Śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć

Umieściłam to zdanie na pierwszej stronie mojej najnowszej książki pt Depresjologia. Miałam ku temu powód. Kiedyś paniczny lęk przed śmiercią nie pozwalał mi żyć. Więcej, lękiem tym zarażałam najbliższych, trzęsąc się o nich na każdym kroku. „Nie skacz, bo spadniesz”, „Nie jedź, bo się rozwalisz”, „Nie idź, bo nie wrócisz”. Lęk o zdrowie i życie paraliżował moją codzienność. Częściej myślałam o tym jak zapobiec śmierci swojej i najbliższych, niż o tym jak żyć. W mojej głowie każdy kaszel dziecka zwiastował tragiczne zapalenie płuc, każdy głośniejszy wdech Krystiana oznaczał duszenie. Każda karetka, którą mijałam w drodze do domu jechała po któreś z moich dzieci. Każdy ból oznaczał dla mnie śmiertelną chorobę, każda inność w moim ciele, raka. A najgorsze było to, że bałam się śmierci jednocześnie upatrując w niej jedynego wybawienia i to napawało mnie dodatkowym lękiem. Bo jak można żyć jednocześnie nie chcąc i chcąc umrzeć…

Odkąd zmieniłam swoje życie, odkąd zaakceptowałam siebie, moje słabości i ciemne strony, zaakceptowałam i pokochałam to kim jestem, przyjęłam życie takie jakim jest, przestałam obawiać się choroby i śmierci. To był proces, nie żadne gwałtowne BUM z jasnego nieba. Jednak czym jest brak lęku bez zagrożenia. Niczym. Czasem Bóg decyduje przetestować głoszone przez nas teorie w praktyce. Dostajesz od życia cios prosto w brzuch. Padasz na kolana, nie możesz oddychać. Czujesz jak uchodzi z Ciebie całe powietrze, a łzy same kapią na posadzkę.

Mój cios przyszedł nieoczekiwanie przez telefon. Nie byłam przygotowana, ale tak to zwykle bywa. Niedawno robiłam rutynowe badania. Już o nich zdążyłam zapomnieć. Pielęgniarka w słuchawce nieco niezręcznie poinformowała mnie, że wyniki są złe. Że powinnam jak najszybciej zapisać się do lekarza żeby podjąć leczenie. Przyjmie mnie bez kolejki. Chwilę zajęło zanim gorąca lawa zaczęła rozpływać się ze środka mojego żołądka ku górze. Zatrzymała się na wysokości uszu. Podziękowałam za informację. Zadzwoniłam do rejestracji. Przedstawiłam sytuację. Obiecano mi telefon zwrotny, gdy wizyta będzie potwierdzona. Zadzwonił następnego ranka o 7:30.

Weszłam do netu i wklepałam swoje wyniki. Najbardziej prawdopodobna diagnoza to rak. W zależności od zaawansowania choroby czeka mnie mały zabieg, albo śmierć. To dość duża rozpiętość możliwości. Czy jestem gotowa na śmierć?

Jak zawsze w skrajnych sytuacjach zaczęłam rozpatrywać najgorszy scenariusz. Nie po to żeby panikować, ale po to, by się przygotować i oswoić lęk. Taką metodę stosowałam wielokrotnie przy Krystianie, moim synku z zespołem Downa. Zawsze kiedy oswajałam się z najgorszym scenariuszem, problem zdawał się mniej przerażający. Dzieci. Co z nimi? Trójka ma tatę. Michał nie. To już dawno rozwiązałam. Jako rodzina zastępcza nie mogę oficjalnie wskazać mojego następcy w razie śmierci. Ale mogę go znaleźć i ustalić, że w razie gdyby mnie zabrakło on wystąpi do sądu o ustanowienie go rodziną zastępczą. Mój brat uwielbia Michała, zobowiązał się chętnie.

W następnej kolejności zadałam sobie pytanie, które zalecają niektóre poradniki, jednak w obliczu prawdziwego zagrożenia, ma ono zupełnie inny ładunek emocjonalny. „Jeśli miałabym niedługo umrzeć, co zmieniłabym w swoim życiu? Czy bym z czegoś zrezygnowała, czegoś zaniechała?” Z początku chciałam rzucić wszystko i tylko codziennie tulić moje dzieci. Podejrzewam jednak, że miałyby mnie serdecznie dość po jednym dniu. No więc co bym zrobiła gdyby diagnoza się potwierdziła, gdybym dostała wyrok? Moje rozważania przerwał telefon. Pani, której ktoś podał mój numer szuka pomocy. 11-letnia dziewczynka, mieszkająca obecnie w domu dziecka ma zostać zamknięta w MOSie (Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapeutyczny). Trzeba znaleźć dla niej rodzinę zastępczą. Pilnie. Pieprzyć raka! Musi poczekać. Ja mam tu pilną sprawę do załatwienia. Kilka telefonów. Teraz już tylko trzeba czekać i mieć nadzieję, że ktoś się zgłosi.

Znowu wracam do rozważań nad wcześniejszym pytaniem: co bym zmieniła gdyby… Odpowiedź brzmi: NIC. Nic bym nie zmieniła. Moje życie jest w porządku takie, jakie jest. Może bym mniej liczyła pieniądze, wyjechała na jakąś fajną wycieczkę. Może bym zrezygnowała z projektów, które dopiero raczkują, koncentrując całą moją energię na dzieciach, książkach, szkoleniach i blogu. W takiej kolejności. Właśnie sobie uporządkowałam priorytety. Czasem trzeba dostać od życia cios w brzuch. Wtedy działa się instynktownie. Kto był pierwszą osobą, którą chciałam mieć przy sobie? Co wydało mi się nieważne? Co zapragnęłam dokończyć? Poczułam przypływ energii. Tę dziwną moc, która rodzi się z niemocy. Uświadomiłam sobie, że nie mam czasu na raka, a jeśli po mnie przyjdzie, to poradzę sobie z nim krok po kroku, metodą małych kroczków, którą opisuję szczegółowo w Depresjologii. Dzięki niej poradziłam sobie z depresją. Dzięki niej jestem dzisiaj tu gdzie jestem.

Może to tylko upomnienie „z góry”, a może wezwanie. Nie wiedziałam. I w zasadzie nie miało to większego znaczenia. Kiedyś wszyscy je dostaniemy. Dla mnie to motywacja, by żyć z jeszcze większą odwagą, by dzielić się nią i rozdawać wszystkim tym, którzy jej potrzebują. Nie boję się śmierci, bo mam odwagę żyć autentycznie i wiem, że każdą chwilę przeżywam z intensywnością jakiej kiedyś nie znałam. Zauważam, akceptuję, zachwycam się, boję, martwię, upadam, wstaję, biegnę, zatrzymuję, doświadczam, śmieję się i płaczę. Wszystko mam uporządkowane, niczego nie żałuję. Mogę przeżywać każdy dzień tak, jak by był ostatnim. Z akceptacją wszystkiego co jest i co będzie, radością z każdej chwili, zauważaniem smaków i zapachów. Podróż do wnętrza siebie, którą odbyłam trzy lata temu, kiedy moje życie rozleciało się na kawałki uregulowała moje relacje z samą sobą. Teraz więc zwracam się do siebie po radę. Słucham swoich potrzeb, swojej intuicji i wiem, że będzie dobrze bez względu na to co usłyszę, czego się dowiem. Akceptuję ból i cierpienie w takim samym stopniu jak radość i przyjemność.

Śmierć jest tematem tabu w naszej cywilizacji. Pomija się ją milczeniem, ukrywa przed dziećmi. Samo słowo pewnie sprawia, że czujesz się niezręcznie. Tymczasem śmierć jest częścią życia. Nie da się zachwycać życiem ignorując śmierć. Jej nieuchronność skłania do bardziej intensywnego smakowania każdego dnia, każdej chwili. Przytul swojego męża/żonę dzisiaj, bo jutro może nie nadejść. Wycałuj swoje dzieci dzisiaj, bo jutro możesz nie mieć ku temu okazji. Nie mamy pojęcia kiedy przyjdzie nam odejść. Jesteśmy na tym balu zwanym życiem tylko na pewien czas. Tańcz i świętuj każdego dnia, bo co rano dostajesz nowy dzień w prezencie. Czy to nie piękne?
Wiem, że gdybym dostała wyrok, rozpoczęłabym nowy rozdział mojego życia. Ten by się nazywał „rak”. Przeżyłam już rozdział zatytułowany „zespół Downa”, „Rozwód”,  „Depresja” i wiele innych. Wszystkie zawierały łzy, ból, ale również niesamowite chwile radości, ekstazy i poczucia spełnienia. Na początku każdego z nich był lęk i ból, w każdym były łzy, ale był też śmiech, radość, satysfakcja, spełnienie i ekstaza. Każdy był równie ważny i każdy jest dla mnie cenny, za każdy jestem wdzięczna. Bo śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę naprawdę żyć, a ja kocham moje życie, aż do śmierci:)

PS Już po wizycie. Kolejne badania za pół roku. Narazie wszystko ok:)

Fot. Iwona Karolak Fotografia
Śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć
4.8 (96%) 10 votes

6 thoughts on “Śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć

  1. Piękny temat, czytałem na głos, właśnie łzy poszły 🙂
    Za dużo nie chcę pisać ale 😉 przeczytałem aktualnie 120stron książki depresjologia, mam depresję i też mam „wiele” i też byłem wiecznie niezadowolony.
    Też pytania co ze mną nie tak itd.
    Po 2 dniach zacząłem inaczej myśleć, małymi kroczkami chociaż to duże kroki ale staram się małe 🙂
    Zacząłem kochać siebie, lubić szanować, akceptować.
    Nie chcę już być ideałem, nie chcę być „człowiekiem sukcesu”, chcę być.
    Wiem już co źle zrobiłem, wiem że małymi kroczkami trzeba, powolutku, bez spiny która cały czas wcześniej na siebie narzucałem i która utrzymywała deprechę.

    Książka mega, teraz małymi kroczkami na głos czytam bloga 😉 codziennie 1temacik to minimum.
    Nie wiem co więcej napisać, mam nadzieję że się nie nakręciłem i że po paru dniach nie wrócę do dawnego myślenia, ale ja to wiem.Rozmawiałem ze sobą i małymi kroczkami do przodu.
    Aktualnie sporo sobie pisze, od paru dni pisze pamiętnik, za co jestem wdzięczny, sprawy do załatwienia, i po 1 problemie.

    Jesteś dla mnie inspiratorką, zmianą, dziękuję 🙂

    1. Drogi Piotrze, to zaszczyt. Nawet nie wiesz jak się cieszę z Twoich małych kroczków:) Dawaj znać jak idę i tak, będą potknięcia i zniechęcenia, ale one też są potrzebne. Są całkiem OK:) Ściskam, Agata

  2. całe szczęście, że wszystko ok 😉 taka informacja , choć przerażająca, jest dobrą życiową pauzą, żeby zastanowić się nad swoim życiem i tym, czy żyjemy tak jak chcemy, czy odeszliśmy od swoich pragnień na rzecz czegoś, co warte nie jest
    Niestety mocno ukrywamy się i ukrywamy nasze pociechy przed cierpieniem, śmiercią, bólem co ma swoje przełożenie na późniejsze radzenie sobie z nimi w życiu dorosłym. Czasem przyjdzie ktoś do mnie po stracie dziecka, rozstaniu czy innej trudnej sytuacji i od razu się autodiagnozuje: ,,mam depresje”. Oj nie, to nie depresja. To żałoba, czyli normalna odpowiedź organizmu na stratę. No normalne, że się płacze, to normalne kiedy odechciewa się żyć, traci się poczucie sensu życia i nie ma się motywacji do czegokolwiek, kiedy odchodzi ktoś bliski. To etap żałoby, która jest procesem czyli czymś co trwa jakiś określony czas po to, aby zaadaptować się do nowej sytuacji. Wielu z tych pacjentów w dzieciństwie było izolowany od śmierci, chorób np nie było zabieranych na pogrzeby. Dzieci powinny być oswajane z sytuacją straty, bo jest ona naturalna i będzie je spotykać w życiu dorosłym. Naszą rolą jest przygotować je na to, a nie izolować od tego. Ja spotykam konsekwencje nadmiernego chronienia dzieci w postaci zagubionych dorosłych,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.