W ramionach absurdu

Od jakiegoś czasu wpadam w ramiona absurdu. Nie wiem, czy to pech,  moje zboczenie, czy świat staje na głowie wprowadzając coraz to nowe paragrafy, regulacje i procedury. W sklepie, restauracji i na podwórku, a ostatnio nawet w łóżku, prześladują mnie procedury.

Procedury z założenia powinny ułatwiać życie, wprowadzać porządek i regulować pewne sekwencje zdarzeń tak, by nie zakłócały porządku ogólnego. Co się jednak dzieje, gdy wszystko już działa sprawnie, gdy jest uporządkowane i niczego nikomu nie zakłóca? Wtedy znajduje się jakiś pieniacz, człowiek sfrustrowany, pełen nienawiści i zawiści, który ten porządek burzy. Taka jednostka jest zwykle bardzo głośna i przekonująca, umiejętnie podburza inne, dotąd dość zadowolone z życia istoty i buduje własny obóz pieniaczy, którzy dysponują wystarczającą ilością czasu i furii, by swoje fobie projektować na podatne na wpływy, spokojne i nie wadzące nikomu osobniki. W wyniku ich działań powstają nowe procedury, które sprawiają, że dotąd dosyć przyjemne życie staje się nieznośne. Pętla zaciska się na szyi wolnego obywatela, który nie wiadomo jak i kiedy staje się więźniem procedur, ofiarą regulacji i zakładnikiem paragrafów.

Dotyk zakazany

Nie wiem dlaczego dzieci wyrastają z ciuchów dwa razy do roku: na wiosnę i na jesieni. Mamy przecież cztery pory roku, ja mam czworo dzieci, więc znacznie lepiej  by było, gdyby raz na zawsze ustalić, że Ada wyrasta wiosną, Krystian latem, Aleks jesienią, a Michał zimą. Ale nie, oni muszą wszyscy razem i to dwa razy do roku. Chyba będę musiała wprowadzić w tym temacie jakieś procedury. Tej wiosny potrzebowali wszystkiego: od koszulek, przez sukienki dla Ady, po skarpetki dla chłopaków. Wyszłam z wielką torbą H&M w czwartek, a już w piątek wróciłam z tą samą torbą, tyle że lżejszą o te ciuchy, które zostały w szafach dzieciaków. Reszta była do zwrotu, bo rozmiar, kolor, długość, coś tam nie takie. Przechodząc między wieszakami wybrałam kilka nowych rzeczy na wymianę. Podeszłam do kasy i położyłam torbę H&M’u z rzeczami H&M’u na ladzie H&M’u. Trzymałam jeszcze inne zakupy i ubrania na wymianę, więc byłam trochę objuczona.
– Dzień dobry. Chciałam wymienić ubrania, które wczoraj kupiłam.
– Poproszę rachunek – krótko odpowiedziała młoda pani przy kasie.
– Jest w torbie – odparłam z uśmiechem, bo jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka.
– Proszę wyjąć rachunek – upomniała mnie kasjerka.
Zdziwiłam się, położyłam graty na ladzie, odstawiłam siatki,  pogrzebałam w torbie i podałam pani rachunek. Następnie wzięłam swoje graty i czekałam na zwrot. Pani przejrzała rachunek i beznamiętnym tonem poleciła:
– Proszę wyjąć rzeczy z torby. – Teraz wzbudziła moją ciekawość.
– A czy Pani może je wyjąć? – spytałam niewinnie.
– Nie wolno nam dotykać własności klienta – wyjaśniła pani przy kasie – Takie procedury – dodała.
Zbaraniałam, ale odłożyłam graty na ladę po raz drugi i wyjęłam ubrania H&M’u z torby H&M’u.  Teraz już pani za ladą mogła ich dotykać, choć formalnie jeszcze nadal były moje. Przejrzała, odhaczyła na rachunku, przeliczyła i zawołała kolegę, kiedy ja składałam podpisy tam, gdzie ona wcześniej postawiła „ptaszki”.
– Nie mogę zrobić zwrotu bez świadka – wyjaśniła już nieco zażenowana. – Procedury…– dodała.
Wytrzeszczyłam oczy i chyba jeszcze stałam z tym wytrzeszczem, kiedy przyszedł „świadek”, wystraszony młody człowiek z etykietką „uczę się” dumnie przypiętą do klaty.
– Robię zwrot – zakomunikowała pani (pewnie zgodnie z procedurami). Wypłaciła kasę, a następnie nabiła nowe zakupy na nowy rachunek i włożyła do mojej starej torby H&Mu. Obym nie musiała ich zwracać…

Kubek w kartonie

Wracając do domu postanowiłam przejechać przez McDonalda. Jakieś siły nieczyste postawiły go na rogu mojej ulicy. Uwielbiam kawę Orange Mocha. Czasem poddaję się słabości i przejeżdżam przez McDrive zamawiając wersję bez bitej śmietany i cukru. A że byłam dzisiaj kobietą po przejściach (w H&M’ie), uznałam, że mogę zgrzeszyć. Zawsze zamawiam jedną kawę i zawsze dostaję ją w podwójnej tekturowej tacce, która nijak nie pasuje do pojedynczego miejsca na napoje między siedzeniami mojego samochodu. Zawsze dziękuję za kartonową tackę, ale zawsze dostaję kawę wetkniętą w kartonik, który potem niczym dowód zbrodni, zalega na podłodze mojego samochodu.
– Za tackę dziękuję – powiedziałam panience z okienka, która kawę mi wydawała. Tak na marginesie, to podziwiam tych ludzi, którzy potrafią przyjmować zamówienie przez słuchawki, jednocześnie przyjmując ode mnie płatność i wydając hamburgery. Ja bym tak nie umiała. Naprawdę.
– Muszę podać Pani kawę w tacce. Procedury… – wyjaśniła okienkowa. – Może Pani ją wyjąć i oddać mi tackę – dodała niemal konspiracyjnym tonem.
Zbaraniałam po raz kolejny tego dnia.

Kochanek limitowany

Wróciłam na moje ukochane osiedla. To wymarzone i wyczekane. To gdzie i ja i moje dzieci czujemy się jak w raju. Jednak ostatnimi czasy zauważyłam wzmożoną aktywność sił wywrotowych, które śmiem nazwać piekielnymi, bo z mojego nieba na ziemi starają się zrobić istne piekło wprowadzając coraz to nowe…procedury.

Ostatnim hitem, po serii regulacji i procedur utrudniających wstęp na osiedle (głównie mieszkańcom) i przechowywanie przedmiotów w garażach (komórek lokatorskich i piwnic na osiedlu brak). Nie, przepraszam. Są chyba trzy na cały blok, a ich szczęśliwi posiadacze byli pewnie pierwszymi lokatorami tego osiedla. Wracając do ostatniego hitu, dotyczy on procedur parkowania na terenie osiedla. Mamy na osiedlu miejsca postojowe naziemne. Żadne odkrycie, większość osiedli je posiada. Tyle, że na moim osiedlu od paru dni stoją puste. Komuś się nie podobało, że stają tam również mieszkańcy. No bo jak ktoś zapłacił za garaż 18 tys. zł, a jakiś cwaniak parkuje przed blokiem za darmo, to trzeba mu urwać łeb, przy okazji utrudniając życie wszystkim innym. Ludzka zawiść nie zna granic. Od paru dni mamy więc nowe procedury parkowania. Na osiedle może wjechać jedynie gość, który jest wcześniej osobiście przez mieszkańca u ochrony zaanonsowany, jego szczegółowe dane osobowe przekazane w specjalnym formularzu, a suma godzin, które ów gość ma prawo parkować swoje cztery kółka na naszym osiedlu nie może przekroczyć 72 godzin miesięcznie. Wjazd na osiedlowe drogi został zastawiony blokadami na klucz, który posiada ochrona. I tak dzisiaj przyjechał po Krystiana autobus, taki do przewozu dzieci niepełnosprawnych i gwałcąc procedury musiał przejechać chodnikiem by pod mój blok podjechać. Więcej już nie przejedzie, bo na chodniku postawiono kołek, by takie podłe praktyki uniemożliwić. Poszłam do administracji i teraz kierowca dwa razy dziennie dostąpi zaszczytu posiadania klucza do blokady, którą będzie musiał sam sobie otwierać. Ciekawe, czy jego procedury na to pozwalają…

zespół downa, szkoła specjalna

Niania, która opiekuje się moimi dziećmi, gdy są chore też będzie miała ograniczony czas postoju na terenie osiedla do 72 godzin miesięcznie. To wychodzi 9 dni po 8 godzin. Dzieci kochane! Apeluję do Was: nie chorujcie! A jeśli musicie, to hurtem i musicie się wyrobić w dziewięć dni, bo potem będziemy musieli zmienić nianię. Nie mam pojęcia co za ……… wymyślił te procedury i na podstawie jakich danych wydumał te 72 godziny, ale wiem jedno: to zamach nie tylko na moją nianię, ale i na moje życie intymne. Dokładnie tak. Załóżmy, że mam kochanka, takiego, co wieczorami wślizguje się niepostrzeżenie na osiedle, a potem do mojego łoża i znika bladym świtem zanim pierwszy kur zapieje. Boże, rozmarzyłam się… No, ale teraz nic z tego. Dzień wcześniej musiałabym wybrać się osobiście do siedziby ochrony naszego osiedla i wypełnić stosowny formularz ujawniając dane bardzo osobiste mojego gościa. Więcej, ma on prawo spędzić w moim łożu, to znaczy na moim osiedlu 72 godziny w miesiącu. Zupełnie niepostrzeżenie administracja osiedla zaczyna kontrolować życie intymne mieszkańców. Już  wie kto, z kim i jak długo. Teraz co 72 godziny albo ja muszę zmienić kochanka, albo on samochód. Moja koleżanka podpowiada, że powinnam zrezygnować z monogamii i mieć kilku kochanków, którzy będą parkować rotacyjnie. Zawsze też mogę pomyśleć o takim co już parkuje pod ziemią i nie podlega żadnym limitom, formularzom, ani innym procedurom:)

Zgoda na ratunek

Co roku, kiedy dzieci rozpoczynają naukę, pierwsze zebranie obfituje w liczne papierki i „zgody”, które każdy rodzic musi podpisać. Zgoda na rozpowszechnianie wizerunku, zgoda na ubezpieczenie, a w tym roku podpisywałam zgodę na kontakt fizyczny z dzieckiem w razie zagrożenie jego zdrowia  lub bezpieczeństwa jego lub innych uczniów. Musiałam wyrazić zgodę na ewentualne ratowanie mojego dziecka poprzez kontakt fizyczny nauczyciela z moją pociechą. W wolnym tłumaczeniu, jeśli spada mu na głowę segregator z półki, to teraz wychowawca ma prawo mojego syna złapać za fraka i odsunąć. A gdybym nie podpisała? Co roku „zgód” jest coraz więcej i w dniu kiedy będę musiała podpisać zgodę na nauczanie w szkole, to ja moje dzieci z tej szkoły wypiszę. Wyprowadzimy się na jakieś zadupie, do dziczy dziewiczej, gdzie nikt o procedurach nie słyszał, gdzie najwyższą wartością są zdrowy rozsądek i miłość człowieka do człowieka.

Rozsądek zamiast paragrafów

Kochani wielbiciele procedur, ja rozumiem, że człowiek może mieć nadwyżkę czasu i energii ze względu na brak rodziny, zatrudnienia, czy życia, nie tylko seksualnego, ale jakiegokolwiek, ale po co wyżywać się na innych. Czy zamiast forsować tego typu idiotyczne procedury ograniczające wolność i swobodę wszystkich, nie lepiej zająć się swoim życiem, znaleźć sobie hobby (inne niż tworzenie procedur), pracę, czy nawet kochanka? Moje dzieci oglądały kiedyś bajkę „Skok przez płot”, a tam jest właśnie taka jędza, sfrustrowana, samotna korpobaba, która z nienawiści do całego świata stara się ten świat wszystkim obrzydzić wprowadzając absurdalne procedury. Jak widać choroba ta jest uniwersalna i osoby na nią cierpiące mają na całym świecie taki sam profil psychologiczny.

Chociaż nie, u nas na osiedlu jest też inny egzemplarz. To facet, który cały dzień siedzi z nosem przytkniętym do szyby i monitoruje boczną bramę osiedla. Taki Mr Monitoring osiedlowy. Wystarczy zostawić na dwie minuty samochód, by podbiec do bankomatu, a on już dzwoni na ochronę. Przyfilował nawet moich chłopaków, którzy po wyłączeniu zewnętrznych kodów dostępu do bramki, otwierali ją wbijając kod od drugiej strony (sprytne te moje chłopaki:). Facet jest nie do pokonania, nie do oszukania i nie do zniesienia. Mały człowiek, pieniacz osiedlowy, który swoje frustracje niczym pomyje wylewa na głowy niesfornych mieszkańców łamiących osiedlowe procedury. Nauczyłam się go ignorować, traktować jak powietrze, bo miłością się nie da. Zaraz, a może… Ciekawe, czy ma miejsce postojowe w garażu podziemnym… Nie, głupi pomysł. Już sobie wyobrażam te procedury w łóżku… Notorycznie go ignoruję, bo jestem kulturalną kobietą i środkowy palec pokazuję tylko jak nikt nie widzi.

Nie wiem co jeszcze przyjdzie do głowy fanom procedur. Były już propozycje ogrodzenia wszystkich trawników, by dzieci po nich nie biegały, były niezbyt grzeczne ogłoszenia sugerujące, że najbliższy park dla dzieci jest 4 minuty spacerem od osiedla. Nie wiem kto takie bzdury pisze, z pewnością nie jest to rodzic, bo żaden rodzic nie wyśle dziecka samego do parku poza bramy osiedla. Chyba największą zaletą osiedli jest właśnie to, że dzieci mogą bezpiecznie bawić się pod oknem podczas, gdy mama pierze, sprząta i robi kolację.

Z łezką w oku wspominam czasy, kiedy osiedla nie były grodzone, kiedy listy lokatorów wisiały na klatkach schodowych, które nie były zamykane na żadne tajne kody dostępu. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy można było przytulić drugiego człowieka, bez obawy posądzania o molestowanie, kiedy oddając rzeczy w sklepie wystarczyło je przynieść, a sprzedawczyni robiła całą resztę. I zastanawiam się gdzie to zmierza. W sumie nie muszę się zastanawiać, bo ja już w takim proceduralnym kraju żyłam. Mieszkałam w Kanadzie, gdzie procedura jest najwyższą wartością. Gdzie odbiera się dzieci rodzicom, bo zostawili nastoletnią młodzież samą w domu, a prawo przewiduje, że do 14 roku życia dziecko musi być pod opieką osoby starszej (np 15 latka). Gdzie studentka oskarża wykładowcę o molestowanie seksualne, bo on chwaląc ją za osiągnięcia poklepał ją po ramieniu. Gdzie psom wycina się struny głosowe, bo nie wolno im zakłócać spokoju sąsiadów swoim szczekiem.

Trochę mi szkoda, bo kiedy wracałam do Polski 22 lata temu, byłam oszołomiona wolnością i zaufaniem, gościnnością i ludzkim rozsądkiem zamiast paragrafów i procedur.

 

W ramionach absurdu
5 (100%) 4 votes

2 thoughts on “W ramionach absurdu

  1. Świetnie napisane. Ja osobiście z wieloma „procedurami” w Polsce nie mogę się pogodzić. Grodzone osiedla i wszystko, co się z tym łączy i brak kontaktu fizycznego opiekuna z dzieckiem w wieku przedszkolnym po prostu powalają. Jestem szczęściarą: mogę mieszkać tam, gdzie takich wynalazków nie ma. I dobrze mi z tym. Dzięki temu mogłam zawsze spokojnie zostawić dzieci w przedszkolu na ręku pani i popędzić do pracy nie martwiąc się, że będą płakać nieutulone. A kiedy dzwoniono do mnie z informacją, że dziecko należy odebrać, bo się rozchorowało, też miałam pewność, że ktoś z personelu się nim zajmuje przez cały czas i nie każe dwulatkowi przebrać zarzyganych ciuchów samodzielnie. Wokół domu nie mam nawet płotu, podobnie jak 100% sąsiadów – 20 domów ma wspólne podwórze i też żyjemy. Pozdrawiam i życzę Ci siły na walkę z takimi wiatrakami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.