Depresja, moja towarzyszka życia, z którą ostatecznie rozprawiłam się dopiero niedawno. To stan głębokiego dysonansu pomiędzy Sercem a Rozumem. Kiedy Serce każe iść w jedną stronę, a Rozum w przeciwną, człowiek nie jest w stanie ruszyć się z miejsca. Taki stan może trwać latami. Jest demotywujący i wyczerpujący. To nie jest życie. To powolne i nieuchronne obumieranie. Ludzie żyjący z depresją, często są postrzegani jako ludzie sukcesu, gdyż jedynie powszechnie uznawany sukces, czyli wysokie wzloty są w stanie wyciągać z najgłębszych dołów. To błędne koło, szalona jazda, która kończy się katastrofą. Katastrofa może być końcem albo początkiem. Wybrałam początek.
Dziś wiem, że śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć. Co to znaczy żyć? Czy wystarczy budzić się, jeść, pić, chodzić do pracy i robić swetry na drutach? Nie! Życie to ciekawość, to odwaga bycia sobą, to pasja w każdej czynności, którą się wykonuje, to miłość do siebie samego i drugiego człowieka, to radość z samego faktu istnienia.
Wychodzenie z depresji zajęło mi rok. Bez leków antydepresyjnych. Odmówiłam ich przyjmowania. Zważywszy jednak, że spędziłam większość życia, żeby się w nią wpakować, rok to całkiem dobry wynik. Nie chciałam już tylko dotrwać do końca. Zapragnęłam zwiedzać lodowce i wspinać się na szczyty wulkanów. Chciałam, by życie pełnią życia było dla mnie bezpieczne, chciałam czerpać pełnymi garściami i oddychać pełną piersią. Wiedziałam, że będzie to dla mnie bezpieczne tylko wtedy kiedy w pełni zaakceptuję i pokocham siebie. Kiedy będę mogła podejść do moich problemów i porażek bez obwiniania i autochłostania. Kiedy nauczę się traktować siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z wyrozumiałością zarezerwowaną jedynie dla dziecka, i z zachwytem dla kobiety, którą JESTEM.
W tym celu przeczytałam kilkanaście książek, przesłuchałam wiele audiobooków, obejrzałam mnóstwo filmów, uczestniczyłam w wielu terapiach, zarówno konwencjonalnych jak i niekonwencjonalnych. Ze zdumieniem obserwowałam istotę którą się powoli staję, albo raczej zawsze byłam, jednak strzegłam jej tak zawzięcie, że z czasem zapomniałam kim jest. Byłam zbiorem pragnień i oczekiwań innych ludzi, religii, otaczającego mnie społeczeństwa. Jak z karczocha, zdejmowałam warstwę po warstwie, by dotrzeć do Serca. Przeszłam daleką drogę, by trafić z powrotem do domu, do siebie. To wielki sukces w świecie, w którym nadal sukces postrzegany jest w kategoriach mieć, a nie BYĆ.
