Państwowa czy prywatna – która służba zdrowia lepsza?

Ten tekst napisałam prawie miesiąc temu, ale nie miałam czasu go dokończyć, bo dzieci ciągle chorują. Wczoraj pobiły własny rekord. Do trójki z wirusem przyjechał lekarz z wizytą domową, bo w żadnej placówce nie mogłam umówić wizyty potrójnej. Natomiast czwarty, ze stłuczonym palcem, w środku nocy zawlókł mnie na SOR Szpitala Bielańskiego, gdzie niecały miesiąc wcześniej siedziałam z trzecim, nie…z pierwszym.

Styczeń 2017

Noc z synem spędziłam na SORze. Wywrócił się dwa dni temu na lodzie. Pierwszego dnia czekałam aż ból kręgosłupa na wysokości łopatki minie, a sama łopatka przestanie promieniować. Drugiego dnia wybrałam się do najbliższej prywatnej placówki w Warszawie, w której jestem ubezpieczona. W ubiegłym roku, kiedy Aleks skręcił nadgarstek w szkole, przyjęli nas szybciutko. Ortopeda obejrzał, zrobił RTG i wysłał do domu z ręką na temblaku i zwolnieniem z WFu.

Dlatego i tym razem pospieszyłam w progi luksusowego oddziału, gdzie Grzeczne Panie przy ok 10 stanowiskach, z uśmiechem przyjmują pacjentów. Grzeczna Pani grzecznie poinformowała mnie, że ortopeda dziecięcy za pół godziny kończy pracę i dzisiaj nas nie przyjmie.
– A jako pacjenta dodatkowego, po godzinach przyjęć? – pytam, bo zawsze przyjmują. Okazuje się, że nie zawsze, bo tym razem NIE i koniec.
– Dobrze, a czy jest ortopeda dla dorosłych? Syn ma 15 lat i jest o głowę wyższy od większości znajdujących się tu dorosłych, więc może by się udało… – Grzeczna Pani niechętnie wykonała telefon i przerwała w pół słowa, wysłuchała krótkiego monologu po drugiej stronie słuchawki, po czym ją odłożyła.
– Niestety nie.
Nie musiała mówić, przecież widziałam jej minę. Było jej chyba trochę głupio, bo sama zaproponowała, że poprosi pediatrów. Obecnie w placówce przyjmuje dwóch.
– No niestety też nie – poinformowała grzecznie.
– Ale za dwie godziny przychodzi nowy ortopeda, to może pani poczekać i jak przyjdzie, to może on przyjmie.
– Czyli mam czekać dwie godziny, żeby się dowiedzieć, że piąty „specjalista” odmawia nam przyjęcia? – teraz już mnie zirytowała.
– Lekarze nie mają obowiązku przyjmować pacjentów nadprogramowych. Sami decydują, czy chcą.
– Aha, sami decydują… No dobrze, to co pani radzi? Co ja mam zrobić z dzieckiem?
– Nie jesteśmy placówką świadczącą usługi ostrego dyżuru. Taką placówką jest Carolina Center i tam może pani udać się z synem…
Wahałam się przez chwilę, ale Grzeczna Pani wyrecytowała ciąg dalszy formułki, która podjęła decyzję za mnie.
– …ale nie może pani tam po prostu pojechać. Trzeba zadzwonić na infolinię i dyspozytor podejmie decyzję, czy przypadek pani syna kwalifikuje się na ostry dyżur?

W tym momencie mnie zmroziło. W ubiegłym roku miałam wszystkie dzieci chore w domu. Wszystkie cztery sztuki. Aleks potrzebował konsultacji pediatrycznej. Mój abonament przewiduje 4 wizyty domowe w roku oraz wezwanie karetki. Karetki na szczęście nie potrzebowałam, ale wizyty domowej tak i to bardzo. Zadzwoniłam na infolinię, wybrałam tonowo i zgłosił się dyspozytor.
– Chciałam zamówić wizytę domową do dziecka. Wysoka gorączka utrzymująca się od dwóch dni, kaszel. Mam w domu jeszcze trójkę chorych dzieci, ale to jedno wymaga konsultacji lekarskiej, więc poproszę o wizytę domową. Kiedy mogę się spodziewać lekarza?
W tym miejscu padło kilka pytań ze strony dyspozytora. Niczego nie podejrzewając odpowiadałam szczerze: Nie, dziecko nie jest umierające, tak, nie, tak.
– Niestety ten przypadek nie kwalifikuje się do wizyty domowej. Mogę dziecko zapisać na najbliższą wolną wizytę do pediatry.
– Słucham?! Jak to „Nie kwalifikuje się?!”. Jest chore, ja nie mogę przyjechać, mam tu jeszcze trójkę chorą, a pan mi mówi, że się nie kwalifikuje?!
– To, że ma pani w domu inne chore dzieci nie może być kryterium do kwalifikacji dziecka.
– To przepraszam, ale jakie są kryteria wizyt domowych?
– Nie mogę tego powiedzieć, to my podejmujemy decyzję.
– A na jakich zasadach? To w jakim stanie ma być to chore dziecko żeby tu ktoś przyjechał?
– Nie mogę pani odpowiedzieć na tak zadane pytanie.
– Dziecko jest chore, ma gorączkę, kaszle… No więc co w tym się nie kwalifikuje?
– Jest w takim stanie, że może zostać przywiezione i przyjęte w jednej z naszych placówek.
– A zostanie pan z pozostałymi dziećmi?! – nie wytrzymałam – Jak by dziecko było umierające i nie nadawało się do przewozu, to bym wezwała karetkę, a nie wizytę domową?!!! – teraz już podniosłam głos.
– Czy w czymś jeszcze mogę pani pomóc? – zapytał niewzruszony dyspozytor.
– Właśnie mi pan nie pomógł. Żegnam – odłożyłam słuchawkę.

Dokładnie ta rozmowa zabrzmiała w mojej głowie, gdy Grzeczna Pani zasugerowała, żebym zadzwoniła do dyspozytora, a on podejmie decyzję, czy moje dziecko kwalifikuje się na ostry dyżur. Poprosiłam więc o rozmowę z Dyrektorem Medycznym. Przyjął nas w swoim gabinecie. Nie zgodził się na nagrywanie rozmowy. Ręce mu się trzęsły i mętnie tłumaczył się powtarzając te same formułki co Grzeczna Pani piętro niżej.

Uznałam, że lepiej będzie dla Aleksa i dla mnie jak mu jednak samo przejdzie. Wróciłam do domu, nasmarowałam maścią rozgrzewającą, podałam ibufen i kazałam iść spać. Rano spał jak dzidzia, więc nie posłałam do szkoły. Kiedy wróciłam po południu do domu Aleks jęczał, że jest gorzej. Wystraszyłam się, bo rok temu po takim niewinnym upadku wylądował w kołnierzu ortopedycznym. Zadzwoniłam do Carolina Center, które niestety przekierowało mnie z powrotem do dyspozytora. Wzięłam głęboki oddech, ułożyłam w myślach bardziej ekstremalną wersję zdarzeń i zadzwoniłam do dyspozytora. Wysłuchał, po czym poinformował mnie, że mój abonament nie zawiera „nagłych przypadków” i wizyt na ostrym dyżurze, ale może mnie zapisać odpłatnie…

No rzesz k**** mać! Była prawie 21:00. Kazałam Aleksowi wziąć tablet, komiks, talię kart i paczkę cukierków, a sama zabrałam grubą książkę i pojechaliśmy na SOR do Szpitala Bielańskiego. Izba Przyjęć pełna, długi ogonek do rejestracji. Byłam na to przygotowana. Zabrałam nawet ładowarkę do telefonu. Trudno. W końcu to nasza służba zdrowia, która jak wszyscy wiemy, jest do d*** (sorry za gwiazdki). Na okienku wisi kartka: Kobiety w ciąży i dzieci do ortopedy przyjmowane są poza kolejnością. Paszcza mi się roześmiała, ale patrzę na to moje przerośnięte dziecko i myślę, że zlinczują mnie za wpychanie się z nim bez kolejki. „Jest duży, może poczekać” – pomyślałam. – “Niech uczy się dorosłego życia”. Kolejka topniała szybko, choć było otwarte tylko jedno okienko. Pani siedząca pod szyldem „Segregacja Pacjentów” sprawnie wykonywała swoją pracę:
– Pan to nie tu. Proszę wyjść, skręcić w prawo i głównym wejściem…
– Nie ma problemu, – spokojnie przemawiała do drugiego – ale czas oczekiwania to kilka godzin. Zapisać pana? Nie? Dziękuję. Do widzenia.

Zanim dotarliśmy do okienka kazałam Aleksowi mocniej stękać w obawie przed brakiem kwalifikacji (ta trauma zostanie już chyba ze mną do końca życia). Pani, równie grzeczna, choć dużo mniej sztuczna i bardziej pewna siebie, nawet na Aleksa nie spojrzała. Spokojnie wysłuchała mojej relacji (tym razem już nie kolorowałam), wypełniłam formularz i postawiłam krzyżyk na schemacie postaci w miejscu, gdzie Aleksa boli. Dostaliśmy numerek 307…

W tym czasie do okienka podeszła mama 9-cio letniej (na oko) dziewczynki i wydarła się na siedzącą tam panią:
– No ile można czekać?!!! Miały być tylko dwie osoby przed nami!!!
– Ortopeda poszła na blok operacyjny – poinformowała panienka z okienka.
– Jakim prawem ona idzie na blok operacyjny?!!! – grzmiała mama.
– Jeśli chce się pani wykłócać, to proszę udać się do gabinetu dyrektora oddziału – poinformowała kobieta w oknie, bardzo zdecydowanym tonem. Babsko umilkło i wróciło na swoje miejsce.

Z Aleksem wybraliśmy miejscówkę przy kaloryferze. Dwa krzesła i stoliczek. Aleks wyciągnął karty i zaczęliśmy grać w Makao. Zdążyłam raz wygrać i dwa razy przegrać, kiedy nasz numerek został wywołany. W gabinecie czekała na nas bardzo miła, młoda i ładna pani doktor. Wypytała Aleksa o wszystkie szczegóły upadku. Nawet przez moment nie zbagatelizowała żadnego, ani nie próbowała nas zbyć. Była życzliwa i rzeczowa. Skierowała nas na RTG i kazała podążać za żółtą linią wymalowaną na podłodze, by do pracowni RTG trafić. Trafiliśmy. Przed nami była tylko jedna osoba. Aleks wszedł do pracowni, a ja siedząc na korytarzu gapiłam się na drzazgi sterczące z framugi drzwi (chyba często obijanej wózkiem inwalidzkim, albo łóżkiem szpitalnym). Popatrzyłam na odrapane ściany, a potem pomyślałam, że wolę te drzazgi i odrapania od świeżo wymalowanych lamperii ekskluzywnych ośrodków medycznych. Naprawdę.

Wróciliśmy do poczekalni. Nie zdążyliśmy rozdać kart, kiedy zostaliśmy ponownie wywołani. Na szczęście wszystkie kręgi na miejscu. Brak złamań, pęknięć i innych uszkodzeń. Wyszliśmy ze zwolnieniem z WFu. Odbiłam bilet parkingowy, na którym wyskoczyły 2 godziny i 8 minut. Tyle to trwało. Bez żebrania o kwalifikację, bez łachy, bez dodatkowego abonamentu.

Marzec 2010

Jestem częstym użytkownikiem placówek medycznych. Najróżniejszych. Z powodu zespołu Downa Krystiana kiedyś bardzo często bywaliśmy, zarówno w państwowych, jak i prywatnych. Z różnym rezultatem. Ale nigdy nie zapomnę historii sprzed paru lat, kiedy Krystian znalazł się jedną nogą po drugiej stronie…

Gorączka, kaszel, leki przeciwgorączkowe nie działają. Dzwonię do naszej pani doktor, która jako słynna „specjalistka” od zespołu Downa prowadziła Krystiana niemal od urodzenia. Oczywiście prywatnie. Regularne, niezwykle drogie wizyty i długie listy badań, do których konieczne były każdorazowo przynajmniej 3 probówki krwi (też prywatnie, bo nikt państwowo takiej ilości badań nie wykona). Dzwonię spanikowana, przekazując objawy. Lecę błyskawicznie wykonać OB „po znajomości”. Bardzo wysokie. Trzeba do szpitala. Znowu telefon. Zostajemy zaproszeni do nowo otwartego szpitala prywatnego, gdzie wspomniana wcześniej pani doktor została właśnie kierownikiem oddziału pediatrycznego. Na całym oddziale dwóch pacjentów, kawa gratis, kolorowe lamperie i eleganckie łóżko dla rodzica w sali razem z dzieckiem. Dożylny antybiotyk, inhalacje i inne leki. Dwa dni później Krystian czuje się o wiele lepiej. Drugie dziecko zostaje wypisane, więc na noc zostajemy sami na oddziale. Wieczorem Krys nie może zasnąć, ja padam. W końcu udaje mi się go uśpić. W nocy Krys budzi się i zaczyna szamotać. Biorę go na ręce, a on drapie, miota się, łapie mnie za włosy. Jestem przerażona, nie wiem co robić, wciskam guzik przywołujący pielęgniarkę. Po chwili przychodzi. Przygląda się dziecku, którego nie jestem w stanie utrzymać na rękach. – To ja zawołam lekarza – oświadcza – tylko to może trochę potrwać, bo NA ODDZIALE NIE MA LEKARZA DYŻURNEGO. Muszę zawołać z neonatologii – wychodzi zostawiając mnie samą z miotającym się z niewiadomego powodu dzieckiem. Po jakimś czasie Krystian przestaje się rzucać. Usypia. Wchodzi lekarka, którą widzę po raz pierwszy.
– Co się dzieje? – pyta patrząc na śpiącego Krystiana.
Opowiadam co się stało, a ona na to:
– Wie pani, ale ja nie mogę nic powiedzieć, bo ja jestem z neonatologii i nie znam przypadku…
???
Osłuchała śpiącego Krystiana, pomacała brzuch, popatrzyła i zaleciła podanie paracetamolu „bo pewnie go coś bolało” i wyszła. Po chwili pielęgniarka przyniosła dwa czopki i na moje pytanie dlaczego wciska mu dwa czopki w tyłek zamiast jednego odpowiedziała, że nie mają odpowiedniej dawki…

Do rana napad powtarza się jeszcze raz ale słabiej. Rano idziemy na pobranie krwi. Krystian śpi na moich rękach. Nie reaguje na wbijanie igły co pielęgniarka komentuje O, jaki on grzeczny…”
– Grzeczny? Z nim jest coś nie tak! – zaczynam panikować.
– Zaraz przyjdzie lekarz na obchód, to go zbada – odpowiada pielęgniarka.

Wracam do sali i nagle Krys dostaje konwulsji, w wyniku których wypluwa z siebie kulę gęstej wydzieliny. Widząca to pielęgniarka jest zaniepokojona. Za chwile wchodzi do naszej sali zmierzyć Krystianowi saturację. 79! Zaczyna się panika, bieganie, a ja nie wiem o co chodzi. Co się stało? Co się dzieje?! Za chwilę Krystian dostaje maskę z tlenem, podłączoną na stałe do ściany. Pielęgniarki przynoszą ssak i odsysają Krystianowi z nosa ogromne ilości lepkiej wydzieliny. Lekarza nadal brak. Są tylko pielęgniarki, które nic nie mówią, ale widzę, że są przerażone. Za chwilę jest decyzja o zrobieniu RTG klatki piersiowej żeby obejrzeć płuca. Jest problem. W szpitalu nie ma przenośnej butli z tlenem! Jak więc przewieźć pacjenta dwa piętra w dół? Pielęgniarki decydują się biec z Krystianem w łóżku do czekającej na nas windy. Biegnę koło łóżka i patrzę na woskowy odcień twarzy mojego dziecka. Dobiegamy na dół, wpadamy do pracowni RTG, gdzie Krystian ma natychmiast podany tlen (ze ściany). Nie ma problemu ze zrobieniem zdjęcia, bo pacjent słabo reaguje, więc się nie broni. Za chwilę znowu bieg po korytarzach, winda do góry. Wpadamy do naszej sali, gdzie Krystian znowu dostaje tlen. Czekamy na wyniki. Krystian powoli przytomnieje, ale jest słaby. Lekarza nigdzie nie widać. Mąż idzie jej szukać. Okazuje się, że jest, na parterze w przychodni…

Tak mija cały dzień. W  międzyczasie dowiaduję się, że Krystian miał przepisane inhalacje z Mucosolvanu, ale ich nie dostał, bo LEKU NIE BYŁO NA ODDZIALE. Na moje pytanie dlaczego nam nie powiedziano, to mąż by poszedł do apteki i kupił, nie dostaję odpowiedzi.

Obdzwoniłam państwowe szpitale z prośbą żeby nas przyjęli. Okazało się, że jak już jesteśmy w jakimś szpitalu, to niemożliwe. A jak się wypiszemy „na żądanie”, to załatwimy sobie tym samym wilczy bilet, z którym nikt nas nie przyjmie… Jedyny sposób, to żeby lekarz prowadzący zlecił przeniesienie. Tylko jak, skoro baby brak! W końcu przyszła. O 18-tej. Stwierdziła, że to z całą pewnością był atak epilepsji, bo dzieci z zD mają do niej skłonności.
– Epilepsji?! Moje dziecko nie ma epilepsji!
– To pewnie był jego pierwszy atak w życiu – oświadcza doktor G.

Zaczynam błagać żeby nas przeniosła do Centrum Zdrowia Dziecka. Jest niechętna, ale w końcu pytam, czy zostawiłaby tutaj na kolejną noc własne dziecko. Wychodzi i po chwili wraca z informacją żebyśmy się pakowali, bo zaraz przyjedzie po nas karetka.

Nie pamiętam, o której dotarliśmy do CZD. Dostałam salę, w której było jeszcze jedno dziecko z mamą. Kiedy przyszliśmy, oboje spali. Mama na skrzypiącej leżance, przykryta kocem. Ja nie miałam ze sobą nic, bo przyjechałam z luksusowego, prywatnego szpitala, gdzie wszystko było w cenie…

Krystian został gruntownie przebadany, podłączony do monitorującej aparatury, otrzymał nowe leki i zasnął. Ja skuliłam się na ziemi, przytulona plecami do kaloryfera i okryta kurtką. Byłam szczęśliwa, że tu jestem. Poczułam wielką ulgę, bo wiedziałam że gdyby cokolwiek się działo z moim synem, to jest w dobrym miejscu i w dobrych rękach. W CZD przeszedł wcześniej dwie operacje. Spałam głębokim, spokojnym snem do samego rana, wdzięczna za ten kaloryfer. Bezpieczeństwo mojego syna było tu największym luksusem. Cała reszta się nie liczyła.

Za granicą jest lepiej. Czyżby?

Przez wiele lat mieszkałam w Kanadzie. Tak, tej pachnącej żywicą, choć ja tego zapachu nigdy nie czułam. W Kanadzie służba zdrowia jest darmowa. Tylko. To znaczy nie ma prywatnej. Oznacza to tyle, że nie ma szans na zrobienie sobie żadnych badań poza standardową procedurą. Lekarz pierwszego kontaktu kieruje do specjalisty, który zleca badania. Jak się komu nie podoba diagnoza, to nie ma szans na drugą. Większość leków jest na receptę, ale te wypisuje tylko lekarz pierwszego kontaktu lub zlecony przez niego specjalista. W efekcie wysyłam mamie leki z Polski. Kiedy lata temu odwiedziliśmy ostry dyżur z moim gorączkującym bratem z wysypką (panowała wtedy epidemia zapalenia opon mózgowych), czekaliśmy na pierwsze oględziny lekarza 6 godzin! Dopiero kiedy poszłam popyszczyć, ktoś się pojawił i zrobiło się wielkie halo, bo wyszło, że brat ma obustronne zapalenie płuc.

Tak więc nie narzekajmy na tę naszą służbę zdrowia. Nie jest taka zła. A nawet więcej, jest całkiem dobra. Bardzo wiele zależy od tego z jakim nastawieniem idziemy do lekarza, czy na izbę przyjęć. Pamiętaj, że lekarz to też człowiek, więc traktuj go jak człowieka. Nie zaszkodzi zwykła ludzka uprzejmość, uśmiech, empatia. Żądamy jej od lekarzy, dlaczego sami od niej nie zaczniemy? Dostajemy zwykle to, co sami dajemy. Często osoba po drugiej stronie okienka jest naszym lustrem. A jak ma się czuć ktoś, kto od początku swojego dnia pracy jest traktowany opryskliwie, obrażany i znieważany? Często zwykły ludzki uśmiech, „poproszę” i „dziękuję”, „czy mogłaby pani” i „naprawdę bardzo mi zależy” wystarczą, by zostać dobrze przyjętym i wyjść od lekarza zadowolonym. A skoro wiemy, że na SORze czeka się długo, to zamiast siedzieć ze skwaszoną miną i wrzeszczeć na obsługę, zabierz sobie książkę, albo talię kart. Wiem, że zdarzają się różne przypadki, ale czasem zamiast żądać, wystarczy poprosić, zamiast narzekać, trochę współczuć, zamiast psioczyć, powiedzieć coś miłego.

Wychodząc z gabinetu ortopedy, podziękowaliśmy i życzyliśmy pani doktor spokojnej nocy. Popatrzyła na nas ze zdziwieniem i z uśmiechem na twarzy zawołała następnego pacjenta.

Różnica pomiędzy prywatną, a państwową służbą zdrowia polega na tym, że w tej pierwszej niby wszystko można, ale nic się nie da, a w tej drugiej niby nic nie można, ale wszystko się da…Wczoraj po raz kolejny doświadczyłam obu. Po ostatnich doświadczeniach nie chciałam żebrać o wizytę domową w prywatnej placówce. Poprosiłam o wyznaczenie potrójnej wizyty. Niemożliwe. Ale możliwa wizyta domowa. (????) Czas oczekiwania do 12 godzin. Lekarz przyjechał po czterech. Łączny czas badania ok 20 minut. Tylko wirus…

Wczoraj

Na deser wczorajszego dnia znowu posmakowałam bielańskiego SORu. Ta sama Pani przy segregacji pacjentów co poprzednim razem. Miła i rzeczowa. Konsultacja u ortopedy szybciej niż poprzednio, na wyniki czekaliśmy dłużej. Drzazgi na korytarzu przed pracownią RTG mnie rozczuliły. Łączny czas obsługi kciuka Michała – ok półtorej godziny. Złamań brak, zwolnienie z fikołków przez miesiąc.

I mimo wszystko uważam, że nie jest źle, bo MAMY WYBÓR. Możemy państwowo, możemy też prywatnie. Wybór należy do nas i za to powinniśmy być wdzięczni. A podchodząc do ludzi z sympatią i wdzięcznością mamy większe szanse, by i oni dobrze nas potraktowali.

Państwowa czy prywatna – która służba zdrowia lepsza?
4.81 (96.15%) 26 votes

2 thoughts on “Państwowa czy prywatna – która służba zdrowia lepsza?

  1. Ja i moja rodzina jest za prywatną slużbą zdrowia , w Państwowej są tylko starzy złodzieje ktorzy oszkują na diagnozach po to tylko by wyludzic pieniadze na leczenie , jestesmy za kasacją publicznej sluzby zdrowia w calosci jestem za szpitalami 100% prywatnymi ktore powinny miec fachowców ktorym takze zalezy na profilaktyce a nie prymitywa ktory wyludza pieniadze na leki od Panstwa za łagodzenie objawów , ja juz sie tymi złodziejami najadłem z tej publicznej sluzby zdrowia i dla mnie są to starzy komunisci ktorzy wciskają temu prostemu ludowi ze nic sie nie da zrobic za samą skladke z ZUSu . nie raz mnie okradli na swoich diagnozach chocby psychiatrycznych i mama mnie wyciągnela .

  2. Krystian miał sporo szczęścia, przede wszystkim że nad nim czuwała mama.
    Ja ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że spotkałam się z piekielnością lekarzy zarówno w gabinecie prywatnym jak i państwowym. Państwowym, gdy poroniłam i lekarka mnie poinformowała przy usg, że ,,właściwie to z tej ciąży nic nie będzie”. W trakcie tej wizyty poprosiłam o zdjęcie usg, które dla mnie było ważne, ponieważ było pierwszym i ostatnim zdjęciem dziecka. Lekarka odmówiła, twierdząc że ,,i tak tam nic nie widać”. Tydzień później byłam na wizycie prywatnej, gdzie otrzymałam wyrazy współczucia z powodu mojej straty (zdjęcia nie otrzymałam, ponieważ już było po poronieniu i macica zdążyła się sama oczyścić).
    Mam też doświadczenie z dwóch różnych konsultacji gastroenterologicznych. Z prywatnej, w trakcie której zostałam jedynie zbadana fizykalnie (bez użycia sprzętu, jedynie za pomocą rąk). Nie zostały mi zasugerowane żadne dodatkowe badania, dostałam jedynie ulotki, które leżały w poczekalni. Z państwowej, w trakcie której dostałam skierowanie na gastroskopie, kolonoskopie, WZW C, badania krwi, moczu itp.
    Myślę, że najwięcej mogą nam powiedzieć opinie na portalach typu znany lekarz. To w jakich warunkach pracuje dany lekarz nie zawsze przekłada się na jego motywację i jakość wykonywanych usług.
    Dużo zdrowia dla całej piątki!!! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.