę, odhaczać, nerwowo przeglądać zawartość walizek i toreb, dokładać, wyjmować, przeliczać i miotać ogniem naokoło. Tak, wiem jak to jest, bo jeszcze niedawno moje wyjazdy tak właśnie wyglądały. Teraz jednak kojarzą mi się z podekscytowaniem, ciekawością i przygodą. Kłamać nie będę, jestem trochę bardziej skupiona, więc mój próg tolerancji na “Mamoooo, a on mnie biiijeeee” jest o wiele niższy niż zwykle, ale ogniem nie miotam.
Już nie wariuję przy każdej wycieczce
Pakuję tyle ile mam ochotę, byle wlazło do samochodu, a że duży, to i dużo wlezie. Jedzie z nami hulajnoga, longboard, rower i latem nawet żółw z terrarium.
Nie martwię się, że czegoś zapomnę. Byle bym pamiętała o dokumentach, kluczykach i portfelu:) Reszta jest do kupienia.
Robię przegląd samochodu przed dłuższą podróżą. Mam assistance, więc jak auto się rozkraczy, to trudno. Traktuję to w kategoriach przygody. Oj, dzieci by piszczały z radości jak by holownik przyjechał po naszą piekielną machinę. Tfu, nie zapeszam, bo wolę inne atrakcje, ale takich też się nie boję.
W dniu wyjazdu wstaję tak jak zwykle, wcale nie wcześniej. Mój tata zawsze chciał wyjeżdżać o 5 rano, bo wtedy wcześnie dojedziemy. Tylko po co, jeśli dojeżdża się na pięciu kawach i żadnej radochy z tego wcześnie rozpoczętego urlopu nie ma. Dzieci raczej nie pozwolą pójść spać o zmierzchu, ani odespać następnego dnia rano, więc o nadrobieniu utraconego snu nie ma mowy. Wolę rozpocząć wakacje wypoczęta, zamiast liczyć na to, że jakimś cudem odeśpię jak dojadę;)
Traktuję podróż jako atrakcję. Życie jest drogą, a nie celem, a droga to przygoda. Nasze wakacje zaczynają się w chwili, gdy wsiadamy do samochodu. Nie ścigamy się. Jedziemy dłużej niż wszyscy, bo zatrzymujemy się na każde siusiu – nie sikamy wszyscy razem na komendę. Zresztą z dziećmi nie zawsze się da, bo jak Ada chce, to Krystian śpi, a jak on chce, to Ada już nie. Zwiedzamy stacje benzynowe, żywimy się chrupkami kukurydzianymi i hotdogami, a w aucie dzieci bawią się badziewiastymi zabawkami z kupionej na stacji prasy dziecięcej. Żywotność tych zabawek jest akurat wystarczająco długa, by zgarnąć je do torby na śmieci zaraz po dojechaniu na miejsce, ale są nowością, więc cieszą dłużej niż zabrane z domu misie i autka. Szukamy atrakcji po drodze. Muzeum Bałtyku z wystawą klocków Lego? Ok. No i nasza podróż trwa 2 godziny dłużej, ale kto by liczył, skoro dzieci zachwycone i każde wychodzi ze swoim nowiutkim Legoludkiem. Place zabaw na parkingach i postoje na lody też nas cieszą.
Pozwalam nawigacji prowadzić mnie nieznanymi szlakami. Do Gładyszowa jechaliśmy głównymi drogami krajowymi, za to z powrotem… Nawigacja zafundowała nam trasę widokową, chyba ze wzgłędu na korki panujące na głównych trasach. Jechaliśmy wąską wstążką asfaltu wśród gór i dolin, podziwiając orgazmiczne widoki wiosennej polskiej przyrody. Łzy w oczas stawały na widok tego wszystkiego, czego z pewnością bym nie zobaczyła stercząc naburmuszona w korku na autostradzie.
Na miejscu kokoszę się powoli. Kiedyś biegłam zapisać dzieci do szkółki narciarskiej, bo co jak zabraknie miejsc, albo najlepszy sprzęt zostanie już wypożyczony? Ano nic. Jak nie ta szkółka to inna, jak nie ta wypożyczalnia, to inna. Pośpiech jest złym doradcą. Wolę popatrzyć na szkółki na stoku, popytać, porozglądać się i zapisać dzieci następnego dnia.
A niech dzieci same organizują sobie czas. Najwyżej jedne zajęcia dziennie na komendę. Reszta dnia układa się sama. Jeżdżę zwykle w miejsca, gdzie jest dużo dzieci w różnym wieku. Dzieciaki szybko znajdują sobie towarzystwo i uruchamiają swoją wyobraźnię gotując zupę z błota i polnych kwiatów w starej oponie, budując szałasy z patyków oraz zamki z piasku i wodorostów. Zbiórka tylko na śniadanie, obiad i kolację. Uwielbiam patrzeć jak moje umorusane i uśmiechnięte dzieciaki z apetytem pałaszują wszystko to, czego by w domu nie tknęły.
Konie, kotki i obolały tyłek, czyli wszyscy zadowoleni:)
Jak tylko dotarliśmy do Gładyszowa, dzieci natychmiast chciały zobaczyć koniki. Pogalopowaliśmy przywitać się z tymi aksamitnonosymi, cudownymi, pięknymi i łagodnymi stworzeniami. Potem był obchód po okolicy. Krystiana zachwyciła kolekcja broni i strojów z różnych epok, które Włodek kolekcjonuje. Nie tylko konie Włodka, ale właśnie jego kolekcjonerskie miecze, zbroje i niezwykłe stroje używano już niejednokrotnie do produkcji filmowych. On sam brał udział, jako konsultant do spraw koni w takich filmach jak: „Ogniem i mieczem”, „Stara Baśń”, „Quo vadis”, „Szatan z 7 klasy”, „Duch gór” i wielu, wielu innych, a same konie uczestniczyły w filmach „Janosik”, „Dom Zły”, „Bitwa warszawska 1920” – w sumie ponad 30 różnych produkcjach filmowych. Sprzyjają temu przepiękne tereny otaczające “Starą Cegielnię”. Bukowe i jodłowe lasy, górzysta okolica, malownicze górskie strumymi i rozległe łąki.
Ada natychmiast odkryła dwutygodniowe kocięta o błekitnych oczach. Przypomniała mi czasy, kiedy to ja przyjeżdżałam do dziadków na leśniczówkę i pierwszą rzeczą, którą robiłam było odszukanie kociąt, które każdego roku gnieździły się gdzieś indziej. Następnego dnia, po śniadaniu były konie. Ada wsiadła z entuzjazmen, a Krystian zrobił sobie obserwatorium na stogu siana. Wkrótce i on zechciał spróbować i poczuł się w siodle zupełnie swobodnie.
Dopisywały nam świetne humory, pogoda, swoboda i radość z otaczającej nas pięknej przyrody oraz wspaniałych i życzliwych ludzi. Ada spytała, czy możemy tu zamieszkać. Zamieszkać, to może nie, ale wrócić napewno tak. I wracamy, w drugiej płowie sierpnia. W trzy dni długiego weekendu zaledwie dowiedzieliśmy się ile tu jest do zobaczenia, ile do doświadczenia. Ile maleńkich kapliczek i cerkiewek czeka na nas w okolicy do obejrzenia, ile ukrytych w lesie cmentarzy do odkrycia, ilu wycieczek nie udało nam się odbyć, gdzie nie daliśmy rady dojechać. Nie poznaliśmy wszystkich koni, nie przejechaliśmy się bryczką. Na to wszystko zabrakło czasu. Ale wszystko czego doświadczyliśmy było cudowne, a dzieci zarówno w siodle, jak i przy kotkach naprawdę szczęśliwe.
Na koniec dostałam od Włodka prezent. Nie, nie była to roślinka w kubeczku:) Chciałam choć przez moment posiedzieć w siodle. Przy dzieciach ciężko mi było wygospodarować chwilę, by poświęcić całą moją uwagę ukochanym koniom. Umówiłam się na jazdę, miałam pokręcić się po łące, gdy dzieci były oprowadzane na swoich konikach. Tymczasem Włodek wsiadł na swojego rumaka i zabrał mnie na cudowną, niezapomnianą, wyciskającą łzy z oczu (znowu się poryczałam) przejażdżkę strumieniem górskim, drogami wśród łąk, drzew i porozrzucanych na wzniesieniach domków. Tyłek bolał mnie przez kolejne trzy dni, ale chę jeszcze i już odliczam dni do sierpnia, kiedy to znowu zawitamy w Starej Cegielni. Widzicie, było warto tę roślinkę w kubeczku podarować młodemu studentowi. Ponad trzydzieści lat później i ja dostałam coś od niego: wycieczkę w siodle, której nigdy nie zapomnę. Dziękuję:)
Pocztówki z Gładyszowa





































Ale tam pieknie!!!!
Zastanawiam się, dlaczego rodzice tak nie lubi podróżować z dziećmi. Nasz maluch w ciągu swojego czteroletniego życia ponad 20 razy podróżował już samolotem. Zazwyczaj dla nas jest to uciążliwe – wiąże się z braniem fotelika do samochodu, spacerówki a także ton spodni, spodenek, koszulek, zabawek i innych takich. Ale zaczynaliśmy od maleńkiego – w wieku 5 miesięcy poleciał do Chicago, dwa miesiące później zabraliśmy go w ponad siedmiogodzinną podróż nad ocean na wakacje. A teraz? Mały nie boi się przebywać w nowych miejscach, uczy się radzić sobie w nieznanym terenie i świetnie mu idzie. Wiadomo, że jest ciężej, ale nie jest źle! I tyle korzyści z podróży! Moja rada: Dzieci nie przeszkadzają w podróżach, czynią je trochę trudniejszymi, wymagającymi trochę więcej przygotowań, ale przez to czynią je dużo bardziej przyjemnymi i dającymi więcej satysfakcji. Tak więc: Rodzice, PODRÓŻUJCIE!
Ja kocham podróżować z dziećmi. Nie jestem zmęczona nawet wielogodzinną jazdą. I tak zastanawiałam się dlaczego, bo większość rodziców wysiada z auta sfrustrowana i skonana. Chyba po prostu zakładam, że będzie fajnie, zamiast utwierdzać się w przekonaniu, że podróż z dziećmi to jakiś horror. Odpowiadam na potrzeby dzieci i własne w czasie jazdy zamiast ścigać się z czasem i konkurować z innymi o najszybszy czas przejazdu. Cieszą mnie małe rzeczy, bo jestem ich świadoma. Zatrzymuję się, by nacieszyć się widokiem dziecka stojącego przed regałem z paluszkami, znajdującego patyk, który koniecznie trzeba zabrać w dalszą podróż. Daję dzieciom prawo do wypoczynku, bo to przecież ich wakacje, a nie kolejny wyścig zajęć edukacyjno-rozwojowych.