agata komorowska buntowniczka

Bo ja jestem buntowniczką

Cholera! Nie wiem jak zacząć! To już trzecia próba, bo to jeden z najtrudniejszych tekstów jakie postanowiłam napisać. Tekst niby o mnie, ale nie tylko. A ja nie chcę nikogo zranić, urazić, ani obrazić. Nie chcę by komukolwiek było przykro. Nie lubię. Dlatego przepraszam wszystkich, którzy poczują się źle, gdy wpis ten przeczytają. Przepraszam!

Byłam u psychologa

Konsultacja w sprawie dziecka. Tak, jak czegoś nie wiem, to pytam. Nie twierdzę, że zawsze wiem. Raczej częściej nie wiem, niż wiem i dzięki temu szukam odpowiedzi. Szukam w sobie i szukam na zewnątrz, by spojrzeć z innej perspektywy. Taka ze mnie poszukiwaczka.

Opowiadam historię mojego życia, by wprowadzić Pana w temat, by poznał „background” problemu, a on pyta „Dlaczego?” i „Czy wtedy już nie zdawało się Pani, że coś jest nie tak?”.
– Nie. Bo ja, proszę Pana nie wiedziałam, że jest nie tak. Kiedyś to była norma wielopokoleniowa. Mężczyzna pracował, a kobieta zajmowała się dziećmi. Facet dominował i wymagał, kobieta ulegała, rezygnowała i robiła co do niej należy. Moja mama była dzielną kobietą, która wychowała trójkę dzieci w czasach, gdy pomarańcze rzucali raz na miesiąc i trzeba było stać wiele godzin w kolejce, by kupić kilogram. Co ja chrzanię o pomarańczach! Masło, cukier i mięso zdobywało się, a nie kupowało. W czasach, gdy budynki czteropiętrowe nie musiały mieć windy, my mieszkaliśmy na ostatnim piętrze i tę trójkę dzieci plus zdobyte zakupy trzeba było tam jakoś wtaszczyć. Zawsze uśmiechnięta, nigdy nie narzekała, smutki połykała. Tata, człowiek pracy, pracował zawsze i głównie na tym jego życie polegało. Te dwa światy rzadko się przenikały. Takie były czasy, takie normy, takie wzorce wyniesione z domów, dziedzictwo wielopokoleniowe. Ale ja jestem buntowniczką. Mnie się to nie podobało, ja chciałam inaczej. W czasie, gdy młoda kobieta szuka partnera miałam w głowie jedną myśl: nie chcę stworzyć rodziny takiej jak ta, w której wyrosłam. I z takim postanowieniem ruszyłam w świat pełna nadziei i entuzjazmu.

Nie wiedziałam

Nie wiedziałam, że ta durna podświadomość nie rozumie słowa „nie”. Nie wiedziałam, że rozmyślając o tym jakiej rodziny nie chcę, nosiłam przed oczami jej obraz i ta, którą w końcu stworzyłam była tego obrazu urzeczywistnieniem. Kochałam, byłam szczęśliwa, zdawało mi się, że mi się udało. Szybko jednak okazało się, że marzenia o wspólnym kołysaniu dzieci, weekendach w parku i wieczorach przy wspólnie nakrytym stole mogę sobie wsadzić między bajkę o Śpiącej Królewnie, a Kopciuszka. Czy to był moment żeby powiedzieć „Odchodzę!”. Nie dla mnie. Dla mnie to była lekcja rzeczywistości: kochana, tak mają wszyscy, takie jest życie, tak wyglądają wszystkie szczęśliwe rodziny, więc zamiast cudować i ty powinnaś być szczęśliwa. Więc byłam. Rozczarowanie i bunt zepchnęłam głęboko w dół, zamknęłam na kłódkę, a klucz wrzuciłam do Wisły. Przyjęłam rolę, której się nauczyłam przez lata dzieciństwa i trwałam, a nawet chyba byłam szczęśliwa. Chyba… Miałam rodzinę, synka i firmę. Byłam dzielna, nie narzekałam, zawsze się uśmiechałam, a smutki połykałam. Odnosiłam sukcesy zawodowe, budowaliśmy dom, tylko nie wiem dlaczego nic mnie nie cieszyło. Nic. Poszłam się leczyć. Ogarnęłam się i znowu uśmiechałam. Jeśli coś mi nie pasowało, robiłam wszystko, by to naprawić, by się dostosować, bo przecież „życie, to sztuka kompromisu”, bo „gdy się kocha, to szczęście drugiego człowieka powinno być ważniejsze niż własne”. Takie brednie wbiłam sobie do głowy, według takich zasad żyłam.

Drugi urodził się Krystian z zespołem Downa. Wyzwanie dla rodziny w całości i dla każdego jej członka z osobna. Trudna próba, otorbianie się we własnym bólu. Rozumiałam, dawałem radę, walczyłam i o Kryska i o Aleksa. Byłam zmęczona, ale były sukcesy w rozwoju Krystiana, pochwały i uznanie ze strony wychowawczyni Aleksa, znajomych, otoczenia. Myślałam, że świetnie sobie radzę, że „praca ponad siły uszlachetnia”, że „co nas nie zabije, to nas wzmocni”, a „człowiek dostaje tylko tyle ile jest w stanie udźwignąć”, więc dźwigałam z dumą.

I kiedy padło pytanie: Czy nadal chcesz adoptować? Odpowiedź była tylko jedna: TAK! Adopcja to powołanie, a ja marzyłam o niej od narodzin Aleksa. To wtedy poczułam, że tak bardzo tego pragnę, że już kocham dziecko, którego jeszcze nie znam. Narodziny Krystiana tego nie zmieniły. Więc tak, nadal chciałam! I dwa lata później pojawiła się Ada. Cudowna, rozwrzeszczana i bardzo absorbująca mała kobietka. Dawałam radę, byłam dzielna, zawsze uśmiechnięta, smutki połykałam. Tak jak moja mama wychowywałam trójkę dzieci, tyle że w lepszych czasach, bo pomarańcze można już było kupić w warzywniaku pod domem, bez kolejki.

Nie chciałam

Nie chciałam, ale moją uwagę coraz częściej zwracały przypadkiem podpatrzone rodziny. Stałam na światłach, a przede mną przechodziła rodzina: tata niósł synka na barana i czule uśmiechał się do mamy, która prowadziła za rączkę małą córeczkę. Dotykali się czule, mimochodem szukali muśnięciami ciała o ciało. Zerkali na siebie, śmiali się i wyglądali na szczęśliwych. Ich przechodzenie przez ulicę przypominało taniec. W niczym nie przypominało dwojga ludzi, którzy szli razem za karę, naburmuszeni, poganiając się i pokrzykując na siebie nawzajem i na dzieci, ciągnąc je za sobą. Patrzyłam i wyłam.

Chodziłam z Krystianem na basen. Moją uwagę zwracała para z bliźniakami. Ubierając Krystiana specjalnie siadałam blisko nich i chłonęłam każdy ich ruch. Jak idiotka gapiłam się na nich nie mogąc oderwać wzroku. Ona w legginsach w panterkę i różowych kozaczkach, lekko otyła i nieumalowana. On zwykły facet, z brzuszkiem. Ona ubierała jedno dziecko, on ubierał drugie. Śmiali się przy tym, całowali dzieci i siebie nawzajem. On podawał jej rękawiczkę, która upadła na podłogę, a ona jemu zapinała kurtkę. On przejmował drugie dziecko po to, by ona mogła się ubrać, a ona przytulała oboje, by i on mógł założyć czapkę i zebrać wszystkie graty. Ich ruchy były pełne gracji, czułości, spokojne, bez presji czasu, złości i niechęci. I tak było co tydzień. Siedziałam ubierając sama Krystianka i połykałam łzy. Co ja źle zrobiłam? Dlaczego ja tak nie mam? Dlaczego przegrałam?

W końcu padłam na twarz. Nie dałam rady dłużej. Ciało odmówiło współpracy. Nie byłam taka silna jak moja mama. Już nawet nie chciałam.

Bo ja jestem buntowniczką

Buntownik, to ktoś inny niż rewolucjonista. Rewolucjonista manifestuje przemocą swój bunt przeciwko czemuś co jest na zewnątrz. Ja jestem buntowniczką wewnętrzną. Regularnie buntuję się przeciwko temu co we mnie, temu co boli i co uwiera. Życie ma śmieszny, powtarzający się rytm. Dążymy do tego, by było nam miło i wygodnie. Meblujemy sobie życie, mościmy gniazdo i kokosimy się w nim wygodnie. Relaksujemy, poprawiamy tyłek, rozwalamy się leniwie i jest nam dobrze…przez chwilę, bo okoliczności bez przerwy się zmieniają. Zmienia się pogoda i klimat zarówno za oknem jak i w naszym Sercu i Duszy. Czasem wyrastamy z naszego fotela, a na głowę zaczyna nam kapać. Zimno nam w stopy, dreszcz przebiega po plecach i drętwieją nogi. Ale siedzimy. Nie ruszymy dupska, bo tak było kiedyś wygodnie, więc i teraz być powinno.
– Ciiiii, cichutko Duszyczko. Zamknij buzię Serduszko. Jest dobrze. Jest dobrze. Jest dobrze. – Powtarzasz zaciskając oczy i pięści. Z pomocą przychodzi Rozum. On zawsze szybciutko wszystko wyjaśni:
– Jesteś zmęczona, dlatego uwiera Cię w tyłek. To taka pora roku, wszystkim o tej porze przeciekają oczy i marzną stopy. Nie przesadzaj moja droga, przecież masz miękko pod pupcią i miło wokoło. Nie doszukuj się problemów, tylko się ogarnij i doceń co masz. Przykryj kocykiem to, co ci nie odpowiada i będzie ci cieplej. No szybciutko weź się w garść, podciągnij kąciki ust do góry i unieś podbródek. O, widzisz. Od razu lepiej.

Tak było kiedyś. Teraz nie czekam, buntuję się regularnie. Nie uciszam Duszy, nie knebluję Serca. Cieszę się, gdy marudzą, bo to znak by coś poprawić, coś zmienić, wyrzucić zadrę spod tyłka, zmienić skarpetki na cieplejsze, albo przemalować ścianę. Nie czekam aż zdrętwieję i siły mnie opuszczą. Akceptuję to, że życie się zmienia, że ja się zmieniam i to, że jest czas na spokój i czas na chaos. A gdy chaos przychodzi, to wiem, że jest zwiastunem lepszego jutra, więc słucham, pytam i jestem wdzięczna tej buntowniczce, co we mnie siedzi.

Dzisiejsi pionierzy jutro będą dinozaurami

To co było dobre kiedyś nie koniecznie sprawdza się dzisiaj. Kiedyś nie było nie tylko pomarańczy, ale również internetu. To, że Twoi przodkowie z niego nie korzystali, nie powstrzymało Ciebie. Bo życie się zmienia, bo zmieniają się normy i okoliczności. Mamy dzisiaj inne możliwości. Ja pamiętam jeszcze liczydła:), ale liczę na kalkulatorze w komórce. No więc zamiast winić wczoraj i tych co żyli jak umieli najpiękniej w czasach i okolicznościach, w których zostali osadzeni, Ty możesz się zbuntować i żyć jak chcesz. To się nazywa ewolucja. I tak Twoje dzieci uznają Cię za dinozaura:)

 

Bo ja jestem buntowniczką
3.36 (67.22%) 205 votes

8 thoughts on “Bo ja jestem buntowniczką

  1. Matko jakie mi to bliskie i takie prawdziwe. Też odkryłam że potrafię z zazdrością podglądać inne rodziny , ich ciepło i radość. Myślałam,że tak można żyć ale jest coraz trudniej!

  2. Boję się Twojego wpisu, boję się swoich mysli, boję się jutra i tego, że nie mam sił by zrobić taki krok. Boję się tego, że wciąż kocham, mimo, że nie jest tak jakbym chciała dla swoich dzieci i siebie. Boję się, że będę żyć i umrę nieszczęśliwa ;(

  3. dziękuję dziękuje dziękuje i raz jeszcze dziękuję że koleżanka udostępniła Pani wpis na fb i ja go przeczytałam a później zaczęłam czytać więcej i więcej …aż dotarłam do” Bo ja jestem buntowniczką”!!!!DZ I Ę K U J Ę!!!!

  4. Podziwiam i ciesze się, że są takie osoby, które mają tak wielkie serce do dzieci. życzę sił do opieki nad Krystianem i szczęścia ogólnie, cudownie, że ta mała dziewczynka trafiła do pani rodziny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.