Czasem umieram i zmartwychwstaję

Może bluźnię, ale dokładnie tak się czułam w minione Święta Wielkanocne. W piątek dotarłam do Gdańska, a potem choroba wygrała. Przechorowałam sobotę, przespałam całą niedzielę, a w poniedziałek rano wstałam, zrobiłam śniadanie, spakowaliśmy się i wróciliśmy do domu:) Mam niezły układ z moim Ciałem – poddaje się tylko wtedy kiedy może, a w te Święta nareszcie mogło, bo miałam ze sobą rodzinę, która zajęła się dziećmi.

CorpoBrat w weekendy i święta jest zwykłym wujkiem:)

Po wielu tygodniach, a raczej miesiącach zmagania się z chorobami i wybrykami czwórki dzieci, zmęczeniem, zniechęceniem, przepracowaniem, nadchodzącymi zmianami szkół i koniecznością ich wyboru i jakąś pustką po niedawnym rozstaniu, dobiłam do granicy wytrzymałości. Przez jakiś czas nawet zastanawiałam się czy ta stara suczka Depresja nie błoci mi znowu w życiu, bo sporo z nią ostatnio obcuję na stronach mojej książki. Każdą wolną chwilę spędzam uzupełniając, poprawiając, dodając i wygładzając dzieło mojego życia, Depresjologię, czyli moją ukochaną książkę o tym jak wyszłam spod kołdry i wymalowałam swoje życie na nowo. W ubiegłym roku usłyszałam „nie” kiedy przymierzałam się do jej wydania. Usłyszałam „może”, ale gdybym tak ją przepisała na nowo.  Odparłam, że to trochę tak, jakby artyście zaproponować sprzedaż obrazu pod warunkiem, że trochę go przemaluje, zmieni kolory i doda parę rzeczy zamalowując przy tym kilka innych. Wtedy grzecznie podziękowałam, a teraz klimat się zmienił i już latem książka będzie w księgarniach.

Wszystko to było trochę ponad moje siły. Pierwszy raz padłam już w środę przed Świętami, po dwóch wywiadach z rzędu. Zdawało mi się, że wywiady to tylko takie miłe pogadanki, więc dwa z rzędu, jeden o depresji, drugi o dzieciach, jeden do gazety, drugi radiowy, to pikuś. Tymczasem po pierwszym, który wydał mi się wyjątkowo udany, nastąpiło gwałtowne załamanie nie tylko pogody, ale i mojego samopoczucia. Pod Zetkę podjechałam w strugach deszczu, nie mogąc opanować senności. Zamknęłam powieki na chwilę i otworzyłam dwadzieścia minut później. Nie mogłam się docucić, choć bardzo się starałam. W końcu Olga Kozierowska przerwała wywiad i powiedziała: „Z Serca mów kochana, z Serca”. I to do mnie z takim tekstem?! Do mnie?! Ja tu półtorej godziny o Sercu właśnie gadałam, o autentyczności…ale Olga miała rację. Klepałam cytaty z mojej książki zamiast odpowiadać na pytania prosto z Serca. Ten wywiad był otrzeźwiającym strzałem w pysk. Chciałam go odwołać, skasować, wymazać z anteny i z pamięci, ale było za późno. Wróciłam do domu czując się coraz gorzej, miałam kaca moralnego, niesmak w Duszy i coś zaczynało telepać moim Ciałem. Zakryłam się kocem i odpłynęłam. Wstałam godzinę później z gorączką ponad 39 stopni. – Jeszcze nie teraz – pomyślałam. – Poczekaj do soboty. Proszę. – Modliłam się w myślach człapiąc po Adę do przedszkola.

Poczekałam. W czwartek rano pojechałam po rodziców na lotnisko. Przylecieli z Kanady na Święta Wielkanocne. Wróciłam do domu, spakowałam dzieci, zrobiłam zakupy i ogarnęłam obejście przed wyjazdem. W piątek dokupiłam żarcie dla świnki morskiej oraz trociny dla żółwia i pojechałam na wizytę w sprawie jednego z dzieci. Wróciłam, wypiłam Gripex i kawę, wpakowałam towarzystwo do samochodu i pojechaliśmy nad morze. Wieczorem padłam po raz kolejny.

Rodzinka w komplecie:)

Rano ledwo wstałam, ale zrobiliśmy pisanki i z koszyczkiem wielkanocnym, wygwizdani przez nadmorski wiatr i opluci deszczem, ruszyliśmy do Sopotu. Może nie jestem religijna, ale lubię pewne tradycje, których się trzymam. Święconka jest jedną z nich. Było coraz gorzej, czułam jak mnie rozkłada kawałek po kawałki. Wróciliśmy do domu, ktoś położył dzieci spać, a ja znowu padłam. Rano świąteczne śniadanie w Gdańsku, a potem rodzinka zabrała dzieci, a ja zakopałam się pod kołdrą i spałam. Kiedy wrócili, dzieci wdrapały się na mnie, a ja okryta nimi nadal spałam. Spałam aż do kolacji, którą zjadłam i poszłam spać. W poniedziałek rano obudziłam się zdrowa. Z lekko przytkaną jedną dziurką od nosa, ale zdrowa! Zjedliśmy śniadanie, a potem spakowaliśmy się i ruszyliśmy do domu.

Babcia z Adą ganiają fale

Moje mądre, kochane Ciało wiedziało kiedy może sobie pozwolić na słabość. Bo przecież raz na jakiś czas trzeba sobie pozwolić na rozkład, na upadek. Całe Święta przechorowałam, bo otoczona rodziną, z pomocą rodziców i brata mogłam pozwolić sobie na to żeby przespać dwanaście godzin i na to żeby przez dwa dni pozwolić sobie na zdychanie. No i czy to nie cud? Nie stać mnie na chorowanie w dni powszednie, a tym bardziej w weekendy. A Ciało przecież czasem musi sobie pochorować, musi się poddać słabości i legnąć znokautowane na parę godzin, żeby się zregenerować. Moje wie kiedy może sobie na to pozwolić. Potrafimy się dogadać co do terminu i to jest jeden z cudów mojego życia.

Może właśnie dzięki temu ta moja suczka Depresja, która czasem węszy wokół mojego domu, nie waży się przekroczyć jego progu. Tak długo jak pozwalam sobie na regularne spadanie, które staje się lataniem, regularne umieranie i zmartwychwstawanie, ona pozostanie w bezpiecznej odległości. Bo czasem trzeba przejść przez burzę, by dostrzec słońce, wpuścić do życia chaos by zrobić nowy porządek i umrzeć żeby żyć.

Czasem umieram i zmartwychwstaję
4.71 (94.29%) 14 votes

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.