Bądź kiepską matką, dla dobra Twoich dzieci

Nasze matki nigdy nie zastanawiały się nad jakością swojego macierzyństwa. Po prostu były jakie były i robiły to, co uważały za słuszne. My, ich dzieci, też nie traktowaliśmy ich w kategoriach zła/dobra, tylko bycia, bez przymiotników. O tym, że nasze matki były złe i patologiczne uświadomili nam nasi terapeuci, których na pewnym etapie nieradzenia sobie z życiem postanowiliśmy odwiedzić. Od tej pory nosimy brzemię bycia dzieckiem „nietakiej” matki, która zrobiła „nietakie” rzeczy lub ich nie zrobiła wcale. Nasza odpowiedzialność za nasze życie zmalała o ilość winy naszych rodzicielek. Terapia pomogła, teraz nam lżej. Od tej pory każda z nas stara się nie popełniać błędów naszych matek i być taka jak ona nie była, robić to czego ona nie robiła, lub też nie robić tego co robiła. Wisimy nad naszymi pociechami, niczym spadochron nad skoczkiem, tylko, że one nigdzie nie spadają, więc ten spadochron przysłania im słońce i plącze się między nogami.

Niczym matkodrony krążymy, sprawdzamy, ingerujemy i kontrolujemy, by nasze pociechy nie poszły w nasze nieszczęśliwe ślady. Wytyczamy im nowe, bezpieczne ścieżki, którymi mają chodzić, stawiając zakazy w miejscach, w których nam jeszcze parę lat temu było całkiem dobrze. No ale to było złe, więc zakaz. Nie puszczamy dzieci samych na place zabaw, bo mogą sobie zrobić kuku. Ja nigdy sobie nie zrobiłam, kolega złamał rękę, ale żyje, a koleżanka stłukła sobie kość ogonową. Obawiam się, że nadal nie może merdać ogonem. Poza tym żadne z nas nie potrzebowało terapii z integracji sensorycznej, bo integrowaliśmy nasze zmysły na trzepakach, ławkach, rozklekotanych huśtawkach i drzewach. Ada przed przedszkolem też miała takie drzewo, ale administracja osiedla wycięła, bo było niebezpieczne dla dzieci, które na nim godzinami dyndały.

No i co mają takie biedne dzieci robić jak na plac zabaw nie wolno, do lasu nie wolno, bo przecież ten, który kiedyś w moim dziecięcym przekonaniu był tylko grzybiarzem, w dzisiejszych czasach jest z pewnością gwałcicielem i pedofilem. No więc do lasu nie. Do miasta też nie, bo w komunikacji miejskiej mogą okraść, podbić oko, albo nie wiem sama co jeszcze mogą. A, no tak, dragi mogą i…..(tu sobie wpisz sama co mogą, bo mi brakuje pomysłu;)

No to pozostają komórki, tablety i komputery, a tam cała gama doznań! Można doświadczyć wszystko to, czego rodzice nie pozwalają, tylko bez siniaków i złamań! Są dragi wraz z kompletnym instruktażem ich używania oraz odpowiednimi kontaktami. Ja, w moim patologicznym dzieciństwie spotkałam się jedynie z klejem wdychanym przez punków na ławce przed blokiem. Pamiętam ich lidera, superpunka z wielkim, kolorowym irokezem, który na widok swojej matki z siatami odkładał klej i „biegł” jej pomóc. A my wracamy do domu i wrzeszczymy na dzieci za to, że cały czas tylko przed komputerem, w te gry i na youtubie. Lepiej kask na głowę, ochraniacze na kolanka i na rower, tylko poczekaj na opiekunkę, bo będzie za pół godziny. No i dzieciak nie idzie, bo jak jeszcze mały to ok, ale potem, to już siara z tym kaskiem i opiekunką. A kolana…Boże uwielbiałam ludziki z gencjany na moich kolanach, malowane przez moją patologiczną, ale uzdolnioną artystycznie matkę. Pamiętam jak na szkolnej akademii odrywałam fioletowe strupy i patrzyłam jak wycieka spod nich jakaś ciecz (kolory były różne od bezbarwnej, poprzez żółto-zieloną do czerwonej). To była prawdziwa lekcja biologii. Podczas takich lekcji nauczyłam się, że żaby nie da się nadmuchać, choć w bajkach latają (mam nadzieję, że moja zbrodnia uległa już przedawnieniu). Wiem też, że w Jugosławii (no wiem, że teraz Chorwacja) mieszkają skorpiony, o czym moja „nietaka” matka nie wiedziała i pozwalała bawić się w lesie, w wodzie, w chaszczach i wśród skał, nie strasząc groźnymi stworami.

W tak dogłębnie spenetrowanej przez naszą młodzież sieci jest też seks, choć ostatnio zauważyłam, że dużo filmów zostało usuniętych. Podejrzewam jednak, że brak dostępności erotyki dotyczy wyłącznie mamusiek takich jak ja. Jestem więcej niż pewna, że nastoletni poszukiwacze nadal mają swoje źródła inspiracji w necie. Mnie matka nie upilnowała, pewnie jej wina, że w wieku 14 lat oglądałam Emmenuelle na VHSie u Piotrka, którego rodzice często wyjeżdżali (ich wina). Dreszcz emocji pamiętam do dziś. Miałam wtedy tyle lat, ile obecnie mój najstarszy syn. Podejrzewam jednak, że jego znajomość teorii z netu zdecydowanie przewyższa moją obecną wiedzę w temacie, pomimo trójki dzieci;)

No tak, jest jeszcze cała sfera emocjonalna, którą nasze matki zawaliły. Otóż zamiast nas tulić i całować, leciały do kolejki, albo nas w tej kolejce ustawiały (jak już odrośliśmy trochę od ziemi). Nie pokazywały nam Tajlandii, ani Tunezji, tylko lokalne morze, lasy i łąki, co budowało poczucie patriotyzmy, oraz znajomość rodzimych gatunków roślin, grzybów i zwierząt. Żałuję, że nie przetrwały moje zielniki z tamtych czasów, w których suszyłam różne zielsko. Nazw nie szukałam w necie, tylko w atlasach ilustrowanych i 13-tomowej encyklopedii PWN. W tej samej encyklopedii szukałam robali, które hodowałam przez całe lato w słoikach. Moja hodowla stonki ziemniaczanej zrobiłaby furorę w necie, ale niestety jedyna sieć jaką wtedy znałam, to ta w stodole u dziadków. Nikt o niej nie pamiętał, bo leżała w słomie, gdzie gnieździły się koty, a ja spędzałam tam większość dnia nie zważając na ilość kurzu, brudu i wystające ostre i zardzewiałe szczątki różnych dziwnych przedmiotów.

Owszem, były i te naprawdę patologiczne matki, które zafundowały swoim dzieciom trudne, bardzo trudne dzieciństwo. Zwykle same były ofiarami, a to nie były czasy kiedy można było zadzwonić na infolinię dla kobiet doświadczających przemocy w rodzinie. Nie było w zwyczaju wyprowadzać się od męża, bo małżeństwo było na całe życie. Kropka. Z resztą nie było gdzie, bo babcia i mama mieszkała w tym samym M3. Zawsze znajdą się matki, które matkami nigdy być nie powinny, ale można winić je do końca życia za swoje porażki, albo wziąć pełną odpowiedzialność za swoją przyszłość, wytyczyć nowe ścieżki i zacząć żyć według własnych zasad. Z pewnością nie będzie to łatwe, ale obwinianie matki niczego nie zmieni. Ty za to możesz zmienić wszystko.

Dzisiaj staramy się być dobrymi matkami, tak jak naszym matkom nigdy nawet nie przyszło do głowy żeby się starać. Czytamy „mądre” książki i poradniki, chodzimy na szkolenia, warsztaty i wykłady (nasze pociechy w tym czasie siedzą w domu przed komputerem). Na wakacje zabieramy w egzotyczne podróże, na których nasze dzieci się nudzą w wielogwiazdkowych hotelach i na higienicznie czystych plażach. Zabraniamy przeklinać, łobuzować i bić się. W jednej ze szkół, do której chodził mój syn zostało zwołane zebranie ponieważ jeden do drugiego powiedział „ty idioto!” Co za idiotyczny pomysł! Zaczynamy traktować dojrzewanie jak patologię, którą należy leczyć w gabinetach terapeutycznych, a nawet przy pomocy leków, by pozbyć się nie tylko pryszczy, ale i skrajnych emocji. Całe nasze rodzicielstwo podporządkowane jest jednej myśli: być najlepszą matką, by kiedyś jakiś terapeuta nie mógł naszym dzieciom uświadomić jakie patologiczne byłyśmy. Jednocześnie żyjemy w ciągłym stresie, że jesteśmy niewystarczająco dobre, robimy niewystarczająco dużo i zabieramy dzieci w zbyt mało miejsc i za mało zajęć dodatkowych im zapewniamy. Nasze matki takich problemów nie miały. One miały szczęście, bo dowiedziały się o swojej patologii dopiero od nas. My o własnej myślimy każdego dnia, kiedy dziecko przyniesie słabą ocenę z angielskiego, jest skierowane do psychologa w przedszkolu, albo nie umie skakać w dal. Kiedy zaczyna chodzić później niż syn sąsiadki, mówić „R” później niż córka koleżanki. Z góry przyjmujemy winę na siebie i z tym poczuciem winy wychowujemy dzieci, starając się wynagrodzić im nasze fatalne macierzyństwo. Kupujemy prezenciki, gdy dużo pracujemy, wyręczamy z domowych obowiązków, bo muszą przecież uczęszczać na zajęcia z samoobrony, języków obcych, fortepianu i czegoś tam jeszcze, bo inaczej będą w tyle za rówieśnikami.

Dzieci są od tego, żeby się taplać w błocie i robić zupę z krowiego łajna (czasem nawet ją spróbują). Każde powinno spróbować mleka prosto od krowy! Bez gotowania! Aleks ostatnio zamoczył palec w sadzawce i poleciał go zaraz umyć, bo bał się … salmonelli! Ten to będzie miał się z czego spowiadać przed terapeutą, do którego z pewnością się kiedyś uda i dowie się, że jego matka za bardzo o niego dbała, za dużo pilnowała i nie pozwoliła doświadczać tego co mógł doświadczyć. No więc teraz pozwalam. Lepiej późno niż wcale. Dojrzewanie to nie patologia, ani choroba. Niech sobie chłopak dojrzewa w spokoju:) Maluchy niech taplają się w błocie po uszy, a zanim pokażę im wieżę Eiffla, zamierzam w tym roku pokazać im polską wiochę, puszczę i po raz kolejny bałtycki, brudny piach. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć plażę pełną wodorostów i takich małych, ohydnych, pływających robaczków, które w ubiegłym roku dzieciaki łowiły całymi godzinami. I jakoś nie trzeba było ich zabawiać, ani organizować im czasu, a i od żadnej zarazy nie umarły. Dopiero potem przyjdzie czas na Koloseum i Wielki Kanion.

Moja patologiczna matka ma szczęście, że w czasach jej macierzyństwa nie było psychologów i terapeutów, bo by się pewnie dowiedziała, że jej patologia to wina jej patologicznej matki, która wychowywała ją zaraz po wojnie. Nie chcę już nawet myśleć o tych matkach, które były na tyle nieodpowiedzialne, by wydać na świat dziecko w czasie wojny. Zgroza!

No więc przestań się starać. I tak dowiesz się w pewnym momencie, że jesteś patologiczna albo toksyczna. Możesz starać się do utraty tchu, a potem usłyszysz, że za bardzo, albo i tak za mało. Jak więc wychować niepatologiczne dziecko? Będąc beznadziejną, niezorganizowaną, roztargnioną, nieidealną i nieradzącą sobie czasem matką. Będąc sobą, dbając o siebie, swoje potrzeby i marzenia. Będąc autentyczna i dając dziecku bezwarunkową miłość, niezależną od stopni w szkole, czy wyników w biegach na 100m. Mówiąc dzieciom wyraźnie: „kochani, boli mnie dzisiaj głowa, więc zamiast obiadu z 3 dań będzie pizza”. Albo: „Mam dzisiaj ochotę spotkać się z koleżanką, więc zostajecie z opiekunką.” Pozwalając sobie na bycie chujową matką, pozwalasz dziecku na bycie zwykłym, normalnym dzieciakiem, które nie musi być perfekcyjne, bo Ty nie jesteś, które ma swoje zdanie, bo Ty je masz, które nie da sobie jeździć po głowie, bo Ty sobie na to nie pozwalasz, które nie pozwoli Ci na bycie toksyczną, bo w odpowiednim czasie powie Ci żebyś zwiększyła dystans, a jak tego nie zrobisz, to samo to zrobi, które zna swoje mocne strony i wie co go interesuje, bo sam do tego doszedł, a nie podczas licznych zajęć dodatkowych, na które go zapisałaś na siłę. A jeśli zobaczysz, że Twoja córka ma wybitne zdolności aktorskie odstawiając prawdziwe komedie i wymyślając niestworzone rzeczy gdy czegoś chce, to zamiast karać i prowadzać po psychologach, zapisz na warsztaty aktorskie.

Myślę, że ważne jest by poznać wzorce, w których się wychowaliśmy, które często warunkują nasze wybory i zachowania, ale nie po to by mieć kogo winić, ale po to, by wiedzieć dlaczego coś robimy i co chcemy zmienić. Nie warto starać się być ani taka sama jak mama, ani inna niż ona, bo zarówno w jednym jak i w drugim przypadku stajesz się kimś innym niż Ty sama. Jeśli zamiast dbać o wizerunek idealnej matki, zadbasz o siebie, to nie będziesz musiała winić nikogo za to gdzie i kim jesteś. To co dali nam rodzice jest bardzo ważne, ale my nie jesteśmy nimi. Żyjemy w innych czasach, innych okolicznościach, mamy inne możliwości i pełen internet innych wzorców. Możemy sobie wybrać do naśladowania kogoś innego, jeśli mamy taką ochotę. A najlepiej nie naśladować nikogo, tylko być sobą. Wtedy także Twoje dziecko będzie miało prawo do bycia sobą i to jest największy dar, który możesz mu podarować. Reszta w jego rękach i co z tym zrobi zależy od niego, a nie od Ciebie.

 

 

Bądź kiepską matką, dla dobra Twoich dzieci
3.44 (68.8%) 184 votes

34 thoughts on “Bądź kiepską matką, dla dobra Twoich dzieci

  1. Świetny tekst…;) Jestem mamą dwuletnich bliźniaków-chłopców. Czekałam na nich 13 lat…przez te 13 lat byłam najlepszą matką: czytałam ksiązki o wychowaniu, o dziecięcych emocjach, rozwoju dzieci, jak być lepszą matką, co robić żeby dziecko wyrosło na wartościowe, kochane itd. „Byłam najlepszą matką dopóki nią nie zostałam” Bo gdy pojawili się chłopcy pojawiły się We mnie nowe uczucia i nowe emocje-nie tylko te dobre..W różnych trudnych sytuacjach otwierały się w mojej głowie szufladki z podkreślonymi zdaniami z „mądrych książek”..okazywało się jednak że co bym nie zrobiła w tym momencie-będzie to miało w przyszłości „skutki uboczne” i co robiłam??? Płakałam bo nie wiedziałam co zrobić bo gdzieś odsunęłm moją intuicję i wpuściłam książkowe rady… Nie twierdzę żeby nie czytać , nie szukać ale żeby pamiętać że każde dziecko jest inne, każda sytuacja jest inna i wszystkie te rady książkowe należy mocno filtrować ….pozdrawiam

  2. Ciekawy temat. A ponieważ dla mnie jest „na topie” postanowiłam napisać. Jest na topie z dwóch powodów – po pierwsze jestem matką małego szkraba. Po drugie jestem w terapii która w dużej mierze skupia się na dzieciństwie. To chyba zależy od podejścia. Ja w terapii uświadomiłam sobie że wiele z moich dorosłych decyzji jest połączonych z tym jakie było moje dzieciństwo. Terapia nie służy mi po to żeby obwiniać moją matkę lub kogokolwiek innego za moje niepowodzenia. Jest po to by zrozumieć siebie, odkryć dlaczego jestem taka jaka jestem oraz jaką chciałabym być, jakie są moje potrzeby. Myślę że dzięki terapii jestem lepszą, bardziej świadomą matką a co najważniejsze jest mi po prostu lepiej samej z sobą 🙂 I nie mam nic przeciwko jeśli mój syn przyjdzie na kozetkę dyskutować o mojej chujowośći. Jesteśmy najlepszymi matkami jakimi potrafimy być. A ideału nikt nie osiągnie bo go po prostu nie ma!

  3. Dziekuję pani Agato! Otworzyła mi Pani oczy na wiele spraw. Jak dotąd zarzucałam sobie że nie jestem idealną matką,nie wychowuję dzieci podręcznikowo, nie robię skrzetnych zapisków co, gdzie, kiedy robią, nie biegam po lekarzch, poradniach bo tak wypada…Moje dzieci są do kochania a nie do zaspokajania ambicji! Kocham je nad życie.

  4. brawo, że ktoś o tym mówi głośno
    ciesze się że jestem trochę patologiczną matką, która pracuje ( teraz na zwolnieniu ciążowym z trzecią potomkinią) i wychowuje dwoje nastolatków 19 lat i 15 lat w pracy przez „koleżanki” uważna za patologiczną matkę trójki dzieci bo kto normalny decyduje się na dziecko w wieku 39 lat mąż w 48 lat i to o zgrozo trzecie dziecko
    dzieci moje mają obowiązki w domu co też jest patologią, nie są orłami w szkole zwykli przeciętni uczniowie uczący się w przeciętniej wiejskiej szkole no córka już w mieście bo średnia szkoła
    muszą pomagać mi w pracach domowych i w ogrodzie
    ja mimo iż pochodzę z Warszawy wychowałam się w maleńkiej wiosce na północy kraju i tam teraz mieszkam i kocham ta swoją wieś tych ludzi a na wspomnienia z dzieciństwa i młodości śmieje się całą buzią
    może dla tego moje dzieci są samodzielne i zaradne potrafią i to od dawna ugotować i posprzątać pilnować siebie na wzajem i mieć własne zdanie, którego potrafią bronić

  5. Ech powiem szczerze, że ten cholerny pęd życia spędza mi sen z oczu. Dziwne jak kiedyś ludzie żyli całkiem niedawno, bez telefonu, bez Internetu, ba nawet i samochodu. Podobno ma to nam wszystko ułatwiać życie a jednak czasu jest jeszcze mniej. Cieszę się, że żyję na przełomie tych lat i dzięki Bogu miałam okazję robić, to wszystko czego dziś nie wolno, ze względu „na dobro dzieci”. Ja wychowywałam się na wsi muszę powiedzieć, że może i bogactwa nie zaznałam, ale było cudownie. Mamę chciałam nawet namówić na kupno krowy i zasiania tytoniu, żebym miała co robić w wakacje. A jak mnie kiedyś zobaczyła za kółkiem traktora sąsiada to oniemiała. Dziś sąsiad pewnie byłby nazywany pedofilem skoro pozwalał 8 letniej dziewczynce zadawać się z nim, a ja po prostu lubiłam mu pomagać. Bawiłam się w kukurydzy w chowanego, po czym dostawaliśmy ochrzan od drugiego sąsiada, że niszczymy jego plony. Chodziliśmy na pachtę/grandę (dziś to jest kradzież) na groszek całymi gromadami. Codziennie chodziłam po mleko do sąsiadów, biegałam w lato na boso po ulicy jak padał deszcz i była burza. Ach wzięło mnie na wspomnienia. Sama właziłam na stodołę i rozbierałam ją z desek, rąbałam drewno, kosiłam trawę. Ogólnie wydaje mi się, że np. dzisiejsze dzieci/młodzież nie ma obowiązków są tylko wymagania… Robi się z nich kaleki.
    Mój mąż jak mnie poznał mając te 20 lat i przyjeżdżał do mnie na weekendy na wieś a pracował na Trójmieście mówił, że odpoczywa…
    Ograniczenia na każdym kroku, serio? To nic nie wolno w dzisiejszym świecie…

    1. To chyba było prawdziwe doświadczanie świata. Te bose stopy na asfalcie i deszcz na twarzy:) Kiedyś tak się żyło, dzisiaj takie życie, to jakieś chodzenie pod prąd. Nadal jest możliwe, tylko staje się świadomym wyborem:) Ściskam:)

  6. „My, ich dzieci, też nie traktowaliśmy ich w kategoriach zła/dobra, tylko bycia, bez przymiotników. O tym, że nasze matki były złe i patologiczne uświadomili nam nasi terapeuci”
    Jeśli to jest główna teza na której opiera się cały artykuł to jest z gruntu nieprawdziwa. Każde dziecko, które ma kontakt z innymi dziećmi porównuje swoją matkę do innych a większośc dostrzega to co im w ich matkach nie pasuje.

    1. Każdy ma inne doświadczenia:) Ten blog jest bardzo osobisty i odzwierciedla moje prywatne poglądy. Szanuję jednak wszystkie i komentarz udostępniam:)

  7. Pieknie napisane!
    Patrzac na swoja matkę rzeczywiście moge ze spokojnym sumieniem napisać, że była mega patologiczna matkę. I nie dlatego, że piła i nie dbała o nas. Gdzieś w swoim życiu się zgubiła i swoja złość wyladowywala na nas…..Bylo nas trzy. Dwie dostawaly lanie 6 razy w tygodniu i niedziela nie byla wcale świętem, by tego nie robic! Teraz by Ją pewnie zamknęli za znecanie sie nad rodzina, ale wtedy wszyscy udawali, ze nic nie widzą. Zapewne nas kochala… Tylko to zagubienie….
    Niemniej mialam dzieciństwo pelne upadków, otarc, ran i siniakow. Nigdy niczego nie zlamalam o dziwo! Mialam mnóstwo smiechu i radosci. Poznawania swiata i zdobywania wlasnych, lepszych i gorszych, a czasem i dramatycznych doświadczeń. Jak widac przeżyłam. I mam co wspominac.
    Pierwsze dziecko urodzilam po 20, bo bardzo chcialam miec kogoś, kto mnie będzie kochał. Tak zwyczajnie kochal. Nie czytalam poradnikow. Nie mialam ani Mamy ani Babci. Dzialalam instynktownie.Dzis moje dziewczyny maja juz 19 i 14 lat. Tarzaly sie w blocie, biegaly po deszczu, wisialy na trzepaku i robily pączki z piasku (czasem też zjadly). Bylam tuz obok, nigdy nad nimi. Nie.miały miliona zajęć dodatkowych, miedzy którymi nie moglyby złapać oddechu.. Za to mialy rower, wrotki, rolki, spacery, place zabaw i piaskownice. Nie robię jednej rzeczy, którą nagminnie robila moja Matka – nie biję! Wspieram w wyborach pozwalajac podjac wlasne decyzje. Oczywiście nie jestem idealna, a odkąd zachorowalam wręcz nieidealna! Musiałam bardzo wycofać sie z ich życia w najmniej sprzyjajacym okresie. Ale moje dzieci do dziś wspominaja jak skakaly ze mna w gumę, na skakance czy w klasy. Cenią to.
    Teraz z przerażeniem patrzę na rodziców, ktorzy nie potrafia sie pogodzic z brudnymi raczkami dziecka. Jak na kazdym kroku ograniczaja, jednocześnie zamykajac oczy na zle zachowania. Na wrzaski i bieganie po sklepie. Na kopanie po kostkach pani siedzacej z przodu w tramwaju. Na rzucanie sie na pierwsze wolne.miejsce w autobusie niemalże przewracajac staruszke czy kobietę w ciąży. Zapominajac, że dziecko trzeba wychowywać, a nie chować. Dając dziecku wszystko, bo ja tego nie mialem/am. To, że my nie mielismy, to raczej bardziej niż pewne, ale jak widać udało nam się wyrosnąć na ludzi. I nie brakuje nam z tego powodu trzech kregow w kregoslupie! Nie mamy czasu, by z dziecmi porozmawiać, a w zamian dajemy najnowsze gry/buty/ubrania. Zapisują na zajęcia dodatkowe nie tylko dlatego, że dziecko nie będzie w tyle za innymi. Przede wszystkim dlatego, że zawsze JA o takich marzylam! Spelnianie swoich marzeń i ambicji przez dziecko jest jednym z największych błędów! Albo bo A mu każe! Po co dziecku w pierwszej klasie zajecia dodatkowe z angielskiego! Niech najpierw nauczy sie dobrze mówić i pisac po polsku! Tym bardziej, ze angielski ma już w szkole. Na początek to wystarczy. Po co dziecku szachy, angielski, francuski, basen, karate i gra na skrzypcach, jesli to wszystko robi sam?! Czas z nami spedza tylko w aucie? Oczywiście nie rozmawiamy po drodze, bo trzeba zdążyć/telefon/wstaw co chcesz . Zapiszmy dziecko na zajecia ruchowe, plywanie czy nawet karate. W ten sposob mu pomożemy ( pod warunkiem, że samo chce) rozładować stres i emocje. A najlepiej idźmy na ten basen wspólnie! To będzie najlepsze rozwiązanie, bo nie dość, że utworzymy z dzieckiem bardzo ważną a wrecz bezcenna więź, spędzimy wspolnie czas to jeszcze aktywnie. Potem przyjdzie moment, dziecko podrosnie i nie będzie juz chcialo z nami tyle czssu spędzać. Wybierze rowiesnikow. Ale więź wytworzona do tego momentu utrzyma się i będziemy na bieżąco z tym co się u dziecka dzieje, jakich ma znajomych i w jaki sposob spedza czas z nimi.

    Oczywiście nikt nie musi byc idealny. Przede wszystkim usiądźmy i powspominajmy, co robilismy w dzieciństwie sami. Może część z tych rzeczy warto pokazać dziecku? Nawet jeśli na początku będzie śmiesznie czy dziwnie, dziecko doceni. Zrozumie, że rodzic to nie tylko ten, co nakazuje albo nie ma dla nich czssu. To ktos, kto kiedys tez byl dzieckiem!
    Dlaczego proponuję tylko część? Bo nie wyobrażam sobie, bym pokazala moim dziewczynom np walkę na kamienie, albo rzucanie finka oparta na jezyku….chociaz…..strzelanie z własnoręcznie zrobionej procy czy łuku byloby ciekawe hahhaha
    Po prostu przypomnijmy sobie, ze tez bylismy dziećmi! I pamietajmy o tym. Ale postepujmy w zgodzie z wlasnym sercem! Bo to nasze, nie poradnika/sasiadki/kolezanki serce kocha nasze dziecko najmocniej! I wtedy wybierzemy najmadrzej!

    Patrzac z perspektywy czasu, gdybym dzis miała byc matką od nowa, nie zmienilabym nic! Nawet tych błędów, ktore zrobilam, bo one uksztaltowaly mnie na dojrzala, a moje dzieci na madre osoby!
    Pozdrawia Was nieidealna matka w kazdym calu!

    Ufff, sie rozgadalam. Ale jeszcxe dlugo bym mogla 🙂

  8. Bardzo się cieszę, że trafiłam na Pani tekst. Zaraz prześlę go koleżance, bo jest on podsumowaniem naszych kilkuletnich dyskusji. Przykłady na współczesne obłędy można mnożyć: znajoma znajomej została wezwana do dyrektorki przedszkola, bo jej kilkuletni syn wszedł pod stół i nie chciał wyjść; pewna mama z radością przyjęła diagnozę dziecka (dysleksja/ dyskalkulia/ hiperaktywność/nie pamiętam), bo (jak powiedziała psychologowi szkolnemu) w końcu czarno na białym wyszło, że to nie ona sp…ła sprawę. Mamy szczęście, że mieszkamy na podwórku, gdzie dzieciaki grają w koszykówkę cały dzień (wieczorami zmieniają ich czasami ojcowie), do rzeki i lasu rzut beretem, a jedną z ulubionych zabaw jest wyrywanie chwastów i oglądanie korzonków. Od czasu do czasu ktoś przyniesie naleśniki (o grozo, z czekoladą) albo ciasto (na margarynie i z białej mąki). Pozdrawiam serdecznie!

  9. Ciesze się, że wraca to proste podejście do wychowania, takie z lat PRL-u. Mam nadzieje, ze uda nam się wychować porządne dziecko w tych popapranych czasach.

  10. Fajny tekst, widać, że masz temat przemyślany choć nie ze wszystkim się zgadzam i utożsamiam, to wart przeczytania. Nie przekonuje mnie nigdy argument, że „kiedyś było inaczej, to znaczy lepiej”. Gdyby nasze matki miały dostęp do wiedzy, internetu i terapeutów to pewnie by korzystały. Więc to nie był ich wybór czy naturalny instynkt. Prędzej brak możliwości. Było podwórko i tyle. Nasze matki nie zastanawiały się nad jakością macierzyństwa i żyjemy, to prawda. Ala warto zastanawiać się nad jego jakością, przynajmniej ja się staram 😉

  11. nie zgodzę się z Tobą, jestem psychologiem, terapeutą -nigdy nie pracuje tak ze swoimi pacjentami, nie analizujemy tego co było w rodzinnym domu w kontekście przyczyn zgłaszanego problemu

      1. no właśnie zastanawiałam się czy wynika to z Twojego doświadczenia w kontakcie z psychoterapeutami czy z ogólnego stereotypu kozetki i Freuda:)

  12. Dziękuję za ten tekst, dziś mi tak bardzo potrzebny, zaskakujące jak nagle okazuje się że jest ktoś kto czuje jak ja 🙂 pozdrawiam z norweskiej północy

  13. To prawda…to co piszesz. Wyrazasz to wszystko, tak szczerze, prosto, a zarazem mega inteligentnie… Kocham …uwielbiam czytac twoj blog, zarazasz taka pozytywna energia, doceniasz wszystko, mimo, ze duzo przeszlas@ pisz dalej, czesciej, wiecej…dajesz sile kobieto 🙂

  14. Fajnie mi się to czytało. Właśnie jestem w takim momencie, że zastanawiam się czy dobrze robię, choć decyzje juz podjęliśmy. Mamy po 40 lat i chcemy cos zmienić w naszym życiu. Mieć mniej stresu, biegu. Bliżej naturę, ciszę. Ogród dla dzieciaków z trampoliną i placem zabaw. Chcemy wyprowadzić się z wielkiego miasta,którego mamy dość. Nie chcemy byc zamknięci w klatce z balkonem.Moja starsza córka marzy o domu, ogrodzie i trawie,zeby robić na niej gwiazdy:) – jest w tym dobra! I chce mieć własny pokój. I kotka. Ale tu chodzi do klasy sportowej i cały czas myslę, czy dobrze robię, czy mi wolno…Zdawała egzaminy,zeby do niej się dostać. I świetnie jej idzie. Tam,gdzie się wyprowadzamy klasy sportowej nie ma. Są rózne zajęcia dodatkowe (np. taniec,który tez lubi) i jest klasa sportowa w gimnazjum. Wiec wmawiam sobie,że bedzie dobrze. Ze nic jej nie zabieram, ze nie pogorszę jej życia. Bo przecież może potem zechce robić coś innego. Nie sportowego. Moze wyjedzie. Podobnie siostra czyli nasza młodsza córka. A my zostając tu gdzie jesteśmy aby mogła tu kontynuować naukę, zostaniemy w „klatce” z ogromnym kredytem. Generalnie ona nie moze doczekać sie wyprowadzki. Bo marzy o tym kotku, pokoju i trampolinie w ogrodzie. Choć własny dom nie bedzie od razu. Dopiero powstanie:) Reasumując, stwierdziliśmy jednak,że podejmiemy wyzwanie. Chcemy żyć spokojniej i szczęśliwiej. Mamy nadzieję,że szczęśliwiej też dla dzieci. Pozdrawiam!

    1. Gratuluję! Szczęśliwi rodzice, to szczęśliwe dzieci. A klasa sportowa… Pomyśl, niektórzy najlepsi sportowcy pochodzą z miejsc, gdzie nikt nawet o czymś takim nie śnił. Jak chce, ma talent, to i tak będzie to robiła. Może te gwiazdy na trawie będą lepsze niż na sali gimnastycznej;) Jeśli dzieci też chcą, to chyba grzechem by było powiedzieć NIE, bo kiedyś możesz żałować tego, że dzisiaj chcesz. Pozdrawiam i ściskam całą Rodzinkę

  15. Jak zawsze swietny tekst! Zgadzam sie w 100%
    Po co wysylac dziecko na kolejne zajecia dodatkowe skoro mozemy ten czas spedzic razem, tak po prostu, bawiac sie, grajac czy czytajac ulubione ksiazki(nie tylko wieczorem).
    Pozdrawiam!

  16. Bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie , co nas pchnęło do tych terapeutów?Dlaczego pokolenie trzydziesto, a bardziej czterdziestolatków nie jest w stanie budować trwałych związków.Bardzo daleka jestem od idealizowania dzieciństwa , tylko dlatego,że bujalismy sie na podwórkach etc.

    1. To nie kwestia idealizowania czegokolwiek. Trwałość związków nie jest wyznacznikiem powszechnego szczęścia. Kiedyś nie było możliwości ze związków rezygnować, bo nie było jak. Sądzę również, że pokolenie powojenne mogłoby zapełnić wszystkie gabinety psychiatryczne i terapeutyczne, ale musiało skupić się na tym, by nie nadepnąć na powojenną minę i mieć co włożyć do garnka. Pokolenie obecnych trzydziesto i czterdziestolatków o takie rzeczy w większości martwić się nie musi. Może więc zająć się jakością swojego życia. Dlatego szuka pomocy w odnalezieniu przyczyn swoich porażek i sposobów by sobie z nimi radzić. Obwinianie kogokolwiek o swoje nieszczęście jest z założenia błędem. To jest moje nieszczęście, więc tylko ja mogę coś z nim zrobić. Zmian mogę dokonać ja sama. Nie zrobi tego za mnie ani mama, ani tata ani Gierek, czy generał Jaruzelski. To co my robimy dzisiaj w najlepszej wierze dla naszych dzieci, za 30 czy 40 lat może zostać uznane za patologiczne. Nie ma recepty. Idealne rodzicielstwo nie istnieje. Istnieje tylko autentyczny człowiek, który jest idealny ze wszystkimi swoimi wadami. No to się rozpisałam:) Pozdrawiam serdecznie:)

    2. Może i tak… ale ja mimo wszystko uważam że tak jak moi rodzice zyli w czasach kiedy jak coś sie zepsuło to się to naprawiało… a teraz wymienia się na nowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.