Pisząc ten list płaczę i śmieję się…

Dzień dobry Pani Agato!

Piszę w odpowiedzi na Pani prośbę o odzew i pomoc w pracy nad książką.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że zawsze z chęcią czytam Pani bloga. Nie zawsze się z Pani opinią zgadzam, nie wszystko mi się tam podoba, ale coś mnie do niego przyciąga i, odkąd przypadkowo (nie ma przypadków?) na niego trafiłam – zawsze sprawdzam, czy pojawiły się jakieś nowe wpisy i czytam je z ciekawością. Myślę, że to Pani prawdziwość jest taka pociągająca. Widać, że to, co Pani pisze wypływa z Pani serca, a nie jest odpowiedzią na oczekiwania innych. To jest coś, co mnie bardzo do ludzi przyciąga. Brawo.
 
Za miesiąc, w dniu moich urodzin, zakończę trwającą ok 2.5 roku psychoterapię. Nie wiem, czy na zawsze – jest jeszcze tyle spraw, które można by omówić w zaciszu gabinetu. Tyle kryzysów może przyjść i zmieść to, co udało mi się wypracować. A jednak – zdecydowałam się na próbę samodzielności, taką moją jazdę bez trzymanki.
 
Kiedy zaczynałam terapię byłam zagubiona, ‚wszystko w moim życiu było przecież w porządku’, a jednak coś uwierało, przeszkadzało, napawało lękiem potęgowanym przez fakt, że kompletnie nie potrafiłam tego wszystkiego nazwać, zinterpretować. Seria przykrych wydarzeń, wobec których byłam bezradna uwolniła falę lęku i otworzyła czarną dziurę, która z każdym dniem powiększała się przysłaniając widok na wszystko inne. Kiedy zdecydowałam się na terapię (to było moje drugie podejście, pierwsze było nieudane) nie wyobrażałam sobie jak i co może się zmienić. Chciałam po prostu spełnić obowiązek, skorzystać z ostatniej deski ratunku żeby nie móc sobie zarzucić, że nie zrobiłam wszystkiego, co w mojej mocy, żeby sobie pomóc. Przez większość czasu czułam, że drepczę w miejscu i cała ta zabawa nie ma sensu, jednak od jakiegoś czasu, również pod wpływem trudnych wydarzeń, które udało mi się dzięki terapii przeżyć zupełnie inaczej, niż wcześniejsze – coś się zmieniło.
 
Wszystko, o czym Pani pisze to moje odczucia. Ta wspaniała ulga, kiedy nagle wiesz, że naprawdę jest tylko ‚chcę’, a nie ‚muszę’. Kiedy dopuścisz do głosu serce nawet, jeśli bełkocze pozornie bez sensu. (Organ nieużywany zanika!). Już wiem jak to jest przewracać się i wstawać, że życie na tym polega, że to jego esencja i dwa składniki nie mogące istnieć bez siebie nawzajem. Że nie sposób poczuć szczęścia nie umiejąc odczuwać smutku, żalu, złości. że wszystko jest w mojej głowie, a świat poza nią leniwie brnie do przodu i tylko ode mnie zależy co wokół siebie zobaczę i jak to zinterpretuję.
 
Piszę o tym wszystkim żeby zwrócić uwagę na pewien problem. Moim zdaniem – najtrudniejszy w przypadkach, kiedy chcemy pomóc sobie lub komuś. Najtrudniejszy dla mnie. Mam na myśli fakt, że to wszystko, o czym piszę w powyższym akapicie było dla mnie (tj. mojego rozumu) od zawsze oczywiste. W teorii byłam bardzo dobra. Jednak sama ta wiedza bynajmniej nie przybliżała mnie do doświadczenia tego wszystkiego. Słowem – teoretycznie wiedziałam do czego dążę, jak to na tym świecie jest , ale nie czułam tego. To chyba najlepsze określenie. Co więcej – wiele źródeł powtarza podobne opisy. Człowiek szukający pomocy i ulgi w cierpieniu czyta to wszystko, słucha mądrych ludzi i jeszcze głębiej się zapada w swoją ciemną norkę bo czuje, że to, o czym mówią to prawda, ale nieosiągalna z perspektywy miejsca, w którym się aktualnie znajduje. Słowem – wiadomo, jak być powinno, tylko jak to osiągnąć? Dystans pomiędzy stanem depresji, a zadowolenia z życia jest tak duży, że sama konstatacja tego faktu jeszcze pogłębia poczucie nieszczęścia. Widzę to na przykładzie swoim i innych, którzy na moich oczach błądzą lub rozpaczliwie poszukują szczęścia, ale wciąż nie mogą przyznać, że je znaleźli. Chodzi mi o to, że słowa to za mało. Że potrzeba własnej pracy, skupienia na sobie i otwarcia się na własne odczucia żeby to poczuć. Może także podkreślenia, że każdy do tego celu dojdzie inną drogą, że nie ma na to gotowej recepty. Że w życiu rzadko (w moim – nigdy) dzieje się tak, że człowiek doznaje nagłego oświecenia, np pod wpływem przeczytanego gdzieś cytatu czy zaobserwowanej sceny. Że praca nad sobą to spacer tiptopkami, nierzadko w niewłaściwym kierunku, co oddala od celu zamiast do niego przybliżać. Mozolna praca, która pozornie nic nie daje, ale gdy spojrzymy na siebie z przeszłości widzimy, że jest inaczej, lepiej. Świadomość, że na pewno nie zawsze będzie super i może właśnie to jest super.
 
Niełatwo pisać o rzeczach ważnych i trudnych bez taniej demagogii i banału. Z drugiej strony, jak ostatnio usłyszałam w filmie ‚jeśli powiesz to samo szczerze to nie będzie banał’. Na temat moich przeżyć mogłabym, oczywiście, napisać o wiele więcej. Myślę, że wie Pani, o czym mówię:) Chciałam się tylko, z grubsza, podzielić moim spojrzeniem na to co robić lub czego nie robić, jak próbować dotrzeć do osoby potrzebującej pomocy. Podkreślić, że może lepiej zachęcać do samodzielnej eksploracji siebie, kłaść nacisk na to, że jest sporo czasu, nie trzeba się spieszyć, warto szukać rozwiązań dla siebie i nie zniechęcać się. I, najważniejsze – pozwolić innym wyciągnąć pomocną dłoń nie chowając się za swoją zaradnością i samodzielnością, która pozwala uwierzyć, że jest się na świecie samemu. Dla wielu czytelników to Pani będzie taką osobą. Dlatego podkreślam, że, moim zdaniem, ważniejsze jest motywowanie do poszukiwań lub np. podawanie przykładów konkretnych sytuacji i postępowania w nich (np jak się zachowałam kiedy ktoś chciał ode mnie czegoś, na co nie miałam ochoty i jak sobie później radzę z poczuciem winy). Myślę, że to może być łatwiejsze w odbiorze, niż entuzjastyczne określenia w rodzaju ‚już nie czuję się winna, jestem sobą, ja kieruję moim życiem, a nie inni’ etc. One są mi bliskie i uśmiecham się czytając to bo wiem o czy mowa. Ale jeszcze niedawno nie wiedziałam i byłoby to dla mnie frustrujące. wydawało się nieosiągalne i nie przystawało do mojej rzeczywistości. Tego po prostu nie da się wytłumaczyć. Trzeba tego doświadczyć i do tego możemy innych zachęcać. Mając jednocześnie świadomość, że tylko nieliczni z nich skorzystają.
 
Pozdrawiam serdecznie.
Trzymam kciuki za Panią, siebie i innych nam podobnych. Świadomość, że jest nas więcej również bardzo pomaga. Pisząc ten list płaczę i śmieje się. Przeżywam trochę jeszcze raz. Ciesze się tym. Pozdrawiam zza biurka po jasnej stronie mocy.
Ola

Olu,

Bardzo Ci dziękuję. To dla mnie bardzo cenne rady. Kiedy je przeczytałam, uśmiechnęłam się z satysfakcją, bo moja książka i cały ten cykl jest odpowiedzią na to co radzisz. Może na początku jest trochę teoretyzowania, ale najpierw staram się powiedzieć: „Zobacz, ja byłam w czarnej dziurze, a teraz już nie jestem. Wyszłam i mogę Ci pokazać jak to zrobiłam.” Ale ja nie pokazuję drogi, tylko staram się pokazać jak tę drogę odnaleźć. Nie daję przepisu, tylko składniki. I każdemu z tej mieszanki wyjdzie coś innego, bo tak jak mówisz, każdy jest inny. Cieszę się, że to napisałaś, bo to właśnie utwierdza mnie w przekonaniu, że obrałam dobry kierunek. Będzie też sporo moich własnych doświadczeń, fragmentów pamiętnika:)
Dziękuję i pozdrawiam,
Agata
Pisząc ten list płaczę i śmieję się…
5 (100%) 6 votes