Bez lukru

Dostałam w nocy długi list. Bardzo długi, bardzo osobisty. Przypomniał mi o zbliżającej się drugiej rocznicy rozwodu. Wyłowiłam z niego jedno zdanie: żebym tak nie lukrowała na swoim blogu.

Proszę bardzo, oto cała gorzka prawda

Jest chujowo. Rano brak mi sił, wieczorem padam na pysk. Dzieci czasem chorują, ja nie, bo nie mogę. Starsi chłopcy przeżywają swoje dojrzewające rozterki. A kiedy rozterka dojrzeje, wybucha niczym bomba atomowa rażąc wszystkich w promieniu całej rodziny. Aleks buntuje się przeciw wszystkiemu. Jest opryskliwy, trzaska drzwiami i strzela fochem w każdego, kto pojawi się w zasięgu. Zwykle jestem to ja, bo włażę do jego pokoju niczym słoń do składu porcelany i zadaję najbardziej znienawidzone przez nastolatków pytanie: Co się stało Kochanie? Nie noszę kamizelki ochronnej z ignorancji, przyjmuję każdy strzał i dokładnie pozwalam mu przeszyć mnie na wylot co powoduje ból, trudny do opisania nawet na tym blogu. Maluchy tęsknią za tatą, choć minęły już dwa lata od rozstania. W każdy wtorek i co drugi piątek, tata odbiera ich z przedszkola i szkoły. Cieszą się i od rana pytają czy nocują. Ada zawsze płacze kiedy wraca, bo tęskni za tatą.

Mam czwórkę dzieci, każde ma sporo obciążeń jak na swój wiek, za niektóre z nich biorę odpowiedzialność ja. Bo to ja podjęłam decyzję o rozwodzie. To mnie było źle i ja odeszłam. W imieniu drugiej połowy się nie wypowiadam. Do tej pory powraca pytanie czy dobrze zrobiłam. Chętnych do sądzenia jest wielu, ale to moje życie… Nie, nie tylko moje. Zdecydowałam nie tylko o moim życiu, ale również o życiu trojga moich dzieci i męża. Zmieniłam życie nie tylko moje, ale każdego z nich i do końca życia będę ponosiła tego konsekwencje, bo takie decyzje nigdy nie pozostają bez konsekwencji. Mogłam zostać i brnąć dalej przekonując samą siebie, że jest ok. Trwać i przetrwać aż do końca, a koniec wydawał się bliski, więc aż tak strasznie długo bym się nie męczyła. Mogłam przecież pomyśleć o nich wszystkich, nie o sobie i trwać, budując dobry PR naszej rodzinie i robiąc jej świetną reklamę. W końcu jestem od tego specjalistką. Dwadzieścia lat doświadczenia w branży wchodzi w krew. Ale zdecydowałam inaczej i wszyscy dotknięci tą decyzją mogą mnie osądzać. Starszy syn może mieć żal, że trwałam tak długo, młodsza córka może mieć za złe, że nie przetrwałam. Każde kiedyś mnie z tej decyzji rozliczy.

Nie mam prawa Wam radzić

Wiem, że wiele/wielu z Was stoi przed podobnymi wyborami. Pytacie mnie o radę. A ja nie mam prawa Wam radzić, bo to Wasze życie. Odpowiedzialność zawsze pozostaje na barkach odchodzącego. Można próbować winić wszystkich naokoło od współmałżonka począwszy, ale odpowiedzialność za decyzję zawsze będzie ciążyła na tym co trzaska drzwiami. I proszę nie mylić tego z winą. Cudownie łatwo jest obwiniać partnera. Bo on to czy tamto, bo ona… Zawsze się coś znajdzie. Można zrobić z siebie ofiarę i jako ofiara spędzić resztę życia wzbudzając litość i współczucie. Zarówno początek jak i koniec miłości są wypadkową pragnień, potrzeb, oczekiwań, wychowania i wzorców każdego z partnerów. Wina nigdy nie jest oczywista, odpowiedzialność tak. Dlatego decyzja jest tak trudna i żadna nie jest dobra. Jest tylko mniejsze zło, a i to nie zawsze jest takie jasne. Bo czy mniejszym złem jest tęsknota dzieci za czymś czego nie ma, czy problemy spowodowane czymś co jest? Nikt z nas nie ma prawa decydować o tym co jest lepsze dla kogoś. Nikt. Możemy jedynie decydować o tym co jest najlepsze dla nas. Egoizm do kwadratu, powiecie. Być może. Gdyby jednak na jednej szali położyć absolutne szczęście dzieci, a na drugiej własne nieszczęście, to wybór jest prosty, mogę być nieszczęśliwa, mogę się umartwiać, mogę grać i udawać, mogę robić dobre wrażenie. Spływ prysznicowy ma dużą pojemność, zmywa wszystkie łzy bez śladu. Puder, szminka, szpilki. Wisząca w powietrzu naelektryzowana atmosfera, iskrząca złość między rodzicami nad głowami dzieci. Niby one nic nie wiedzą, bo uśmiech na twarzy podkreśla czerwona szminka. Jest kasa, wakacje, zabawki i najlepsze szkoły. Czy to jest szczęście? Czy to jest dla nich lepsze? Nie wiem. Po dwóch latach nadal nie wiem. Wiem jednak co jest lepsze dla mnie.

Poświęcając się dla kogoś podświadomie oczekujemy wdzięczności. Nie raz słyszałam stwierdzenie typu: tyle dla niego poświęciłam, a on odszedł (prałam, sprzątałam, gotowałam, z kariery zrezygnowałam). A dlaczego miał nie odejść mając w domu zgorzkniałą męczennicę. Przecież przy takiej każdemu odechciewa się żyć. Tak popularne jest poświęcanie się dla dzieci. Ale i ono ma swoją cenę, bo potem słyszę: ja dla nich wszystko oddałam, całe życie, a one teraz tylko na święta wpadają. Nie dziwię się. Czy fajnie jest spędzać czas z kimś, kto wywołuje u nas ciągłe poczucie winy? Jeśli wybieramy poświęcenie, to pamiętajmy, że to nasze własne, a więc nie mamy prawa od nikogo oczekiwać wdzięczności za niespełnione marzenia, niezrealizowane kariery i wszystkie inne „bo ja dla Ciebie…”. 

Nie wiem…

Moi rodzice są nadal razem. Nie rozwiedli się, choć były lata kiedy zastanawiałam się dlaczego oni sobie to robią. Leczyłam się z ich decyzji. Gdyby się rozwiedli, też bym się miała z czego leczyć. Ci, którym traumy życiowe zostały oszczędzone leczą się z braku umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami losu. Na samym końcu nigdy nie mamy pewności jaka decyzja będzie dobra dla naszych dzieci. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak będzie rzutowała na ich przyszłość. I dotyczy to prawie każdej poważniejszej decyzji jaką podejmujemy: rozwód czy pozostanie, przeprowadzka do innego domu, miasta, czy kraju, zmiana pracy i gwałtowna zmiana sytuacji materialnej (mniej pieniędzy, za to więcej czasu). Zawsze ktoś może mieć do nas o coś żal, za coś nas winić, coś zarzucać. Możemy nie podejmować żadnej decyzji, a wtedy nasze dzieci będą się leczyły z naszej bierności.

Kiedyś wydawanie osądów było dla mnie łatwe, bo nie dotyczyło mnie. Wydawało mi się, że wszystko wiem najlepiej. Dzisiaj wciąż łapię się na tym, że nie wiem. Dlatego nie osądzam już nikogo i nikogo nie próbuję zmienić. Nikogo do niczego nie nakłaniam i nie namawiam do przyjmowania moich racji. Kiedyś ze złością patrzyłam na tych, co rehabilitowali dziecko metodą inną niż ja, łatwiejszą. Osądzałam, winiłam, bo Krystian rozwijał się jak strzała, a tamte dzieci wolniej. Jednocześnie nie umiałam konsekwentnie, każdego dnia poświęcać dwóch godzin na naukę mowy Krystiana. Czy jeśli bym to robiła Krystian by mówił? Może, nie wiem. Ale taką podjęłam decyzję na podstawie tego, na co mnie było psychicznie stać, co mogłam, kim i jaka byłam i jestem, jak postrzegam mojego syna. Przyjmuję odpowiedzialność za moje decyzje.

Do szczęścia potrzebna jest odwaga, by czasem być nieszczęśliwym

Mam cudownych przyjaciół. Mają córeczkę z zespołem Downa o rok młodszą od Krystianka. Jedną, bo syn już dorosły. Oboje poświęcili dla niej wszystko: pracę, pieniądze, czas i zdrowie. Mają tak samo mało czasu jak ja, są tak samo zmęczeni. Oni podziwiają mnie za to, że samodzielnie wychowuję czwórkę dzieci, a ja ich za to, że pomimo ciosu jakim są narodziny niepełnosprawnego dziecka, pomimo trudności finansowych, są nie tylko nadal razem, ale postrzegam ich jako jedną z najszczęśliwszych rodzin. Ich córeczka mówi, jeździ na rowerze. Krystian nie. Oni zazdroszczą Krystianowi, że ma tak dużo rodzeństwa, ja ich córeczce umiejętności. Każde z nas kocha swoje dzieci tak samo mocno, każde z nas każdego dnia bierze na siebie odpowiedzialność za decyzje, które podejmuje i z nimi żyje.

Mam przyjaciółkę. Bez dzieci, ale z kredytem. Mówi, że nie może odejść. Taka jest jej decyzja i ona z tą decyzją każdego dnia budzi się i zasypia. Podziwiam ją za to, że potrafi żyć z lekkością i niewymuszonym uśmiechem, pomimo tego, że tkwi w związku, który od lat jest martwy. Ona pogodziła się ze swoją decyzją i wybrała zauważać szczęście w każdym dniu, który przeżywa.

Znam kogoś, kto wybrał karierę. Choruje z samotności. Fizycznie choruje. Jest na szczycie drabiny sukcesu. Najmłodszy, a najwyżej. Każda decyzja ma swoją cenę, on jest świadomy swojej i ją płaci. Takiego dokonał wyboru i co wieczór jego konsekwencje witają go wymowną ciszą, ale każdego ranka na nowo wyrusza podbijać wielki świat i ma z tego satysfakcję.

Mam koleżankę, która szefowała wielkiej korporacji. Jednego dnia pierdyknęła wszystko. Decyzja narastała długo, ale została podjęta tego jednego dnia, gdy czara goryczy się przelała. Była jedyną żywicielką luksusowej rodziny. Spędziłam z nią wakacje. Tym razem była bez niani, bo już nie było jej na nią stać. Odmawiała sobie wszystkiego, dzieciom bardzo wiele, za co miały do niej żal. Do domu wracała za pożyczone pieniądze. Otworzyła firmę i zaczęła spełniać swoje marzenia. Zapłaciła za nie bezsennymi nocami i gigantycznym stresem. Na komórkę dzwoniły głównie banki i komornik. Dzisiaj widzę ją w telewizji, w mediach i mam do niej wielki szacunek. Widzę ją jako kobietę spełnioną, uśmiechniętą, piękną, ale wiem jaką cenę za to płaci. I choć nikt tego nie widzi, ona dźwiga na swoich barkach konsekwencje swojej decyzji.

Wszyscy wyżej opisani są mi bliscy. Mają odwagę podejmować trudne decyzje. Nie zawsze chodzą uśmiechnięci, ale mają odwagę sięgać po szczęście.

Planuję niezaplanowane zmiany planów

Czy moje życie jest dokładnie takie jak sobie zaplanowałam kiedy się rozwodziłam? Po pierwsze nie planowałam szczegółowo mojego życia w dniu rozwodu. Szczerze mówiąc nie za bardzo ten dzień pamiętam. Urok mojego życia „po” polega na tym, że mam prawo do zmiany planów. Daję sobie prawo do niewiedzy. Moim planem jest zwyczajne bycie sobą, spełnianie marzeń, bo to one są planem Boga wobec mnie. Robię to z wielką pasją nawet w tej chwili, pisząc ten post. W dniu rozwodu nie wiedziałam, że będę to robiła. Nauczyłam się cieszyć drogą, a nie celem. Dzięki temu pozwalam sobie na zmianę planów i nie traktuję tego w kategoriach porażki, a nowych wyzwań i doświadczeń. Jestem otwarta na dary, które dostaję od życia. Takim darem jest nastoletni Michał, który od wakacji z nami mieszka. Nie planowałam, ale zmieniłam ścieżkę mojego życia, które stało się jeszcze trudniejsze i jeszcze bardziej intensywne. Kończę kurs dla rodzin zastępczych, dotykam nowych, fascynujących ludzi i tak sobie myślę, że może właśnie opieka zastępcza jest moim powołaniem. Może kiedyś poprowadzę zawodową rodzinę zastępczą, albo rodzinny dom dziecka. Nie wiem i to jest piękne. Niewiedza jest błogosławieństwem, bo zdejmuje przymus odhaczania kolejnych pozycji na liście do celu, zdejmuje klapki z oczu i wyostrza wszystkie zmysły na to, co życie niesie. Moja wrażliwość na siebie samą i drugiego człowieka jest ogromna. Wrażliwość na potrzeby moich dzieci również. Kiedyś płakały rano za mną, gdy wychodziłam do pracy, a za nianią, gdy ona wracała do domu. Teraz płaczą za tatą. Nie ma złotego środka, nie ma możliwości wiedzieć co dla nich jest najlepsze, bo to one same kiedyś zdecydują. I mam nadzieję, że patrząc na mnie, będą miały odwagę podejmować własne decyzje. Nie projektuję ich, raczej obserwuję jak się przepoczwarzają i delikatnie pomagam zdejmować skorupkę, z fascynacją obserwując jak rozpościerają skrzydła i uczą się latać, żeby za jakiś czas odlecieć.

Królami życia są ci co nie winią świata za nic, ale biorą na siebie odpowiedzialność za własne życie

Hipokryzją byłoby twierdzić, że moje życie jest jednolitym pasmem szczęścia. Jeśli macie takie wrażenie na moim blogu, to przepraszam. Żyję tak samo jak Wy. Mam swoje problemy, płaczę i podejmuję trudne decyzje, za które biorę odpowiedzialność. Decyduję i z tym żyję. Ogłaszam Dni Nieradzenia Sobie i czasem jestem smutna, nawet załamana. Różnica jest jednak taka, że ja wybieram celebrować dobro i miłość pomimo trudności. Dostrzegać światło tam, gdzie najciemniej. Widzieć nadzieję, tam gdzie dawno już zgasła, dostrzegać mądrość i siłę w każdym upadku, w każdej słabości. Nie neguję łez, smutku, zwątpienia i żalu. Akceptuję ich obecność i czasem poddaję się ich wpływowi tak jak wszyscy. Ale każdego dnia jestem gotowa stanąć przed Bogiem i powiedzieć, że byłam najlepszą sobą, wykorzystałam talenty, którymi mnie obdarzył i doceniałam każdy dzień, który dostałam w promocji, bo wiem, że mogło mnie już nie być. Innych szanuję bez względu na poglądy i decyzje jakie podejmują. Nabrałam tej mądrości tylko dzięki dylematom jakim sama musiałam stawić czoła i dzisiaj nie ośmielam się nikogo osądzać, nawet tych, którzy osądzają mnie.

Silnym człowiekiem nie jest ten, który walczy, ani ten co się poddaje w imię wyższego dobra. Silnym jest ten co bierze na siebie pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i pomimo ich ciężaru potrafi kroczyć własną ścieżką z podniesioną głową. Ten, co wybiera zauważać i celebrować piękno każdego dnia, nawet jeśli jest to bardzo trudny dzień. Ten, co pomimo ciężaru powiek, każdego ranka zauważa promienie wschodzącego słońca. Ten, co zanim zapadnie w nieprzytomny ze zmęczenia sen, ostatnią chwilą świadomości trzyma to, za co jest wdzięczny. Widzę piękno i dobro w każdym człowieku i na każdym kroku. W moim trudnym życiu doświadczam wielu cudów codzienności. Mam odwagę sięgać po moje marzenia i podejmować wyzwania. Dlatego jestem królową życia. Bo jestem prawdziwa, autentyczna i szczera. Kiedy jestem smutna, widzicie mnie smutną, kiedy szczęśliwa, uśmiecham się do Was od ucha do ucha. Nie chowam się za pseudonimem ani maską. Piszę pod własnym nazwiskiem o życiu, które wybrałam, bo biorę za nie pełną odpowiedzialność. I mam nadzieję, że tym samym dodaję Wam odwagi w decyzjach, które sami musicie podejmować.

„Wszystkim nam brakuje szczęścia. Masz to na co godzisz się. Każda droga jest łatwiejsza, gdy widzisz to, co dobre jest.” – To Co Dobre, Kasia Kowalska

Bez lukru
3.56 (71.11%) 18 votes

14 thoughts on “Bez lukru

  1. Mam takie same odczucia co Agnieszka 🙂 Zawsze mam wrażenie jakbym czytała moje własne przemyślenia z pamiętnika.. bardzo dziękuję i pozdrawiam!

  2. Dzieci nie zawsze mają pretensje do rodziców, dzieci nie zawsze leczą się z powodu ich decyzji/braku decyzji, rozwodu, toksycznej i wieloletniej relacji. Dzieci mają też swoje zasoby, w które je wyposażamy na nową dorosłą drogę życia. One wyposażają też się w nie same. Chciałabym odczarować trochę ten mit, że wszystkie dzieci rozwodników ,,cierpią” , bo rodzice nie są razem. Nie wszystkie cierpią, nie wszystkie w życiu dorosłym mają żal. Ba… nawet nie wszystkie potrzebują psychoterapeuty.
    To, że jest Ci ciężko, jest oznaką tego że dajesz z siebie wiele, że jesteś obecną mamą. Ich reakcja z kolei też jest adekwatna do wieku rozwojowego i tego co się w Waszym życiu zmieniło. Nie oczekujmy szybkiego rozwiązania i szybkiej adaptacji do zmian, jakie nastąpiły. To proces, a proces ma to do siebie, że trwa. Dałaś im to co mogłaś, najlepiej jak potrafiłaś.

  3. Kochana Agato! Ja też jestem po rozwodzie- 7 lat. Po drodze zaliczyłam rozpacz, strach, niepokój, ale w końcu pojawiła się także nadzieja, spokój i radość. Poczucie winy względem dziecka jest normalnym stanem ducha u kochającego, myślącego i polskiego rodzica- gdzieś wyczytałam,że polscy rodzice oceniają swoje kompetencje na dostateczny. A trwanie w związku bez przyszłości jest tchórzostwem. Podziwiam Twoją odwagę i nastawienie do życia- zastanawiam się jak Ty to robisz, że we wszystkim dopatrujesz się najpierw dobrego- chętnie bym się tego od Ciebie nauczyła:-). Trzymam kciuki za Twoją rodzinę, chociaż patrząc jak sobie radzisz, to chyba nie jest to konieczne.
    Miłego wieczoru!

  4. Pani Agato, ja właśnie „przechodzę ” przez rocznicę zakończenia małżeństwa. Wiele bardzo bolacych wspomnień – i jednoczesnie nieopisana radość, że mimo wszystko zdecydowałam się na ten krok i wdzięczność za ludzi, ktorzy mi wtedy pomogli. I że teraz tworzę bezpieczny dom dla moich dzieci.
    Dziękuję Pani za ten tekst. Tak trafia w sedno tego, co czuję i co myślę w związku z dziećmi w sytuacji rozstania rodziców…
    Ania

  5. Pani Agato, mam adoptowaną córę, wrażliwą, cudowną i chorą, nieuleczalnie. Dziękują Pani za ten tekst, dziękuję za odwagę i za to, że pisze Pani pięknie o rzeczach trudnych. Dziś akurat mam dzień niradzeniasobie wraz z dniem rozpaczy i bezsilności. Po tym poście podniosłam głowę. Bardzo serdecznie pozdrawiam, ślę ciepłe myśli i trzymam kciuki.

    1. Czasem łatwiej sobie poradzić wiedząc, że wszyscy Ci którzy tak świetnie sobie radzą, czasem też sobie nie radzą, rozpaczają i czują się bezsilni. Ściskam bardzo mocno<3

  6. Zaglądam do Pani czasami i przeważnie trafiam w sedno” Pani wpis, moje samopoczucie emocjonalne. Ponieważ ostatnio mój stan emocjonalny przypomina pokrojonego pomidora, brak mi też słów, żeby dokładnie wyrazić odczucia po Pani wpisach. Niemniej krótko, DZIĘKUJĘ, bardzo dziękuję, Kobieto trwaj i pisz……………..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.