Podsumowując siebie

ja_webKoniec roku to czas na podsumowania. To czas, by spojrzeć wstecz, podziękować za to co było dobre i również za to co było złe, bo każde zło może być siłą napędową dobra. To kwestia wyboru. Ja wybieram dobro. I za każdym razem kiedy życie wali mnie w łeb, zwijam się w kłębek, czekam aż minie pierwszy ból, a potem zaczynam szukać co z tym dobrego można zrobić. Nie pytam już „dlaczego ja”. Pytam „po co”, „jaki wniosek z tego mam wysnuć”. Bo ja wierzę, że wszystko dzieje się po coś, że życie jest dobre i piękne i że najgorszy dół jest po to, by się z niego wygrzebać i odkryć światło na nowo. Na kursie dla rodzin zastępczych, który niedawno skończyłam zadano nam pytanie:
– Co zrobisz jeśli Twoje plany nie wypalą?
– Zrobię nowe plany – odparłam.
– A jeśli szlag je trafi?
– To zrobię nowe
– A nie będziesz zła?
– Pewnie będę, ale ta złość tylko napędzi mnie do działania.

Serdeczna koleżanka po przeczytaniu mojej pierwszej książki „Anioły mówią szeptem” napisała:  „Myślę, że ludzie mogą Ci mieć za złe, że sobie radzisz i jesteś pogodna i wynajdujesz dobro. Wyprzedzasz swoją epokę…”

A ja pomyślałam, że to smutne, że widząc dobro wyprzedzam epokę, że ktoś może mieć mi to za złe… Wierzą w to, że dobro nas otacza, że miłość, szacunek, empatia i życzliwość jest w nas wszystkich, tylko boimy się je okazać drugiemu człowiekowi, żebyśmy nie wydali się śmieszni, żeby nikt nie miał nam za złe, że się cieszymy kiedy na świecie tyle zła i cierpienia.

Tu nie chodzi o ignorancję, o negowanie istnienia zła. Ja je zauważam, ale znam swoje siły. Nie jestem w stanie zmienić całego świata, nie uratuję dzieci z Aleppo, ale mogę uratować te z mojego podwórka. Dlatego smutno mi z powodu tych, którym pomóc nie mogę, ale nie pozwalam, by ten smutek zdominował moje życie, odebrał mi radość dnia dzisiejszego, bo nosząc radość w sobie, mogę ją rozdawać potrzebującym. Nosząc nadzieję, optymizm i miłość w sobie, mogę je rozdawać Wam i inspirować Was do tego, by Wasze życie było pełne radości, miłości i optymizmu pomimo wszystkich przeciwności, pomimo istniejącego zła, pomimo bólu i cierpienia, pomimo porażek, tragedii i chorób. Bo jeśli z radością życia będziemy czekać, aż zło i cierpienie znikną, to przeżyjemy je sfrustrowani, rozgoryczeni i rozczarowani… W moim liceum na ścianie wisiała taka oto modlitwa amerykańskiego teologa Reinholda Niebuhr’a:
God, grant me the serenity to accept the things I cannot change,
Courage to change the things I can,
And wisdom to know the difference…

Kobieta wielofunkcyjna

Dzieci, depresja, rozwody, zespół Downa… Tak dwa lata temu napisałam na wizytówce, którą zrobiłam przed spotkaniem klubu biznesowego. Dzisiaj na nią patrzę z politowaniem i trochę mi wstyd. Ci którzy ją otrzymali, musieli mieć niezły ubaw… Każdy uczestnik spotkania miał kilka minut na to, by się zaprezentować i poprosić o potrzebny kontakt, pomoc w znalezieniu pracy, pracownika lub klienta. Nie umiałam siebie określić. Nie byłam kobietą wielofunkcyjną, byłam kobietą bezfunkcyjną. Moją autoprezentację rozpoczęłam od tego, że od dwudziestu lat prowadzę agencję reklamową, ale z dniem jutrzejszym ten rozdział mojego życia się zamyka i nie mam pojęcia co będę robić. – Jeśli ktoś ma jakieś pomysły na zagospodarowanie mojej wiedzy i doświadczenia, to jestem do dyspozycji. Wiem tylko jedno: nie chcę już pracować w reklamie – zakończyłam mój występ i usiadłam zawstydzona swoim bełkotem.

Przez kolejne miesiące otrzymałam kilka propozycji pracy…w reklamie. W końcu to jedyna branża, na której się znałam, ale też dlatego wiedziałam, że już dość, już nie, już nie chcę.

fullsizerender-5web

Kim ja do diabła jestem?

Dwa lata temu nie wiedziałam kim jestem. Skończyłam się. Zwykle określamy się tym co robimy, a ja nie robiłam już tego, czego uczyłam się przez wiele lat, co praktykowałam i co doskonaliłam przez dwadzieścia coś tam lat. Jeśli ktoś jest lekarzem, tracąc pracę w szpitalu nadal pozostaję lekarzem. Ja straciłam nie tylko moją firmę, ale razem z nią całą moją tożsamość. Oddając firmę, którą stworzyłam, której byłam najpierw właścicielką, potem współwłaścicielką, dyrektorem kreatywnym, grafikiem, dtpowcem, marketingowcem, stwórcą i twórcą, zostałam bez tożsamości, bez przynależności, bez źródła dochodu, bez niczego…

Był grudzień. Te pierwsze Święta Bożego Narodzenia, które miałam spędzić bez dzieci. Wykupiłam wycieczkę do Tajlandii. W mojej wyobraźni siedziałam już pod palmą. Tą kiczowatą, co chyli się ku piaszczystej plaży. Jechałam w miejsce, gdzie nikt mnie nie zna, nie wie kim byłam i nie ocenia kim jestem dzisiaj. Miałam poznać ludzi, dla których dzień naszego poznania był godziną zero, a nie 1555-tą. Zaczęłam panikować. Co ja im powiem. Co odpowiem kiedy zapytają: kim jesteś? Co robisz? No właśnie, kim ja jestem? Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie, bo kim teraz byłam? Mieszkałam w wynajętym mieszkaniu z trójką dzieci. Nie miałam pracy. Kim jestem? Kim ja do diabła jestem?! W końcu przyszła odpowiedź: jestem blogerką i pisarką… Tylko, że wtedy mój blog był jedynie stroną o zespole Downa, a książka była pisanym od lat pamiętnikiem.

Nareszcie ja to JA!

Na wycieczkę nie pojechałam. W noc poprzedzającą wylot, Krystian dostał zapalenia krtani, a to u niego zawsze znaczyło pogotowie, duszności i strach o jego życie. Moi wyobrażeni nowi znajomi odlecieli i nigdy ich nie poznałam. Ale dzięki tej niezrealizowanej wycieczce poznałam kim jestem.

Minęły dwa lata, a ja jestem blogerką i pisarką. Bloga prowadzę od roku i otwieram tu dla Was całe moje serce. Moja pierwsza książka właśnie się ukazała. I wcale nie ta o depresji, jak wcześniej myślałam, ale o moich dzieciach, moich Aniołach, które mówią do mnie szeptem.

Jak to się stało? Było marzenie. Marzenie, by być sobą, choć nie miałam zielonego pojęcia co to znaczy. Zdecydowałam podążyć za cichutkim głosem intuicji, która nieśmiało zaczynała się odzywać. Rozum nie raz bojkotował moje plany, kłócił się i walczył, buntował i niweczył. Za każdym razem kiedy kusiła mnie kolejna propozycja pracy, Rozum szalał z radości i prowadził gorączkowe negocjacje z Duszą i Sercem, żeby jednak przyjąć, żeby mieć jakąś bazę, jakiś dochód i dopiero wtedy, w wolnych chwilach coś tam pisać, bo przecież i tak nikt tego nie przeczyta. To były najtrudniejsze chwile. To były te poranki, kiedy budziłam się z pętlą przerażenia na szyi. Duszącą paniką podsycaną odpowiedzialnością za trójkę dzieci. Nie umiałam wyjaśnić mojemu Rozumowi dlaczego NIE. Dlaczego nie mogę przyjąć ani tej, ani żadnej innej pracy. Po prostu wiedziałam, że nie. Wiedziałam, że jeśli przyjmę cokolwiek „na teraz”, to wrócę tam skąd przyszłam. Pół etatu stanie się podwójnym etatem. Bo ja nie potrafię robić czegoś na pół gwizdka. Nie umiem zaangażować się w pracę od 9-12, a potem ogarnąć dzieci i w „wolnej chwili” pisać. Pisałam więc w każdej chwili, którą mogłam znaleźć. Autentycznie, prosto z serce. Zaczęliście czytać. Moje teksty poszły w świat. Ukazały się w najważniejszych portalach, zostały wydrukowane w ważnych dla mnie gazetach, byłam z nimi w radiu i w telewizji. Jestem oszołomiona i wdzięczna, bo wszystko to by się nie wydarzyło, bez Ciebie… Każda wiadomość, którą otrzymuję, każda historia jest dla mnie ważna. I jeśli komuś nie odpowiedziałam, jeśli coś przeoczyłam, to przepraszam…Czasem jest tych wiadomości naprawdę dużo, zaznaczam je gwiazdkami, porządkuję, odpowiadam, ale czasem któraś mi umyka… Jednak każda jest dla mnie wiatrem w skrzydła, każda sprawia, że wiem po co to wszystko i wiem, że nawet jeśli ktoś uzna mnie za lukrującego głupka, który maluje wszystko w tęczowych kolorach i pierdzi motylkami, to niech i tak będzie, mam to gdzieś…

fullsizerender-4web

Twórcza moc każdego NIE

Trzy razy w życiu usłyszałam NIE, które mogło mnie złamać i pogrzebać. Ale każde z tych NIE stało się siłą napędową nowego TAK, które sprawiło, że jestem dzisiaj tym kim jestem i jestem z tego zadowolona, żyję w zgodzie i harmonii ze sobą i otaczającym mnie światem. Nie idę już pod prąd, bo świat zawrócił i ruszył za mną. W moim życiu ziściło się wszystko to, czego najbardziej się obawiałam, przeżyłam na jawie moje najgorsze koszmary. I to były najlepsze rzeczy jakich doświadczyłam. Może właśnie dlatego dzisiaj nie boję się bać, bo wiem, że jeśli się czegoś boję, to będzie to w moim życiu ważne i przełomowe. I rzucam się w ten lęk na główkę z zamkniętymi oczami, z wiarą, że i tym razem nie złamię sobie kręgosłupa. W nocy już nie śnię, bo nie mam o czym – koszmarów nie mam, a moje marzenia spełniają się na jawie – nocą więc zwyczajnie odpoczywam.

Rok temu napisałam swoją wizję życia. Spełniła się niemal w całości, niektóre potrzeby uległy zmianie, na inne nie byłam gotowa…

Książkę antydepresyjną skończyłam latem. Byłam szczęśliwa i podekscytowana. I wtedy usłyszałam NIE. Nie wydamy jej, bo nie jest napisana według naszych standardów, według konkretnego schematu, bo wymaga jeszcze pracy, bo trzeba ją przerobić, przeredagować, przepisać. Bolało, bo wiem, że jest dobra, szczera i potrzebna. Ale przyjęłam to NIE dla tamtej książki, jako TAK dla tej o wiele bardziej osobistej, o wiele bardziej niebezpiecznej, o wiele bardziej aktualnej, choć pierwszy jej rozdział napisałam pięć lat temu. Nie wiedziałam jak powiedzieć Adzie o tym, że jest adoptowana, ale wiedziałam, że powinna znać prawdę od samego początku. Napisałam bajkę o dziewczynce odnalezionej przez Anioły. Był to jednocześnie list do mojej córeczki, opisujący cud jej istnienia. Ten właśnie bajkolist wraz z drugim dla Krystiana, napisanym trzy lata później był początkiem mojego bloga. Dopisałam kolejne i tak powstały opowieści o Aniołach, które widzę w moich dzieciach.

Rękodzieło wydawnicze

„Anioły mówią szeptem” wydałam sama. Kompletnie się na tym nie znam i w tym tkwi cała siła. Nie podążam według żadnych schematów, nie robię nic jak należy. Popełniam błędy, mam wpadki i robię czasem z siebie głupka. Wystawiam się, błądzę i szukam. To bardzo ciekawa i ekscytująca droga. Ta książka to takie rękodzieło wydawnicze. Nowy gatunek na rynku. Gatunek książek, które nie podlegają żadnym zasadom rynku wydawniczego, bo ja nie znam zasad. Ani rynku wydawniczego, ani żadnych innych, a w szczególności tych, które czegoś zakazują, mówią, że nie wypada, nie należy… Moja książka nie konkuruje z masowymi wydawnictwami, nie pojawi się w wydawniczych sieciówkach.

Rękodzieło wydawnicze, to książka stworzona z miłości i pracy własnych rąk. Nie jest perfekcyjna, może zawierać literówki i niedociągnięcia – dokładnie tak jak każde inne rękodzieło. Jest doskonała w swej niedoskonałości. Jest dowodem na to, że można.ams_kompletlr

Wiem, że i Wy piszecie do szuflady, robicie zdjęcia i trzymacie na dyskach Waszych komputerów, tworzycie misy i dzbanki, malujecie obrazy i chowacie je za szafą. Piszecie do mnie o swoich marzeniach, o pasji i lęku przed jej ujawnieniem światu. A ja Wam powiem tak: jeśli się odważycie, świat będzie bogatszy. Jeśli to co piszecie, wyszywacie, lepicie, czy rzeźbicie robicie dlatego, że to Was porusza, to zapewniam Was, że poruszy dziesiątki, setki i tysiące takich jak Wy. Nie wiecie nawet ile Was jest i nie dowiecie się dopóki nie odważycie się ujawnić. Mój kolega ze szkolnej ławki robi piękne zdjęcia. Odważył się je opublikować i teraz zbiera pochwały i ma motywację, by tę pasję rozwijać. Moja przyjaciółka pisze od lat do szuflady. W końcu się odważyła, zaczęła publikować na stworzonym z koleżankami blogu „Kobietatoja”. Ma sukcesy, cieszy ją to i inspiruje do coraz odważniejszego ujawniania swojego talentu. Moja rodzina w Kanadzie, która doświadczyła bezpłodności i jest w trakcie procedury in vitro zaczęła pisać. Na razie kolejne wpisy przysyła mi prywatnie do czytania, ale to już tylko kwestia jednego „enter” żeby świat ją zobaczył i ci, którzy w milczeniu przeżywają to co ona, mogli czerpać od niej siłę i inspirację.

Kochani, którzy w szufladzie trzymacie swoje talenty, wyjmijcie je na światło dzienne i pozwólcie światu się nimi zachwycać! Za chwilę nowy rok, nowa nadzieja na spełnienie marzeń. Jestem najlepszym dowodem na to, że marzenia się spełniają. Wystarczy w nie uwierzyć, trochę im pomóc, zrobić pierwszy krok…

fullsizerender-3web

Podsumowując siebie
4.59 (91.76%) 51 votes

2 thoughts on “Podsumowując siebie

  1. Droga do samego siebie jest najważniejszą drogą w naszym życiu! Cieszę się, że udało Ci się dotrzeć na właściwy szlak. Życzę Ci, żeby wszystkie kłody jakie rzuci los były łatwe do usunięcia i nie spowodowały zmiany Twojego kursu na inny!
    Wszystkiego dobrego!

    1. Moja kochana blogowa terapeutko, czasem jest łatwiej, a czasem trudniej, czasem zbaczam z kursu, ale zawsze mam siebie i mam nadzieję, że zawsze sobą już pozostanę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.