Ja Jestem

Kiedyś myślałam, że jestem tu po to, by zrobić coś wielkiego. Taki przejaw pychy należało leczyć, co też czyniłam. Terapeuta skutecznie zaleczył problem i przez kolejne lata znikałam ciężko pracując na realizacje potrzeb wszystkich naokoło. Terapia przytępiła moją manię wielkości na wystarczająco długo, by moja depresja mogła się w pełni rozwinąć, a małżeństwo zwinąć. Obecnie mieszkam sama z nastoletnim Aleksem, Krystianem z zespołem Downa, adoptowaną Adą i Michałem, dla którego jestem rodziną zastępczą.

Wyleczyłam się z depresji, ale wrócił problem mojego ego, czyli “Jestem tu po to by zrobić coś wielkiego”. Tylko, że teraz polubiłam moje ego. Jest naprawdę fajne, miłe i ciepłe. A ja już wiem, że jestem tutaj by zrobić coś ważnego. Zrozumiałam to, gdy z moich doświadczeń inni zaczęli czerpać wiarę i nadzieję. Dzisiaj mogę też podarować Wam miłość, bo mam jej ogromne pokłady. Zatem prowadzę tę stronę z wielkiej miłości – do siebie, moich dzieci i do Ciebie. Piszę szczerze o życiu. O dzieciach, adopcji, zespole Downa, depresji, rozwodzie i o miłości. O wszystkim czego sama doświadczyłam. Piszę, bo kocham życie i kocham o tym pisać. A czy to co robię jest wielkie? Dla jednych tak, dla innych pewnie nie. I to dla mnie i mojego ego jest zupełnie OK:-)

Do góry nogami

Moje życie wywróciło się do góry nogami dwa razy, tylko po to bym mogła stanąć pewnie na nogach, które teraz prowadzą mnie własną drogą, na której spotykam wyjątkowych ludzi, a każdy dzień jest cudem. Wiosną 2013 roku musiałam podjąć decyzję czy chcę żyć. Odkryłam, że ludzie niekochani umierają, a ci którzy nie potrafią kochać, nie żyją. Dzisiaj kocham życie, ludzi i tę małą zołzę, którą jestem.

Nie ma człowieka bez przeszłości. Dla wielu to ona determinuje przyszłość, a teraźniejszość nie istnieje. Idą z głową odwróconą do tyłu lub patrząc daleko ponad horyzont. Nie widzą otaczającego ich świata, nie słyszą śpiewu ptaków, nie czują zapachu kwiatów. Szczęście definiują tym co będzie, a za nieszczęście obwiniają to co było. Tymczasem wczoraj to już historia, jutro to niewiadoma, a dzisiaj to dar, a dary są po to by się nimi cieszyć. Zapytasz jak się cieszyć, gdy brak pieniędzy, nie lubisz swojej pracy, rozczarowało Cię małżeństwo, a dzieci wykańczają nerwowo. Brak Ci sił na przetrwanie od rana do wieczora. O radości nie ma nawet mowy. A ja pytam czy tak ma wyglądać życie? Czy po to tu jesteśmy? Dlaczego tak ma być? Nie zamierzam uczestniczyć w tym zbiorowym nieszczęściu. Odkąd podjęłam taką decyzję idę pod prąd. Mam nadzieję, wierzę w to, że każdy ma prawo do szczęścia. Wierzę, że po to tu jesteśmy, by kochać i być kochanym. By życie było piękne bez względu na zespół Downa, nieznośnego nastolatka, rozwód, czy inne przeciwności losu.

Jestem wdzięczna losowi za wszystkie moje doświadczenia. To dzięki nim jestem dzisiaj tym, kim jestem. Wiem kim nie jestem. Wiem na co mnie stać, co mogę zrobić, by bronić swoich wartości, a czego nigdy nie zrobię by zwyciężyć. Znam granice mojego ja, bo tam byłam. Dziękuję wszystkim, którzy mnie tam zaprowadzili, popchnęli, czy zaciągnęli, bez względu na to jak to zrobili. Nie czuję żalu, złości ani nienawiści. Jedynie szacunek. Każdy człowiek na niego zasługuje. Każdy. Człowiek jest jaki jest. Mój kontakt z drugim człowiekiem definiuje jedynie to jaka ja jestem, a nie to jaki jest ten drugi człowiek. Ktoś, kto dla mnie jest tyranem, dla drugiej osoby może być ideałem. To ten sam człowiek. Niezmienny. Inna jest jedynie perspektywa jego oceny. I to definiuje tylko oceniającego, czyli mnie. Przyglądam się sobie, moim reakcjom na drugiego człowieka i w ten sposób z każdym nowo poznanym człowiekiem odkrywam siebie na nowo.

Zespół Downa

W 2007 roku mój idealnie poukładany świat stanął na głowie. Urodziłam dziecko, które nie było idealne, ba, nie było nawet zwykłe. Krystian urodził się z zespołem Downa, a ja rozpoczęłam samotną walkę o jego normalność. Znienawidziłam Boga, napędzana złością, rozpaczą i pełną arogancji wiarą, że w pojedynkę pokonam zespół Downa byłam gotowa pokłonić się przed każdym obrazem i sprzedać duszę każdemu diabłu, by mój syn był normalny. Parę lat później, wyczerpana fizycznie, psychicznie i emocjonalnie musiałam przyznać, że przegrywam. Ta przegrana była moim największym zwycięstwem, bo dopiero wtedy odkryłam, że niektórych rzeczy nie da się pokonać, trzeba je zaakceptować i pokochać takie jakimi są. Przez te wszystkie lata mój syn nauczył mnie więcej niż ja kiedykolwiek będę w stanie nauczyć jego.

Dzisiaj już nie potępiam, nie oceniam, nie gardzę tylko rozumiem niezrozumiałe reakcje i akceptuję bezwarunkowo każdego człowieka, który znalazł się w podobnej sytuacji. W takiej atmosferze rodzi się zaufanie, a to podstawa do wymiany informacji. Stworzenie strony www.zespol-downa.pl zajęło mi sześć lat. Przez cały ten czas zdawało mi się, że nie jest jeszcze gotowa, ale to ja nie byłam gotowa. Teraz jestem:-)

zespół downa

 ADOPCJA

Moje marzenie o adopcji rodziło się każdej nocy od narodzin Aleksandra. Kiedy nieprzytomna wstawałam do mojego maleńkiego synka myślałam nie tylko o nim, ale też o tych wszystkich dzieciach, do których nie ma kto wstawać. Pragnienie stawało się coraz silniejsze, coraz bardziej wyraźne. Z czasem stało się powołaniem, do którego powoli dorastałam. Ada zawitała w naszej rodzinie dopiero 10 lat później. Mogę więc powiedzieć, że decyzja była przemyślana.

Adopcja jest nadal tematem tabu w Polsce. Kiedy Ada pojawiła się w naszej rodzinie wiele koleżanek przyznało, że też chciały kiedyś adoptować dziecko, ale nie miały odwagi, partner się nie zgodził, albo obawiały się reakcji rodziny, czy otoczenia. Dzisiaj patrzą na Adę i nie mogą uwierzyć, że ta mała, pełna energii i radości życia iskierka, która jest podobna jak dwie krople wody do Aleksa, to dziecko adoptowane. Ja sama nie pamiętam. Opowiadałam kiedyś koleżance gdzie rodziłam dzieci. Mówię więc, że Aleks urodził się na Żelaznej, Krystian w Damianie, a Ada…i tu dziura, bo nie pamiętam gdzie rodziłam Adę…a, ja jej przecież nie rodziłam:-)

DEPRESJA

Depresja, moja towarzyszka życia, z którą ostatecznie rozprawiłam się dopiero niedawno. To stan głębokiego dysonansu pomiędzy Sercem, a Rozumem. Kiedy Serce każe iść w jedną stronę, a Rozum w przeciwną, człowiek nie jest w stanie ruszyć się z miejsca. Próbowałam ją zignorować, zabić, zapić, wyleczyć. Taki stan może trwać latami. To powolne i nieuchronne obumieranie. Ludzie żyjący z depresją, często są postrzegani jako ludzie sukcesu, gdyż jedynie powszechnie uznawany sukces, czyli wysokie wzloty są w stanie wyciągać z najgłębszych dołów. To błędne koło, szalona jazda, która kończy się katastrofą. Katastrofa może być końcem albo początkiem. Wybrałam początek.

Dziś wiem, że śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć. Co to znaczy żyć? Czy wystarczy budzić się, jeść, pić, chodzić do pracy i robić swetry na drutach? Nie! Życie to ciekawość, to odwaga bycia sobą, to pasja w każdej czynności, którą się wykonuje, to miłość do siebie samego i drugiego człowieka, to radość z samego faktu istnienia.

Wychodzenie z depresji zajęło mi rok. Bez leków antydepresyjnych. Odmówiłam ich przyjmowania. Zważywszy jednak, że spędziłam większość życia, żeby się w nią wpakować, rok to całkiem dobry wynik. Nie chciałam już tylko dotrwać do końca. Zapragnęłam zwiedzać lodowce i wspinać się na szczyty wulkanów. Chciałam, by życie pełnią życia było dla mnie bezpieczne, chciałam czerpać pełnymi garściami i oddychać pełną piersią. Wiedziałam, że będzie to dla mnie bezpieczne tylko wtedy kiedy w pełni zaakceptuję i pokocham siebie. Kiedy będę mogła podejść do moich problemów i porażek bez obwiniania i autochłostania. Kiedy nauczę się traktować siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z wyrozumiałością zarezerwowaną jedynie dla dziecka, i z zachwytem dla kobiety, którą JESTEM.

W tym celu przeczytałam wiele książek, przesłuchałam mnóstwo audiobooków, obejrzałam dziesiątki filmów, uczestniczyłam w licznych terapiach, zarówno konwencjonalnych jak i niekonwencjonalnych. Ze zdumieniem obserwowałam istotę którą się powoli staję, albo raczej zawsze byłam, jednak strzegłam jej tak zawzięcie, że z czasem zapomniałam kim jest. Byłam zbiorem pragnień i oczekiwań innych ludzi, religii, otaczającego mnie społeczeństwa. Jak z karczocha, zdejmowałam warstwę po warstwie, by dotrzeć do Serca. Przeszłam daleką drogę, by trafić z powrotem do domu, do siebie. To wielki sukces w świecie, w którym nadal sukces postrzegany jest w kategoriach mieć, a nie BYĆ.

ROZWÓD

Napisałam, że moje życie wywróciło się do góry nogami dwa razy. To był ten drugi raz. Wiele osób pytało mnie jak mogłam. Jak mogłam odejść mając troje dzieci, w tym jedno niepełnosprawne, a drugie zaadoptowane. Nie mogłam, ale musiałam. Dla siebie, dla tych właśnie dzieci i dla byłego męża. I jeśli ktoś mówi mi, że rozwód to najłatwiejsze rozwiązanie, to ja powiem tyle: przysięgam, że łatwiej jest powoli umierać żyjąc w nieszczęśliwym małżeństwie, niż zebrać siły, odwagę i wytrwałość by je zakończyć.

W małżeństwie jest dwoje dorosłych ludzi i oboje mają prawo do szczęścia i jeśli ja w tym małżeństwie nie jestem szczęśliwa, to ta druga osoba również nie jest. Nie ma innego wyjścia. A dzieci? One mają prawo wychowywać się w zdrowej, kochającej się rodzinie. Jeśli ta, w której żyją taka nie jest, trzeba to zakończyć również dla nich. Nasze związki są wzorem dla naszych dzieci i możemy być pewni, że stworzą dokładnie taki sam układ, jakiego nauczyły się w domu. Dzieci mają prawo wiedzieć, że małżeństwo to nie wyrok śmierci – „aż śmierć nas nie rozdzieli…” Małżeństwo, to umowa dwojga kochających się ludzi, a gdy miłość zgaśnie, gdy nic już nie działa, a wszystkie próby ratowania związku zawiodły, trzeba go zakończyć również dla ich dobra. Jeśli dorośli ludzie nie potrafią być razem, powinni spokojnie i z szacunkiem się rozstać po to, by zapewnić dzieciom poczucie miłości i bezpieczeństwa bez wzajemnej złości, nienawiści i wrogości. 

BO JA JESTEM EGOISTKĄ

Im więcej doświadczam tym bardziej wierzę w to, że wszystkie doświadczenia, bez względu na to jak wiele bólu nam sprawiają, są dobre. Mam wielką nadzieję, że moje doświadczenia pomogą tym, którzy znajdą się w podobnych sytuacjach. To egoistyczne pragnienie, bo istnienie nie tylko dla siebie, ale dla innych, sprawia mi ogromną przyjemność. Po to tu jestem:-)