Chcesz być szczęśliwa? To cierp!

Męczeństwo jest dobre. W naszej kulturze jest uwarunkowane religijnie i historycznie. Trzeba cierpieć. Nie ma wyjścia. Im bardziej cierpisz, tym lepiej. Na ołtarze i przed urzędy wynosi się tych, którzy zmarli śmiercią męczeńską. A nawet jeśli tak nie było, to trzeba nagiąć rzeczywistość żeby tak było. Bo męczeństwo jest dobre, honorowe, chwalebne i popularne. Szczęście jest fuj. Gloryfikujemy tych co za jakieś idee umierali (najlepiej w męczarniach), a nie tych, co dla idei żyją. A jak żyją z uśmiechem na twarzy i robią coś dobrego, to już bardzo źle. Dlatego biedny Owsiak obrywa co chwilę. No bo jak to tak? Ratować świat z uśmiechem na gębie, zamiast wieszać się na krzyżu i krwawić w symbolicznym geście pojednania z innymi cierpiącymi?! Dlatego jeśli cierpisz, masz trudne życie, ciągle dostajesz po d*pie, to jest duża szansa, że czujesz się z tym dobrze. Czujesz, że teraz może jest kiepsko, ale przynajmniej jesteś w trakcie zasługiwania na to, by kiedyś było lepiej.

Poświęcające się matki z tłustym włosem, w bezkształtnej sukience dostają więcej lajków od znajomych, niż zadowolone z siebie, zadbane kobiety. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, jesteś zadbana i spełniasz się zawodowo, to jestem pewna, że Twoje wyrzuty sumienia podsycane są niemal codziennie najróżniejszymi uwagami, postami, artykułami i dowcipami. Ale wcale ich nie potrzebujesz, bo sama siebie już wystarczająco winisz za to, że zamiast poświęcać siebie w 100% dla dzieci i męża, biednej koleżanki i chorej matki, Ty, niedobra kobieta, wykradasz coś dla siebie. I jeśli nawet masz wystarczająco dużo odwagi by to robić, to wyrzuty sumienia Cię nie ominą. Lepiej żyj w nieszczęściu i bądź z tego powodu szczęśliwa. A jak nie jesteś, to masz problem. Jeśli Twoje Serce zaczyna się buntować, to masz problem. Rozum na szczęście czuwa i szybko Ci wyjaśni, że problem nie leży w tym jak żyjesz, a w tym, że nie jesteś zadowolona z tego co masz. Bo masz wszystko, co Ci do szczęścia powinno być potrzebne. A nawet jeśli nie masz, to i tak się ciesz, bo cierpienie uszlachetnia moja droga!

Twoje Serce i Rozum są w stałym konflikcie pomiędzy tym czego pragniesz, a tym co powinnaś. Jeśli ten konflikt trwa długo, tracisz radość życia, zaczynasz być przygnębiona i z czasem tracisz nadzieję na jakąkolwiek zmianę. Pogrążasz się coraz głębiej w rozpaczy, żyjesz w odrętwieniu. Do Twoich drzwi puka depresja.

Depresja towarzyszyła mi od wielu lat. Nie wiedziałam, że to ona. Kryła się pod wieloma maskami. Początkowo odwiedzała rzadko, z czasem nachodziła częściej, aż ostatecznie wpakowała się do mojego łóżka, kuchni i pracy. Prześladowała mnie nawet w samochodzie i na wakacjach, spychając stopniowo w ramiona śmierci. Depresja jest jak drapieżny kot. Najpierw trąca łapą, podgryza, bawi się Tobą przez kilka, kilkanaście lat, a dopiero gdy nie masz już sił dłużej się bronić, zjada. A gdyby tak tego kota oswoić, pogłaskać, podrapać pod brodą i posłuchać co mruczy… Gdybym wtedy wiedziała, że wystarczy przestać walczyć, przestać stawiać opór, wystarczy poddać się fali życia, zacząć słuchać Serca i odpuścić całą kontrolę… Ale wtedy nie wiedziałam.

Znam takich co depresją nazywają sezonowe przygnębienie, albo smutek po utracie kota. Znam takich, co pomimo wyraźnych objawów, do depresji się nie przyznają. Depresja to ostatnio modne słowo. Jedni się go wstydzą, inni się z nim afiszują. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy swój stan nazwiesz depresją, załamaniem, smutkiem, czy przygnębieniem. Ważny jest stan, który ma kilka nieprzyjemnych cech, z którymi tak ciężko żyć, że śmierć zdaje się jedyną nadzieją.

Proszę zaznacz twierdzenia, które możesz uznać za swoje:
• życie nie sprawia mi przyjemności
• bo tak już musi być
• wszyscy tak mają
• jestem rozważna
• kieruję się rozumem
• nie mam na nic wpływu
• to moja wina
• nie doceniam tego co mam
• jestem niewdzięcznicą
• nie chce mi się rano wstawać
• nic co robię nie sprawia mi przyjemności
• nie widzę sensu w tym co robię
• nie lubię mojej pracy
• jestem wiecznie zmęczona
• nie chce mi się
• nie umiem
• nie uda mi się
• przegrałam życie
• tak już musi być
• to moja wina
• muszę…
• nie mogę…
• boję się
• jestem chora
• muszę być silna
• boję się śmierci
• chcę umrzeć
• boję się o moje dzieci, bliskich
• chyba mam raka
• ciągle mnie coś boli
• nie mogę spać
• jestem ciągle śpiąca
• zasypiam jak tylko dotknę poduszki, ale rano nie mogę wstać
• martwię się
• ciągle boli mnie głowa
• muszę dotrwać do końca, bo inni mnie potrzebują
• będę szczęśliwa jeśli…
• zachce mi się żyć gdy…
• nikt mnie nie kocha

Jeśli zaznaczyłaś przynajmniej kilka, to moje pytanie brzmi: czy tak chcesz żyć? Czy o tym marzyłaś jako dziecko, nastolatka? Czy to Twoja bajka? Czy jest Ci z tym dobrze? No właśnie. Jest duże niebezpieczeństwo, że jest Ci z tym piekielnie dobrze. Narzekamy, żalimy się, ale mamy o czym rozmawiać. Inni poklepują po ramieniu, pocieszają, mówią, że jesteś dzielna, chwalą. To sprawia, że czujesz się doceniona, czujesz się warta podziwu. To uzależnia. Pławienie się we własnym nieszczęściu uzależnia. Nie pozwala na zmianę. To forma emocjonalnego masochizmu: cierpienia, z którego czerpiesz pewną przyjemność, satysfakcję. Łykasz pigułki, popijasz winem, obwiniasz rodziców, męża, szefa, koleżanki, urzędników i jest Ci…cudownie źle. Boisz się nieznanego. A w Twoim przypadku wszelkie przejawy bezwarunkowego szczęścia, radości i miłości są Ci obce. Dobrze znane zło wydaje się bezpieczniejsze niż nieznane dobro.

A teraz proszę zaznacz twierdzenia, które chciałabyś żeby były Twoje, jeśli będą bezpieczne:
• jestem kochana
• kocham
• kocham siebie
• lubię siebie
• akceptuję siebie
• akceptuję moich bliskich
• akceptuję życie
• kocham życie
• każdy dzień to cud
• podążam własną drogą
• kocham moją pracę
• akceptuję moje dzieci bezwarunkowo
• budzę się z uśmiechem
• często małe, drobne rzeczy, wydarzenia sprawiają, że czuję euforię
• zauważam piękno w ludziach, przedmiotach i zwykłych codziennych wydarzeniach
• nie boję się
• chcę…
• mogę…
• ja jestem
• jestem spokojna
• jestem zdrowa
• umiem cieszyć się chwilą obecną
• jestem spontaniczna
• kieruję się Sercem
• mam czyste sumienie
• żyję z pasją
• kocham moje życie

Obie listy są moimi własnymi twierdzeniami. Pierwsza z nich, to mój stan przed załamaniem w 2013 roku, druga, to moje twierdzenia z dnia dzisiejszego. A gdzie Ty teraz jesteś?

No więc czym jest depresja? To długotrwały konflikt pomiędzy Sercem, a Rozumem. Kiedy Serce każe iść w jedną stronę, Rozum w przeciwną, a Ty stoisz w miejscu i umierasz. Taki stan może trwać wiele lat. Jest wyczerpujący i demotywujący. To nie jest życie. To powolne i nieuchronne obumieranie. To rozpacz, wycofanie, pustka przykryta uśmiechem i makijażem, doprawiona sukcesem i szacunkiem otoczenia. To śmiertelny koktajl, który uzależnia. Depresja jest produktem nieszczęścia zrodzonego z konfliktu Serca i Rozumu, efektem długotrwałej, wyczerpującej walki pomiędzy jednym, a drugim. Bo Serce zawsze będzie dążyło do szczęścia, miłości i spełnienia. Rozum zaś jest stworzony przez wszystkie zasady, których uczyłaś się od dziecka. Wszystkie „musisz” i „nie możesz”, wszystkie lekcje religii i zasady wpajane przez bliższą i dalszą rodzinę, następnie szkołę i otoczenie. Rozum to twój osobisty żandarm. Dobrze wytresowany, by Cię pilnować, byś nie zeszła z drogi, którą kroczyć musisz, bo tak zostałaś zaprogramowana. Rozum realizuje Twój osobisty kodeks prawny, który został Ci wdrukowany od dnia narodzin. Dobra wiadomość jest taka, że możesz go zmienić. Rozum będzie szalał ze złości, miotał się i kąsał, sabotował każdy Twój krok, ale jest na to rada. Możesz go przechytrzyć:)

Zamiast rewolucji, która przeraża i paraliżuje, zmian możesz dokonać naturalną drogą ewolucji. Tak jak natura ewoluuje przez setki tysięcy lat zabierając nam ogony i płetwy, gdy były zbędne, wydłużając nogi i prostując kręgosłupy, gdy tego potrzebowaliśmy, tak my możemy ewoluować w kierunku, którego pragniemy całym Sercem. I jeśli zaczniemy zmierzać w tym kierunku konsekwentnie, ale maleńkimi kroczkami, to oszukamy Rozum i zanim się połapie, będzie funkcjonował wg zupełnie nowego kodeksu zasad.

Jak więc pokonać tę kosmicznie długą drogę pomiędzy pierwszą listą, a drugą? Maleńkimi kroczkami. Ewolucją zamiast rewolucji. Pokonywanie wyprawy do wnętrza siebie maleńkimi kroczkami sprawi, że nie będzie żadnych „muszę”, nie będziesz ze sobą walczyła, nie będziesz zmagała się z lękiem przed zmianą, ani z ucieczką w stare przyzwyczajenia. Metoda małych kroczków, zwana filozofią Kaizen uchroni Cię przed lękiem i porażką. Wyjdziesz z czarnej dziury i zostaniesz sobą, bez poświęceń, lęku i wysiłku. Pasuje?

Pierwszy kroczek już zrobiłaś. Przeczytałaś to do końca. Dziękuję:)
Kolejne kroczki pokażę Ci za tydzień:)

Chcesz być szczęśliwa? To cierp!
4.81 (96.21%) 58 votes

9 thoughts on “Chcesz być szczęśliwa? To cierp!

  1. myślę, że twój blog (przepraszam, że tak bezpośrednio) jest bardzo na czasie, takie są czasy właśnie, i tak ty się mierzysz z nimi, jak się da. I piszesz odważnie o tym. Co może naprawdę pomóc innym poczuć, że nie są sami ze swoimi problemami. Potrzebne są takie miejsca. Psychologowie nie rozwiążą nam problemów, nie mają recept na wszystko, a kiedy ludzie dzielą się szczerze swoimi doświadczeniami to może im lepiej pomóc znaleźć swoje własne sposoby. Polecam ci nowy nr Ja My Oni (Polityka) 🙂 (nie pracuje dla tej gazety, nie reklamuję jej, ale dużo mi uświadomiło przeczytanie tego wydania – w ogóle jak świat się zmienił, że to ten świat zwariował i my wszyscy z podobnymi problemami się zmagamy teraz)

  2. są mężczyźni niestety, którzy nie ogarniają czegoś takiego jak szczęśliwa, spełniona kobieta i oni są tymi którzy nas skutecznie dołują, blokują, ciągną w dół, od nich trzeba uciekać na 10 wiatrów. Kobiety się łapią niestety na takich bo oni są często sprawczy, męscy, przebojowi… myślą, że to cechy, których im samym brakuje i wydają się być wspaniałym uzupełnieniem …
    Mówię tu o sobie. Wychodzę z toksycznego związku.

    ps wpis p Bożeny to zakamuflowany hejt. Pani blog jest super, jest odważnym pokazaniem siebie i swojej drogi z mojego punktu widzenia

  3. Witaj Agato,

    Z trudem muszę przyznać że Twój tekst jest o mnie. Mój rozum był moim ‚wszystkim’ przez ponad 30 lat. Serce… nawet nie wiedziałam że je mam, a teraz aby przetrwać, aby żyć na nowo, aby wydobrzeć muszę to przewrócić do góry nogami czyli tak jak być powinno. Co tydzień patrzę tęsknie w oczy mojego terapeuty i pytam: ‚czy ja nie zboczyłam oby z drogi, bo tyle to trwa, tak boli, inni mogą, inni dali radę, a ja wciąż krwawię, moja ewolucja to 2 kroki w przód i 5 do tyłu. Czasem myśle, że to nie ma końca, ze próbuje wstawać i czasem nawet mi się udaje, ale nie mogę jeszcze zrobić pierwszego kroku. Wiem, że każdy z nas ma inne tempo, inne historie, inną przeszłość, ale czasem jest mi tak cholernie ciężko się nie porównywać.
    Twój blog kilkakrotnie ocalił mój dzień, zresztą gdzieś w jednym z moich komentarzy już o tym pisałam.
    I tak, masz świętą rację: jedyne co działa to odpuścić. Gdy siadam i pozwalam uczuciom się ‚wyczuć’ bez osądzania ich, robi się lepiej, lżej, na chwilę. I choćbym nie wiem jak walczyła nie jestem w stanie wynegocjować więcej szczęścia niż ta jedna chwila, potem cały proces zaczyna się od nowa: czuj, pozwól sobie czuć, płacz, krwaw, ale nie osądzaj, nie myśl że gdzie indziej, kiedy indziej byłby raj na ziemi, zaakceptuj tu i teraz, i znowu jest lepiej na moment. Chyba to jest definicja życia chwilą…
    To jest moja mała prywatna ewolucja. Dzięki za inspirację do napisania tego komentarza. Serdecznie Cię pozdrawiam

  4. Po pierwsze: to, że ktoś zginął śmiercią męczeńską nie oznacza , że był nieszczęśliwy. Przecież sam sobie takiej śmierci nie wybrał, np żołnierze wyklęci, po prostu byli patriotami i walczyli o Polskę, czy to źle? mieli się poddać i żyć wbrew własnym ideom? być potulnym nowej władzy?uważasz, że o to chodzi w życiu? wtedy właśnie byliby nieszczęśliwi. A święci?czyż nie byli odważni, że nie wyrzekli się wiary?Wszyscy oni mieli cel w życiu do którego dążyli, a ktoś inny odebrał im za to życie. Zasługują na podziw i dlatego wynosi się ich na ołtarze i urzędy a nie dlatego aby „promować” cierpienie.
    Po drugie: Od jakiegoś czasu śledzę twojego bloga(bo sama mam dziecko z zD) i odnoszę wrażenie, że to Ty jesteś nieszczęśliwa. Ciągle piszesz o tym , że jesteś spełniona i szczęśliwa kobietą, ale twój blog jest bardzo pesymistyczny. Dlaczego piszesz ciągle o negatywnych rzeczach,o problemach i wszystko krytykujesz zamiast zarażać tą swoja niby radością życia i promować właśnie radość życia. Nie robisz wrażenia osoby szczęśliwej. Widać , że potrafisz pisać i jesteś mądrą kobietą, ale twoje teksty są bardzo ponure i dołujące. Może czasami napisałabyś coś naprawdę optymistycznego i budującego. Pozdrawiam:-)

    1. To mnie zastrzeliłaś! Jesteś chyba jedyną osobą, która widzi we mnie nieszczęście. Oskarżano mnie nawet o nadmierne lukrowanie i przedstawianie wszystkiego w zbyt optymistycznych i pozytywnych barwach. Myślę, że bardzo często to co widzimy wokół siebie, albo raczej to, co zauważamy jest odbiciem tego co nosimy w sobie. Życzę dostrzegania radości, szczęścia i optymizmu nie tylko tam gdzie są, ale nawet tam gdzie ich już prawie nie ma. Dziękuję za ten komentarz. Zastanowię się, czy mogę wpompować jeszcze więcej optymizmu w moje teksty:)
      Pozdrawiam serdecznie,
      Agata

      1. to bardzo częste, że kiedy mamy mało konfrontacji z innymi ludźmi, mało się na nich otwieramy, żyjemy własnym nieszczęściem to wtedy projektujemy to na innych. Ja to widzę konkretnie na przykładzie mojego już byłego związku. Sama jako sama potrafię być zadowolona, śmiać się, jestem pogodna, dobrze pracuję, kiedy miałam styk z tą osobą to w dobrym okresie dobrze ale po pewnym czasie on wrzucił na mnie cały swój jakiś ‚skrypt’ który stworzył o mnie, ja też miałam stworzony jego na jego na temat ale dążyłam do tego, żeby go konfrontować, żeby odnosił się do tego, jednak nasza komunikacja wpadła w patologię, bliskość fizyczna miała załatać wszystko, i okazało się, że to było na zasadzie – ok zapomnijmy o tych twoich głupotach (on o moich, ja o jego) i idziemy dalej. No ale to niczego nie załatwia bo nikt nie usiadł i nie popatrzył na drugą stronę i to co ona myśli, nie odniósł się do tego i nic nie spróbował z tym zrobić, ja bardzo próbowałam, ale zabrakło woli z drugiej strony. Trzeba się czasem pogodzić, że z pewnych sytuacji musimy wyjść, że nie da się nic zmienić, wiedzieć, że wyjście jest najlepsze ze wszystkiego …marzy mi się, żeby ludzie się nauczyli lepiej komunikować, żeby zamiast siedzieć i pisać oskarżenia do siebie na mailach umieli to zamienić na działanie – kochanie to nie przejdzie, nie dam rady rozumiesz? pokaż mi w jakiś sposób, że tak dalej nie będzie. Trzeba w czas mówić to NIE. Jak nie pokaże to nie, jak najszybciej odejść. Mi trudno pogodzić się, ze mi się nie udało nic zrobić, nie byłam ‚cudotwórczynia’…

        1. Kochana, podpisuję się pod Twoim komentarzem w 100%. Czasem się nie da nic zrobić I TO NIE JEST NASZA WINA. Do tanga trzeba dwojga ludzi, którzy umieją i chcą tańczyć. Jeśli zabraknie chęci lub umiejętności z którejś strony, to ta druga może prowadzić ten kulawy taniec przez jakiś czas, ale w końcu opadnie z sił. Wtedy lepiej odejść, by dać sobie i tej drugiej osobie szansę na coś innego, coś lepszego co nie rani, nie boli, co jest proste, nie wymaga starania się, zmagania i cudotwórstwa:)

          1. przeczytałam odpowiedź dopiero, tak, faktycznie tak właśnie było, ja nadal jestem bez sił, mam nadzieję, że one w końcu do mnie wrócą, ta osoba jeszcze próbuje motać mi w głowie, już miesiąc się nie widujemy, ja wiem, że to koniec, że to ‚co by mogło’ być to powinno było być dawno temu i teraz jest dawno już za późno, nic to mi nie naprawi…myślę, że czasem związek ma potencjał, jest miłość, ale naprawdę przychodzą momenty krytyczne, w których któraś strona robi coś, po czym jest ‚pozamiatane’, nie ma o czym mówić, nie ma czego ratować. tak u mnie się stało. i zauważyłam, że ratuje mnie próba patrzenia co dalej, i wkładania w tę sytuację kogoś innego, nie że będę wiecznie sama tylko myślę o dobrej, jeszcze wyobrażonej sytuacji dla siebie z kimś…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.