satnam

AUTENTYCZNOŚĆ – Czy wytatuowałam sobie szatana?

Kawka z koleżanką. Dawno się nie widziałyśmy. Pijemy, jemy i blablamy. W kafejce gorąco, podciągam rękawy. Widzę, że ona zerka ukradkiem próbując rozszyfrować. – Wytatuowałaś sobie szatana!? – pyta zdumiona. Parsknęłam śmiechem. Dobrze, że zdążyłam przełknąć kawę, bo bym jej piegi dorobiła. – To nie szatan, tylko Sat Nam. – Spojrzała na mnie wyczekując wyjaśnienia. – Sat Nam w sanskrycie znaczy „Jestem Prawdą”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Jestem sobą, prawdziwą sobą”.

Tatuaż zrobiłam niedawno na przedramieniu lewej ręki, od Serca:) Ma dla mnie ogromne znaczenie. Jest po to, bym już nigdy nie zapomniała. Zerkam na niego kilka razy dziennie i zawsze sprawia, że się uśmiecham. Pierwszy raz rano gdy kończę witać słońce. W jodze i w czasie medytacji robi się wdech myśląc SAT i wydech myśląc NAM. Moje medytacje nadal przypominają bardziej podróż do krainy snów niż do krainy spokoju, ale mniejsza o to. SAT NAM – prawda, oddech życia, klucz do szczęścia.

Jak trudno być sobą

„Mam wrażenie, że od lat siedzę na bombie i ze wszystkich sił próbuję powstrzymać ją od wybuchu. Chcę żeby było dobrze, poprawnie, właściwie, tak jak powinno. Oszukuję się, że w innych małżeństwach też tak jest i trwają, a może nawet są szczęśliwe. Bomba nareszcie wybuchła. Mówię „nareszcie”, bo ja już nie miałam siły dłużej nad wszystkim panować i pilnować iluzji szczęśliwego związku. Patrzę na siebie ze zdumieniem i nie wiem, czy w ogóle siebie znam. Czy to jest moje życie, czy życie, które wymyślili dla mnie inni, a ja się tylko na nie zgodziłam.”

Bycie sobą to jedna z najtrudniejszych rzeczy w naszych czasach, w naszym świecie pełnym stereotypów i jedynie słusznych dróg i wzorców. Pełnym wylansowanych autorytetów, specjalistów od wszystkiego i super poradników. Od małego jesteśmy kształtowani zgodnie z czyjąś wizją, na czyjeś podobieństwo, zgodnie z jakąś modą. Często nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy. Dokonujemy wyborów, które nas uwierają, ale są „słuszne”. A gdy Dusza upomina się o swoje, podajemy jej Aspirynę i utyskując na przesilenie wiosenne, jesienne, czy jakieś tam, brniemy dalej. Są jednak takie jednostki, które w końcu mają dość. Które zrzucają pancerz i noszą środek na wierzchu. Które cieszą się ze wszystkiego i pomimo wszystko, które nikomu niczego nie mają za złe, nie zazdroszczą, kochają kochać, a nienawidzą tylko nienawidzić.

Autentyczność

Autentyczność jest możliwa tylko wtedy, kiedy dobrze poznamy siebie i nabierzemy do siebie zaufania. Czasem przychodzi nam o tę autentyczność walczyć, bo znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy już tylko zbiorem prawd i oczekiwań wszystkich naokoło i nie mamy nawet pojęcia kim jesteśmy.

Autentyczność jest na pierwszym miejscu wśród wartości, którymi się kieruję. Na przestrzeni ostatnich lat wielokrotnie musiałam o nią walczyć. Kiedy nie wiedziałam co będę w życiu robić, gdzie mieszkać i za co utrzymam siebie i dzieci, pokus było wiele. Kusił znajomy etatem w agencji reklamowej, naprawdę wspaniali znajomi proponowali projekty, w których kiedyś byłam dobra i pewnie teraz też bym dała radę. Ale to już nie jestem ja. Czasami budziło mnie duszące przerażenie, paniczny lęk przed jutrem. A ja wiedziałam, że chcę pisać. Głupie, bo wyżyć się z tego nie da, nie mam doświadczenia, za to trójkę dzieci z potrzebami. „Pędzisz za marzeniami moja droga, a życie to sztuka kompromisu.” – słyszałam nie raz. „Zapomnij, zejdź na ziemię.” – doradzałam sama sobie i w dobrej wierze. Czasami musiałam zamykać oczy i brnąć dalej napędzana jedynie wiarą we własne marzenia. Udało się! Dzisiaj piszę, a Wy chcecie to czytać. Coś, co wydawało się niemożliwe dzisiaj jest moim życiem. Dziękuję!

„There is nothing like a DREAM to create the FUTURE” 
– Victor Hugo

Świat kręci głową

Groźnym okiem karci tę moją niesubordynację. Ze mną nawet pogadać się nie da, bo przy stole biesiadnym najchętniej rozmawia się o tym jak komu źle lub co komu dolega. Słucham jak to ona w korporacji tyra po 20 godzin na dobę, nawet na imprezę przyszła ze służbową komórką, bo musi być pod telefonem. Wszyscy współczują, polecają podręczniki z kategorii „Jak wepchnąć trzy doby w jedną”. On na rząd narzeka, na remonty dróg i wieczne korki. Tamci na służbie zdrowia psy wieszają, bo bolą kolana, albo krzyż, a wizyta za pół roku. A ja urwałam się z krainy szczęśliwości jak bombka z choinki. Nic mnie nie boli, gęba się śmieje i nic nie dołuje. Mam trudne dni. Czasem płaczę, ale nie zmienia to poczucia szczęścia. Korki? Kocham korki, bo mogę słuchać audiobooków. Nie mam wiele czasu na czytanie, a wieczorem po trzech zdaniach chrapię. Audiobooki to moja pasja. Już nie raz jechałam dłuższą drogą, by dosłuchać do końca rozdziału. Remonty? Remonty są po to, żeby te korki zmniejszyć, poza tym jeśli nie mam na coś wpływu, a na budowę polskich dróg akurat nie mam, to odpuszczam i nie zaprzątam sobie tym głowy. Dostosowuję mój rozkład jazdy do rozkładu wykopalisk na drogach i tyle. Co do korporacji, hmm to temat na odrębny wpis:)

Brak autentyczności prowadzi do katastrofy w każdej dziedzinie życia. Nie da się wyreżyserować siebie na czyjąś modłę i być szczęśliwym. Po prostu się nie da. Będąc sobą reaguję na to co mi się przydarza spontanicznie i autentycznie, często odmiennie niż by tego oczekiwano, ale nie po to by być inną. Nie. Bo to by była nieautentyczna maska. Nie dzwonię do pięciu koleżanek i członków rodziny po radę. Wykonuję telefon do mojej duszy i czekam na odpowiedź.

Praca

Czy kiedyś ktoś ci powiedział: „Z tego nie da się wyżyć, daj sobie spokój. Bądź lekarzem, prawnikiem, dyrektorem, czy kimś tam”, „Nie zaprzątaj sobie głowy takimi bzdurami. I tak nic z tego nie będzie”. Te słowa wgryzły się tak głęboko w twoje serce, aż zeżarły to kim naprawdę jesteś, twoje powołanie, twoją pasję i robisz dzisiaj to co jest poprawne, prestiżowe, dochodowe albo modne, a nie to co cię kręci. Dziwisz się, że rano nie chce ci się wstawać, bo nie cieszy cię perspektywa kolejnych godzin udręki w pracy, za którą nie przepadasz, ale wszyscy ci jej zazdroszczą.

Związki

Zdrowy związek może powstać tylko wtedy, gdy spotkają się dwie autentyczne osoby. W przeciwnym razie, to trójkąt, a często czworokąt: ona wymyślona i ona prawdziwa z nim wymyślonym i nim prawdziwym. Boże, tu by można osobną książkę napisać. Zaczyna się już na początku. Widzisz faceta-marzenie w pracy – tej okropnej i podłej, czyli w sumie nie powinno cię tam wcale być, bo to nie twoja bajka. Ten facet też nie. No ale wysoki, pięknie zbudowany. Robisz mały research i już wiesz, że lubi konie, chodzi na siłownię i je na śniadanie tylko to co ma kolor spiruliny (zielony dla tych co nie wiedzą). Pędzisz do sklepu, kupujesz najnowsze Najki i króciutki topik, choć nie tak dawno nabijałaś się z koleżanki, którą w czymś takim widziałaś. Kupujesz karnet na siłownię, choć brzydzisz się tych zapoconych ławek, ale wciągasz brzuch, wypinasz biust i strzelasz sobie cudne selfie ze sztangami w tle. Weekend spędzasz na koniach, chociaż śmierdzą jak łajno, ale toczek na głowę i pstryk. Fotki lecą na fejsa, a ty przychodzisz do pracy z koktajlem ze szpinaku na lunch. Od czasów przedszkola wymiotowałaś na jego widok, ale teraz… Przynęta działa, heros zaczyna na ciebie zerkać. Lunchyk, kino, seks i ślub. Jest cudownie, masz co chciałaś, czyli pięknego Adonisa u swego boku zaobrączkowanego kółkiem z twoim imieniem.

Nareszcie! Nareszcie możesz odpuścić. Odpuszczasz siłownię i wypuszczasz brzuszek. Szpinak dotykasz tylko w gumowych rękawiczkach. Zaczynasz awanturować się o jego godziny na siłowni, a on robi ci wymówki z powodu tłustych potraw pływających w śmietanie. No i to już koniec bajki. Nie ciebie poślubił, tylko laskę z siłowni, którą z siebie zrobiłaś. A przecież mogłaś być sobą! Ładny, to ładny, ale nie dla ciebie. Dla ciebie ten co tak jak i ty woli wakacje w kurortach all inclusive. Taki co zamiast twardych bicepsów woli u kobiety puszysty tyłek. Taki co będzie cię kochał za to kim jesteś naprawdę. Życie wtedy jest proste. Nie trzeba wciągać brzucha, pilnować się na każdym kroku, ani niczego poświęcać. Nie trzeba udawać i pamiętać co i jak należy robić. Po prostu się jest i to drugiej osobie wystarcza.

Rodzicielstwo

To już tort wielowarstwowy. Wymyślony on z prawdziwą oną, wymyśloną oną i prawdziwym nim wychowują dziecko. Biedactwo ma czworo rodziców. Po jednym tym co chce być wzorowym rodzicem, ale nie umie, więc się uczy od autorytetów w tym tych z książek i własnego dzieciństwa i po jednym co umie, wie, ale nie chce, bo rodzic powinien być chodzącym ideałem i wzorem nieskazitelnym, a żadne z tych prawdziwych takie nie było. Wymyśleni bajki swym pociechom na dobranoc opowiadają, jak to oni same piątki zbierali, a ty co pędraku mały pałę mi tu przynosisz! To taka motywacja z gatunku „Nigdyniewystarczającodobry jesteś”. Dziecko zmaga się i spina, stara i katuje, aż około dojrzewania buntuje, bo ile można gonić idealnego rodzica, co to seks dopiero po ślubie uprawiał i to wyłącznie w celach prokreacyjnych, nigdy nie kłamał, nie kradł, nie palił, za to zawsze wszystko wygrywał, prymusem był wzorowym i zawsze wszystko wie, nawet jak nie wie, to wie. Bleeeee. W okresie dojrzewania dziecko zaczyna coś podejrzewać, że małe nieścisłości wkradły się między wiersze i w końcu autorytet upada, a w jego ruinach leży miłość, zaufanie i bliskość. Dzieciak daje nogę we własny świat, przez chwilę buntuje się i eksperymentuje z czym się da, tylko po to by odkryć, że się nie opłaca. Nie opłaca się być sobą, bo na glany krzywo w szkole patrzą, do roboty z kolczykiem w nosie nie przyjmą, a ojciec paskiem tego malarza z chłopaka wytrzepał – poszedł na ekonomię. Prawdziwy on dostaje dożywocie, a ten wymyślony święci triumfy gdzieś tak do połowy życia, bo wtedy zaczynamy się zastanawiać, że coś jest nie tak. Ta nasza praca do dupy i ten związek nawet już do dupy nie jest. Rozpaczliwie szukamy, a ekipy psychodetektywów wspomagają nas w tych poszukiwaniach. I jakie jest nasze zdziwienie, gdy wyciągamy z głębokiego lochu zagłodzone małe coś, co kiedyś było pięcioletnim chłopcem, albo dziewczynką. Wystarczy tego chłopca, albo dziewczynkę pokochać na nowo i zacząć słuchać ich głosu, a życie nabierze autentycznego sensu.

„Jednym z największych lęków na świecie jest lęk przed opinią innych. Dopiero w momencie, w którym nie odczuwasz strachu przed tłumem przestajesz być owcą – stajesz się lwem. Wówczas w twym sercu rodzi się potężny ryk, to zew wolności.” – Osho

Kochani, bądźcie autentyczni! Kochajcie się i kochajcie siebie na litość boską! Lecę witać słońce, a na koniec cmoknę tego „szatana” na moim przedramieniu, bo ten szatan to ja. Nie, nie taki z rogami i ogonem diabeł jakiś. Boże broń! Taki łobuz po prostu, co to woli własną ścieżkę niż wydeptane przez tłumy aleje. Sat Nam:-)

AUTENTYCZNOŚĆ – Czy wytatuowałam sobie szatana?
3.89 (77.78%) 18 votes

2 thoughts on “AUTENTYCZNOŚĆ – Czy wytatuowałam sobie szatana?

  1. To powyżej Twitter. Podziwiam Panią za odwagę mówienia otwarcie o trudnych sprawach oraz za pokonanie swoich słabości, za pokorę życiowa, dzięki czemu zdaje sie Pani byc szczęśliwa Kobieta.

  2. I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli….. 😉
    Buźka . Pięknie napisałaś.
    Prawda to absolut: Sat-Chit-Ananda… Bóg..Jestem który jestem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.