Antydepresanty – brać, czy nie brać

Leczenie depresji wzbudza wiele kontrowersji. Temat ten pojawił się jako pierwszy w komentarzach po moim ostatnim wpisie „Kiedy spadanie staje się lataniem”. Dlatego piszę o nim teraz, choć miałam w planach coś innego. Czuję, że wyjaśnienie tej kwestii na samym początku jest bardzo potrzebne.

Nie jestem lekarzem, ani terapeutą. Przez wiele lat zmagałam się z depresją. Dotknęłam dna i wyszła z tego upadku zupełnie inna. Prawdziwa, autentyczna, odważna, ciekawa i pełna miłości do siebie, świata i ludzi. To co przeczytacie w kolejnych odcinkach, to o czym jest książka, to moje, powtarzam, MOJE, doświadczenia i MOJA droga. Nigdy nie powiem “Podążaj za mną, rób to co ja, a będziesz szczęśliwym człowiekiem”. Zawsze podkreślam, żeby szukać własnej drogi. Postaram się pokazać jak ja odnalazłam moją i jak Ty możesz odnaleźć swoją, ale nie powiem Ci którędy Twoja droga prowadzi, bo to by była moja droga, nie Twoja. Moje życie, nie Twoje. A Ty masz żyć własnym życiem i być sobą. Postaram się nauczyć Cię jak słuchać TWOJEGO Serca, jak nauczyć TWOJĄ Duszę śpiewać, jak sprawić, by TWÓJ Rozum pomagał realizować TWOJE cele, a TWOJE zdrowe Ciało niosło Cię w kierunku, który TY obierzesz. 

No więc leczyć, czy nie leczyć farmakologicznie?

Pozostanie przy życiu jest sprawą nadrzędną. Tak długo jak żyjesz, możesz swoje życie zmienić. Ale decyzję co do leczenia farmakologicznego musisz podjąć Ty. Tak, Ty. Nie ja, współmałżonek, rodzic, czy lekarz, tylko Ty, bo to Twoje życie i tylko Ty wiesz co dla Ciebie jest najlepsze.

Zanim zaczniesz brać leki antydepresyjne zadaj sobie proste pytania i szczerze na nie odpowiedz:
• Dlaczego mam brać leki?
• Czy po to żeby przeżyć i zacząć pracować nad zmianą swojego życia?
• Czy w lekach szukam rozwiązania moich problemów, chcę dostać PIGUŁKĘ SZCZĘŚCIA i żyć tak jak żyłam do tej pory?

Parę lat wcześniej trafiłam do terapeuty. Nic mnie nie cieszyło, choć miałam wszystko. Byłam przybita, smutna, ogarniało mnie poczucie beznadziei. Terapeuta spytał czego od niego oczekuję. – Chcę dostać jakąś pigułkę, żebym się ogarnęła i mogła normalnie żyć” – taka była moja odpowiedź. Wtedy pigułki nie dostałam. Przeszłam krótką terapię, wzięłam się w garść, ale nie byłam gotowa na zmiany, które by pozwoliły mi być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Chciałam dostać PIGUŁKĘ SZCZĘŚCIA i ruszyć dalej do moich obowiązków, mojego życia. Nie, nie mojego. Bo ono nie było moje, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Dopiero parę lat później dojrzałam do tego, by znaleźć źródło depresji, zrozumieć je i zmienić schematy postępowania tak, by żyć w zgodzie ze sobą.

Jeśli zdecydujesz się na leczenie, to zastanów się nad tym co dalej. Leczenie bez równoległej terapii może złagodzić skutki, ale nie wyleczy przyczyn. Jak długo zamierzasz przyjmować leki? Kiedy i jak zdecydujesz żeby je odstawić?

Rozmawiałam niedawno z cudowną kobietą, która marzy o adopcji. Od lat jest na lekach, które stabilizują jej samopoczucie. Boi się, że to będzie przeciwwskazaniem do adopcji, a jednocześnie boi się odstawić leki. Najpierw jej życiem rządziła depresja, teraz leki. Jej życiem nadal kieruje lęk. Lęk przed życiem bez leków. Lęk przed samą sobą. Lęk przed oceną innych. Czy jest szczęśliwa? Nie wiem. Czy jest wolna? Czy jest sobą?

W 2014 roku, kiedy zmagałam się z depresją i całym moim życiem, przeczytałam wywiad z jedną z czołowych polskich sportsmenek. To był jej coming out. Przyznała się, że od lat zmaga się z depresją, że są dni, które spędza w łóżku gapiąc się w sufit. To co mnie uderzyło, to był jej żal, że leki nie działają. Miałam wrażenie, że to w nich pokładała całą nadzieję na wyzdrowienie, a kiedy zawiodły, załamała się jeszcze bardziej. Pamiętam jak czytałam ten artykuł i to jej wyznanie, że teraz zamierza rzucić się w wir sportowych treningów. Pamiętam mój wewnętrzny sprzeciw. Bo leki nie pomagają, gdy przyczyna depresji pozostaje. Mogą ją zagłuszyć, przytłumić, ogłuszyć, ale ona i tak wylezie w najbardziej niespodziewanym momencie. Najważniejsze jest to, by znaleźć przyczynę i zmienić swoje życie tak, by być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Szczęśliwy człowiek to nie taki, który stoi na podium, a w momencie, gdy z niego schodzi natychmiast wpada w ramiona depresji. To nie taki, który zdobył kolejny kontrakt, kupił kolejny samochód, czy dom, bo moment osiągnięcia celu jest również początkiem kolejnego doła. Szczęśliwy człowiek, to nie taki, który właśnie przeżywa kolejny romans, awans, czy wygrywa w totolotka, ale taki, który jest szczęśliwy bez powodu. A szczęśliwy bez powodu to taki człowiek, którego Serce, Dusza, Rozum i Ciało są jednym i w harmonii podążają w tym samym kierunku. 

Płomienne romanse, drogie przedmioty, czy totolotek nie mają ze szczęściem nic wspólnego. Szczęście jest w nas samych. My jednak wolimy szukać go na zewnątrz i wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Trzymamy się kurczowo przeszłości, pragnąc powrócić do chwil, w których byliśmy szczęśliwi, albo pędzimy ku przyszłości, która ma nas zbawić. To strasznie męczące, mało satysfakcjonujące, a czasem bardzo bolesne. W końcu decydujemy się na pigułki, które mają złagodzić ból codziennej egzystencji. Dysponujemy gigantycznym arsenałem środków mających na celu zmuszenie naszego Ciała do milczenia i posłuszeństwa. Od środków przeciwbólowych, poprzez wszelkiego rodzaju suplementy mające poprawić sprawność seksualną, polepszyć nastrój, uleczyć wątrobę żebyśmy mogli więcej jeść i złagodzić objawy kaca żebyśmy mogli więcej pić, aż po leki antydepresyjne. O lekach antydepresyjnych mogę powiedzieć wyłącznie to, co o nich wiem z własnego doświadczenia. Przerobiłam trzy lub cztery. Nie będę cytować ich nazw, bo wszystkie miały wspólny mianownik – smażyły mi mózg, który wymiotował do wnętrza mojej głowy. Miałam mdłości, nic nie mogłam jeść, chudłam. W najgorszym momencie ważyłam 47 kg. To o 10 kg mniej niż ważę obecnie! Miałam zawroty głowy i omdlenia. Nie mogłam się skoncentrować nawet na prowadzeniu samochodu. Często miałam wrażenie, że jestem obok siebie. Myślę, że nadawałam się do zamknięcia. Na pewno nie nadawałam się do prowadzenia pojazdów, a pojazdów z dziećmi w szczególności. Nie nadawałam się do pracy, ani do codziennego życia. Mój organizm, moje ukochane, mądre Ciało dawało mi głośno i wyraźnie do zrozumienia, że je zatruwam. 

Pamiętnik, czerwiec 2014
“Skarżyłam się psychiatrom, psychologom, kardiologom i lekarzom pierwszego kontaktu na koszmarne samopoczucie po lekach. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to normalne, że za parę miesięcy organizm się przyzwyczai. Leczenie miało trwać rok, do trzech lat. Co do cholery jest normalne?! To, że opisane przeze mnie objawy są wyszczególnione jako skutki uboczne w ulotkach dolekowych nie znaczy, że to jest normalne! Do czego się przyzwyczai?! Moje mądre Ciało broni się jak rażony prądem lew. Wszystkimi możliwymi kanałami daje do zrozumienia, że te leki są dla mnie złe, bardzo złe. Pewnie faktycznie po 2,3 miesiącach opadłoby z sił i zaprzestało walki. Pewnie mój mózg osiągnąłby konsystencję jajecznicy, którą można dowolnie pobełtać. Odmówiłam. Na mojej karcie leczenia widnieje komentarz: pacjentka odmawia leczenia farmakologicznego. Tak odmawiam. Z pełną świadomością, którą jeszcze na tym etapie posiadam i całą stanowczością, odmawiam! Wiem, że leki antydepresyjnie niektórym pomagają, a nawet ratują życie, ale uważam, że aby wyleczyć się z symptomów depresji należy odnaleźć i uzdrowić jej źródło. Leki jedynie neutralizują jej symptomy. Nie jestem lekarzem, ale twierdzę, że leki antydepresyjne są jak Paracetamol na raka. I pomyśleć, że potrzeba nawet trzech lat, żeby skutecznie ogłuszyć Ciało człowieka, tak by przestało upominać się o życie, które nie powoduje depresji. Nie chcę być od niczego, uzależniona. Ja postanawiam, że będę wolna. Od leków też.”    

Wychodzenie z depresji to długi proces

Mnie zajęło to rok. Bez leków antydepresyjnych. Zważywszy jednak, że spędziłam większość życia, żeby się w depresję wpakować, rok to całkiem dobry wynik. Przez około dwa miesiące przyjmowałam Xanax, który powodował, że nie miałam skrajnych emocji. A więc żadnych dołów, ale też żadnych uniesień. Ot, takie życie o temperaturze pokojowej. Ja jednak zapragnęłam zwiedzać lodowce i wspinać się na szczyty wulkanów. Chciałam żyć z pasją, doświadczać wszystkich jego odcieni, zapachów i temperatur, dotykać wszystkich emocji. Chciałam, by życie pełnią życia było dla mnie bezpieczne, chciałam czerpać pełnymi garściami i oddychać pełną piersią, smakować zarówno łzy rozpaczy jak i radości. Wiedziałam, że będzie to dla mnie bezpieczne tylko wtedy, kiedy w pełni zaakceptuję i pokocham siebie. Kiedy będę mogła podejść do moich problemów i smutków bez obwiniania i samochłostania. Kiedy nauczę się traktować siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z wyrozumiałością zarezerwowaną jedynie dla dziecka i zachwytem dla kobiety, którą jestem. 

Bycie Kobietą nie dla wszystkich jest takie proste i oczywiste. Dla mnie nie było. Mogę powiedzieć, że zostałam kobietą dopiero w wieku 40 lat. Ale o tym za tydzień, 8 marca:)  

  

  

  

Antydepresanty – brać, czy nie brać
4 (80%) 12 votes

18 thoughts on “Antydepresanty – brać, czy nie brać

  1. Czasem kwestia brania lub nie- leków nie jest kwestią wyboru tylko koniecznością. Gdy mimo przebytej półtorarocznej terapii, 3miesiecznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, ciągłe lykasz tabletki i kolejny raz je odstawiasz, a DEPRESJA WRACA ZE ZDWOJONĄ SILA, nie zastanawiasz sie czy chcesz być wolny czy nie, tylko po prostu leczysz sie,by Żyć. By nie mieć myśli samobójczych, zupelnej bezsenności i nie widzieć świata Dosłownie na czarno. Wolę lykac i żyć, niż przestać i znaleźć się w piekle depresji.

  2. Ehh… Mam mieszane odczucia co do tego wpisu.
    Z jednej strony bardzo dobry opis psychologicznego źródła depresji, z drugiej strony potraktowanie leczenia farmakologicznego jak jakiegoś szarlataństwa.
    Powiem w ten sposób… metody leczenia depresji powinno się dobierać stopniowo i w zależności od jej nasilenia.
    Po pierwsze należy zrobić podstawowe badania u lekarza rodzinnego. Jeśli przykładowo coś nie tak będzie z tarczycą, a przez brak badań to całe leczenie psychologiczno-psychiatryczne pójdzie w gwizdek.
    Po drugie, jeśli nasilenie deprechy jest poważne to często uniemożliwia psychoterapię i antydepresanty trzeba potraktować jak coś co umożliwi pracę nad sobą.
    Po trzecie, leki antydepresyjne przez pierwsze 2-6 tygodni „wkręcają się” i nie ma to nic wspólnego z niszczeniem mózgu. Wręcz przeciwnie, udowodniono że są one w stanie odbudować mózg zniszczony przez depresję. Subiektywne wrażenia z tzw. wkręcania się leku mimo że bardzo silne, to nie mają nic wspólnego z tym co tak naprawdę dzieje się z organizmem podczas ich przyjmowania. Powiem Ci więcej… doraźne przyjmowanie uspokajaczy a zwłaszcza benzodiazepin(np. Xanax) może mieć o wiele gorsze skutki długofalowe niż przykładowo SSRI i nie chodzi tylko o uzależnienie.
    Kolejna sprawa, nie każdy może sobie pozwolić na psychoterapię. Raz że w wielu miejscowościach brakuje terminów na NFZ (co miesięczna terapia to zbyt mało przy umiarkowanej lub ciężkiej depresji), a dwa że ciężko znaleźć dobrego psychologa – w przeciwnym wypadku taka terapia będzie działała jak placebo, ale nie doprowadzi do remisji choroby. Poza tym na prywatną terapię mało kogo stać ;/
    Podsumowując… uważam że faktycznie traktowanie prochów jako środków do uśpienia choroby i dalszego zapie*dalania wbrew sobie jest głupie i nie rozwiązuje problemów. Może je nawet nawarstwić. Natomiast jeśli człowiek wie jak z tych środków korzystać, to można sobie pomóc na dłuższą metę bez konieczności przyjmowania prochów do końca życia(choć endogenna forma depresji może wymagać nawet tego).

  3. Są przypadki kiedy faktycznie branie antydepresantów jest koniecznością – np. w sytuacji kiedy bez nich zupełnie niemożliwe stałoby się podejmowanie aktywności zawodowej czy społecznej. Natomiast bardzo często tego typu leki są nadużywane, kiedy w rzeczywistości wystarczyłaby po prostu psychoterapia. Nie jest też dobrym rozwiązaniem leczenie psychiatryczne bez jednoczesnej pracy z emocjami pacjenta.

    1. Dokładnie tak. Każdy przypadek jest inny. Ale jeśli idę do rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej skonsultować się w sprawie nastoletniego syna i dwukrotnie podczas rozmowy słyszę, że być może to młodzieżowa depresja i trzeba będzie zaaplikować antydepresanty żeby było mu łatwiej przejść przez dojrzewanie, to nóż mi się w kieszeni otwiera:(

      1. Pani Agato jako pracownik PPP oburzam się na takie podejście do tematu. Nie istnieje coś takiego „jak przetrwanie okresu dorastania z depresantami”:/ jeśli podejrzewają zaburzenia nastroju to powinni wysłać Was na konsultacje do psychiatry, a już na pewno zaproponować jakiś rodzaj pracy terapeutycznej.
        Ale też nie zgadzam się w kwestii leków. Ich skuteczność u dzieci i młodzieży bywa znikoma, ale u dorosłych dobrze dobrana farmakoterapia może zdziałać cuda i pomóc przejść przez psychoterapię np. w sytuacji bardzo nasilonych myśli samobójczych. Bo zgadzam się że psychoterapia jest niezbędna. Ale np. nadużywanie w leczeniu depresji benzodiazepin jest w pl nagminne, a nie wszystkim wiadomo że sa to leki uzależniające. Co do psychoterapii- ważne też w jakim nurcie psychoterapeutycznym podejmuje się terapię i czy jest ono oparte o dowody naukowe, czy psychoterapeuta ma certyfikat, czy pracuje pod superwizją.
        Zgadzam się z Panią, że najlepszym sposobem na wyleczenie depresji jest praca nad przyczyną i źródłem problemu,ale w pl mamy tak kiepska dostępność psychoterapii na nfz, a zdecydowanie łatwiej dostać się do psychiatry. Czasem to niezbędne np. przy bardzo nasilonych myślach samobójczych.

  4. Agata: „Nie jestem lekarzem, ale twierdzę, że leki antydepresyjne są jak Paracetamol na raka”

    Dla mnie zaś okularami, dzięki którymi bardzo dobrze postrzegam rzeczywistość 🙂

    Depresję miałem chyba od zawsze. Już jako 7-8 latek dziwnie się czułem. Nie wiedziałem wówczas co to jest. Nie znałem odpowiedniego słowa. Przechodziłem przez kolejne etapy dojrzewania i sytuacji życiowych, ale depresja i nerwica ciągle napierały. Dopiero w wieku 28 lat dostałem paroksetynę. Mój świat zmienił się na lepsze. Nigdy tak dobrze się nie czułem. Obecnie mam 35 lat. Kilkukrotnie odstawiałem tabletki, by szybko przypomnieć sobie jak bez nich jest mi źle.
    Jestem szczęśliwym posiadaczem „super-okularów” i mogę nosić je do końca życia.

    1. Piotrze, to jest moje, zupełnie subiektywne zdanie. Mam też inne potrzeby niż Ty. Ja nie chcę żyć z pigułką. To oczywiście kwestia wyboru. Mam ogromną potrzebę wolności. Uważam, że można żyć tak, by nie potrzebować leków i mnie się to udało. Ale nikomu nie chcę narzucać swojej ideologii. Są też tacy, którzy tak jak ja pragną żyć bez leków, którzy po lekach zamiast lepiej, czują się gorzej, którzy chcą sięgnąć głębiej, czyli do źródła tego „dziwnego samopoczucia” i zmienić je. Dla tych wszystkich osób napisałam książkę, ale też dla tych, którzy nie zamierzają rzucać leków, tylko chcą lepiej poznać siebie. Cieszę się, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Jeśli zechcesz przeczytać książkę, będzie mi miło, jeśli nie, to dla mnie też OK:)
      Pozdrawiam serdecznie:)

    2. Witam Piotrze,
      Ja mm podobn doświadczenia ale z efectinem, ktory po prostu jest i chyba to On (co za persobifikacja) wyrzuć Dementora (żeby wspomnieć o Harrym Poterze i Jego Autorce).
      U mnie to trwa 20 lat od 40-tego roku życia. Dużo by można mówić…. NAGORSZE JEST W TYM ŚWIŃSTWIE to Brak Nadziei jakby Dr Jekyll i Pan Hyde.
      Pomagają mi chyba również mówione mantry. Długo ich szukałam (Budda, Ajureda itd) Dzięki uporowi i życzliwości mojego Cierpliwego Męża , znalazłam!!! To „Ojcze nasz…. i Zdrowaś Mario……” do Kościoła nie chodzę, Biblię czytam z ciekawością…
      Piotrze pozdrawiam słonecznie z Wrocławia (u nas zawsze cieplej) Małgorzata

  5. Moim zdaniem trzeba brac leki tylko problem jest w tym zeby trafic we wlasciwy<
    Oczywiscie mowie to na wlasnym przykladzie, na mnie najlepiej dzialala fluoksetyna

  6. Agato! Doskonały wpis. Myślę, że wielu ludziom, którzy zażywając leki czuli to co Ty uświadomi, że ich intuicyjny sprzeciw przed szpikowaniem się psychotropami nie jest niczym złym i nie jest brakiem chęci leczenia. Uważam, ze i tak trafiłaś na niezłych psychiatrów, bo poinformowali Cię, ze leczenie będzie trwało od roku do trzech lat. Ja byłam u kilku lekarzy, którzy twierdzili, ze leczenie musi trwać przez całe życie. Kiedy mówiłam, ze w bardzo szybkim tempie tyję (8 kg w ciągu miesiąca) nikt tego nie słuchał. Mało tego psychiatra przepisał mi dodatkowo do leku antydepresyjnego relanium. Trzy razy dziennie miałam zażywać mniejszą dawkę, a na noc 5 mg. Ta mieszanka spowodowała, że wreszcie dobrze się poczułam, żyłam w nieustannej euforii, wszystko było piękne, nie istniały dla mnie przeszkody. Pomyślałam w swojej wielkiej naiwności, ze wreszcie trafiłam na dobrego specjalistę. Wszystko skończyło się kiedy pan doktor poszedł na urlop i przyjęła mnie inna lekarka. Widząc mój stan złapała się za głowę i kazała mi stopniowo odstawiać relanium. Trudno jest mi opisać jak strasznie się męczyłam fizycznie. Objawy były uciążliwe, dosłownie toczyła mi się piana z ust, dreszcze, poty itp. Nie wiem co byłoby ze mną gdybym zażywała to latami skoro po trzech miesiącach takie były objawy odstawienia. Moje „szczęście” się skończyło, a ja wpadłam w stan taki jak opisałaś. Nie czułam ani smutku, ani radości-nie czułam nic. O terapii też nie mam dobrego zdania. Na początku człowiek się cieszy, że ktoś go uważnie słucha, zadaje mądre pytania w odpowiednim momencie, ale po jakimś czasie ma dość, bo ile można mówić w kółko o tym samym. Zwłaszcza, że nic z tego nie wynika. Chodziłam na terapię 5 lat, Gdzieś przeczytałam, ze depresja jest normalną reakcją na nienormalną sytuację. Myślę, że w moim wypadku tak było.

    1. Mirko, dziękuję za tak szczery list. Jest taki prawdziwy i mądry. Mam nadzieję, że to o czym piszę w jakimś stopniu pokaże inne możliwości działania. Ściskam Cię bardzo serdecznie:)

      1. Ja też Cię ściskam mądra, piękna kobieto! Wierzę, ze to co napisałaś dało innym do myślenia i zachęciło do walki o siebie.

    2. Popieram Agate ja leczę się na zaburzenia lękowe 3 lata brałam Arketis sssri próbowałam odstawić ale zawsze wracałam do.leku a zaczęło się od nieudanego małżeństwa i wyjazdu męża za granicę problemy mąż gnebil mnie psychicznie kłótnie przez telefon straszenie rozwodem rozsypalam się zostałam sama z córką jakby nie rodzice to nie miałabym gdzie mieszkać zaczęłam chodzić do psychiatry jedne tabletki nie pomagały następne i tak metoda prób o błędów Arketis zadziałał tak ze stany lękowe się zmniejszyły ale wszystko zostało bo.nikt nie uratował mi małżeństwa które mnie zabijalo dopiero psychoterapia mi pomogła zrozumieć przyczynę mojej choroby ze to zachowanie męża to moja nerwica zrobiłam się silniejsza złożyłam pozew i dostałam rozwód było ciężko do końca nie byłam pewna czy dobrze robie ale teraz po 3 latach odstawiłam leki dopiero teraz miałam siłę jak odeszlam od swojego oprawcy wiec pamiętajcie że siła nie jest w tabletce może doraźna tylko w nas trzeba ja poszukać i pomoc sobie najlepsza jest psychoterapia dociera do problemu i pomoga wszystko poukładac

      1. Albert Einstein powiedział: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” Dlatego, by wyleczyć swoje problemy i choroby o podłożu psychicznym trzeba zmienić swoje wzorce postępowania, które mamy głęboko zakorzenione w podświadomości.

  7. Pracowałam w stresie w dzień i w nocy. Dwa miesiące po urodzeniu dziecka, byłam już u klienta, mąż dowoził mi maleństwo, abym je nakarmiła. Po urodzeniu drugiego dziecka, 4 godziny później dzwoniłam do klienta, aby przekazać mu informację, że przygotowałam mu to, co co prosił (o 1 w nocy skończyłam zlecenie dla klienta, a o 4 urodziłam). Zamiast sukcesów zawodowych, po 10 latach prowadzenia firmy, zaczęły się problemy finansowe (zmieniliśmy branżę w nieszczęsnym 2008 roku), które w kilka lat później doprowadziły do bankructwa. W między czasie u syna pojawiły się dziwne objawy. Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Dopiero po dwóch latach inny lekarz stwierdził, że to coś innego. Nie trudno się domyślić, że mój organizm nie wytrzymał. Pojawiły się straszne lęki i depresja. Któregoś dnia za radą znajomej wybrałam się do psychiatry. Podobno bardzo dobry. Po 30 minutach opowiadania o swoich problemach lekarz dla formalności zadał kilka pytań, po czym wypisał receptę. I nie były to ziółka. Najwięcej czasu poświęcił na skutki uboczne, które mogą wystąpić w ciągu miesiąca. Gdy się pojawią, mam dzwonić. „Trochę” inaczej wyobrażałam sobie taką wizytę, ale ok. niech będzie. Wizyta 150 zł, za miesiąc kolejna. Wróciłam do domu, przeczytałam ulotkę. Wizja pojawienia się omamów otrzeźwiła mnie na chwilę. Mam przeżywać katusze przez 3 miesiące z nadzieją, że może będzie lepiej? W młodzieńczych latach często miewałam nocne koszmary. Nie wiedziałam co gorsze, moje lęki, czy tamte koszmary. Pudełko z lekami odłożyłam do szafy. Postanowiłam, że jak już naprawdę nie dam rady, to po nie sięgnę. W między czasie zrobiłam badanie krwi i wyszło, że mam bardzo niski poziom TSH, moja tarczyca prawie nie istniała. Rozpoczęłam leczenie tarczycy. O swoich problemach opowiadałam sąsiadce, która przez miesiąc spotykała się ze mną, aby pogadać o wszystkim i o niczym. Po każdej takiej rozmowie, moje lęki na kilka godzin chowały się do szafy i mogłam jakoś funkcjonować. Po miesiącu przyjmowaniu leku na tarczycę i rozmowach z sąsiadką, było lepiej. Zdecydowałam się podjąć terapię. Terapia z przerwami trwała ponad 2 lata. Po trzech latach wyjęłam opakowanie psychotropów i… wyrzuciłam. Z pełną stanowczością mogę powiedzieć, że dla lekarza psychiatry byłam tylko „grubym dzyń w portfelu”. Stały klient na długie lata. Jego zakichanym obowiązkiem było na samym początku zlecenie podstawowych badań i zaproponowanie czegoś „lżejszego”, co można odstawić po tygodniu. np. tabletki na sen, abym mogła się zwyczajnie wyspać!!!. Tabletki na sen wyprosiłam u lekarza rodzinnego, bo bez snu nie wyrabiałam na zakrętach. Przez dwa miesiące mój sen się wyregulował i nie miałam potrzeby brać ich dłużej!!!
    Jak słucham od znajomej, że ona bierze antydepresanty (pracuje w korporacji i potrzebuje energii…), po których nie może spać, więc psychiatra zapisał jej tabletki na sen i jeszcze coś na poprawę nastroju… to… @%&*(()#

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.