adopcjatopowolanie

Adopcja to powołanie

Jedni mówili, że też chcieli, ale się nie odważyli. Inni, że by się odważyli, ale to drugie nie chciało. Pozostali odradzali, bo oni by się bali. Czego się bali? Ano tego:


– Nie adoptuj dziewczynki, bo będziesz miała w domu…no wiesz – ostrzegała koleżanka. Zadbana, wykształcona kobieta na stanowisku, przed czterdziestką i po dwóch porodach – bo takie rzeczy ma się w genach…
– Tylko nie bierz rodzeństwa – doradzała życzliwa z bliskiej rodziny – bo takie rodzeństwo będzie zawsze zwalczać twoje dzieci.
– A jesteś pewna, że pokochasz? A jak nie pokochasz, to co? – pytali zatroskani znajomi.

W kwestionariuszu adopcyjnym wpisaliśmy: dziewczynka w wieku 0 – 6 lat, bo chłopców już mieliśmy. Rodzeństwo też braliśmy pod uwagę. Aleks miał lat 7 i chcieliśmy, by jego pozycja pierworodnego i najstarszego nie była zagrożona. Krystian, prawie dwuletni bobasek z zespołem Downa nie mógł uczestniczyć w głosowaniu, więc uznałam jego zgodę.

Wysoki Sąd wytrzeszcza oczy

– Kiedy zdecydowała się Pani na adopcję – zapytał Wysoki Sąd na pierwszej rozprawie.
– 10 lat temu – odparłam.
– 10 lat Pani czekała?! – Wysoki Sąd zdjął okulary i popatrzył na mnie podejrzliwie.
– Tak Wysoki Sądzie, bo adopcja to nie zakupy przez internet. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Gdy urodził się Aleksander, często chorował. Wstawałam do niego dziesiątki razy, poprawiałam poduszkę, podawałam leki, oklepywałam. A gdy zasypiał, stałam nad jego łóżeczkiem i myślałam o tych dzieciach, których nie ma kto okrywać i oklepywać. Nie ma kto kochać, przytulać, głaskać i czule dotykać. I wtedy zaczęło rodzić się powołanie. To piękne słowo ma w sobie „wołanie”. A mnie wołały te wszystkie dzieci. Każdej nocy zasypiałam myśląc o nich…

Przez następnych 10 lat wiele się wydarzyło. Staraliśmy się o kolejne dziecko, straciliśmy je, potem urodził się Krystian i to Krystian właśnie przyniósł wiadomość, że nadszedł czas… Adopcja. Nie czułam presji, bo mogłam mieć kolejne dzieci, czułam misję i wielką miłość do dziecka, którego nie znałam.

Państwa rodzina nie kwalifikuje się na rodzinę adopcyjną

Taki werdykt usłyszeliśmy w jednym z Ośrodków Adopcyjnych. To dziwne, bo kwalifikowaliśmy się przez pierwsze półtorej godziny rozmowy, aż do momentu kiedy padły słowa „zespół Downa”. Ten Ośrodek Adopcyjny niestety potraktował Krystiana zespół Downa jako przeciwwskazanie do adopcji. Dlaczego? Nigdy nie uzyskałam odpowiedzi. Ale powołanie, to powołanie i żadna pieprzona baba, nie była w stanie stanąć na drodze pomiędzy mną, a dzieckiem, które mnie wołało od tylu lat. Sytuację mojej rodziny opisałam w liście, który powieliłam i rozesłałam do Ośrodków Adopcyjnych w promieniu 200 km od Warszawy. Uznałam, że jeśli komuś nie pasuje zespół Downa mojego syna, to zrobi z listu kulkę i wrzuci ją do kosza, zamiast rzucać mi ją w twarz.

Był czerwiec, my w Kopenhadze, trzymałam Krystiana za rączkę na placu zabaw w Parku Tivoli. Zadzwonił telefon. Pani z Ośrodka Adopcyjnego zapraszała na rozmowę. Właśnie rozpoczęliśmy ostatni, dwuletni etap podróży do dziecka, które mnie wołało.

Ile puzzli kosztuje miłość?

Przez te dwa lata usłyszałam tak dramatyczne historie dzieci, że serce normalnego człowieka nie jest w stanie pomieścić żalu nad ich losem. I tu nie chodzi o takie medialne przypadki jak gwałty, czy pobicia. Tragedią jest stały brak miłości, niechęć, zaniedbanie, porzucenie, nienawiść, obojętność, przemoc fizyczna i psychiczna, ignorancja i zwykły brak zainteresowania. Dzieci, które nie płaczą, bo od pierwszych dni życia nauczyły się, że to nic nie daje, może tylko sprowadzić ból. Dzieci, które nie znają podstawowych pojęć, bo nikt ich tego nie nauczył. Dzieci, które nigdy nie wypowiadają swojego imienia i nikt nie zna dramatu, który sprawił, że nie chcą go wypowiadać. Dzieci, które w każdym obcym człowieku, za wszelką cenę szukają miłości, bo w sercu zamiast miłości mają wielką czarną dziurę. Poznałam Zosię, córkę prostytutki. Bladą, smutnooką dziewczynkę, która patrzyła na mnie z nadzieją i strachem równocześnie. Pobiegła po książeczkę z puzzlami i zaczęła układać. Kartę po karcie rozrzucała i coraz szybciej kompletowała. Z przejęcia trzęsły jej się paluszki, a kiedy ją pochwaliłam spytała cichutko: „Przyjdziesz jeszcze do mnie?” Ona się sprzedawała. Popisywała się swoimi umiejętnościami w nadziei, że kupi w ten sposób matczyną miłość. Nie przyszłam. Chciałam, nawet napisałam list w tej sprawie, ale Zosia została już adoptowana przez inną rodzinę. Czasem o niej myślę. Mam nadzieję, że jest kochana i szczęśliwa i nie musi już kupować miłości.

Powołanie jest na całe życie

Dzisiaj Ada ma 5 lat, a powołanie, to powołanie, pozostaje na całe życie. Najstarszy syn przyjaźni się z dziećmi z pobliskiego domu dziecka. Jestem z niego dumna, bo ignoruje stereotypy. Opowiada o niezwykłych więzach między młodzieżą, która tam mieszka, o tym jak wzajemnie się wspierają, jak sobie pomagają. Niektórych kolegów znam. Przychodzą do nas, są mi bliscy, a szczególnie jeden taki ancymonek, co to ma poranne problemy z nawigacją i wożę go rano do szkoły razem z moim łotrzykiem, co też gubi rano drogę. Miało być trochę za karę, a stało się okazją do porannych spotkań i rozmów i przerodziło w niezwykłą przyjaźń. Lubię te nasze poranki, chociaż muszę wstawać o 4:45 żeby ze wszystkim się wyrobić. Przepraszam, nie muszę, chcę, tak z powołania.

Pytacie, czy adoptować i jak

Opisujecie sytuację rodzinną i materialną, orientację seksualną, wiek i stan cywilny. To wszystko nie jest ważne, to tylko informacje techniczne. Ważna jest motywacja. Każdy powinien zadać sobie pytanie: „Dlaczego chcę adoptować?” Dziecko adoptowane, to wielki dar, ale i ogromne wyzwanie, test na uważność, słuchanie ze zrozumieniem i rozumienie bez słów. To bezwarunkowa akceptacja, 100-procentowa tolerancja. Jeśli chcecie adoptować, by wypełnić pustkę, zagwarantować jedynakowi towarzystwo, czy z jakiegokolwiek innego powodu niż miłość do dziecka, którego jeszcze nie znacie, to zastanówcie się jeszcze raz. A jeśli podejmiecie decyzję na „tak”, to staniecie u progu niezwykłego doświadczenia. Będziecie obserwowali jak każdego dnia w Waszych sercach rodzi się miłość do Waszego nowego dziecka. Jak to dziecko, dzięki Waszej miłości ożywa, pięknieje i rozkwita. Jak staje się podobne do Was na tak wielu poziomach, że z czasem zaczniecie zapominać, że nie było Was przy jego narodzinach.

Adopcja jest powołaniem, nie aktem desperacji, czy rezygnacji. Bezpłodność, śmierć, czy narodziny niepełnosprawnego dziecka są jedynie motywacją, by powołanie to wypełnić.

Co do formalności i wątpliwości, ja po prostu napisałam list opisujący naszą sytuację rodzinną i wysłałam do Ośrodków Adopcyjnych. Moja ukochana Pani Dyrektor, która na ten list odpowiedziała, do dzisiaj go pamięta:) Musi być szczery, prawdziwy i prosto z serca. Reszta stanie się sama:)

Adopcja to powołanie
4.48 (89.7%) 33 votes

8 thoughts on “Adopcja to powołanie

  1. Adopcja może być powołaniem, ale w naszym przypadku tak bym tego nie określiła. Adopcja to szansa na pełną rodzinę, a dzieci jak to dzieci, adoptowane czy biologiczne czasami doprowadzają rodziców do łez, częściej łez szczęścia, ale zdarzają się i łzy z bezsilności. Nie mam powołania do adopcji, wybrałam taką drogę z różnych powodów, najważniejszy to ten, że każde dziecko to dziecko, Mogę tylko być szczęśliwa, że moje dzieci się urodziły i że są z nami. Pozdrawiam

  2. Mam 2 adoptowane córki. Starsza wchodzi w dorosłość z bardzo silnym charakterem, młodsza ma 3 lata i zaburzenia integracji zmysłów na poziomie hard 😉 – czytaj „bardzo odczuwalne” nie tylko dla niej, ale i dla otoczenia… Może dlatego uważam, że w wieku 46 lat mogłabym mieć ksywkę Twarda. Mogłabym gdyby nie fakt, że nikt mnie nie traktuje poważnie i uznaje za wariata – po coś sobie brała taki kłopot na głowę?! Mogłaś mieć Karaiby, Grecję, doktorat, dawno spłacony dom… a jakżeś głupia to się męcz. No to się męczę… i kocham jak umiem.

  3. Chcialabym adoptowac dziecko. Maz jest na NIE. Mam 26 lat i dwoje dzieci. Mysle ze jeszcze dorosniemy do pozytywnej decyzji i ze we dwoje bedziemy tego chcieli

  4. To jest moim zdaniem wielka tajemnica… 🙂 Tajemnica serca – albo, tak jak piszesz, ma się w sercu takie pragnienie, albo nie. Ja wiem, że mam je od dawna hehe, choć trochę wypierane ischowane na lata, ale teraz gdy mamy z mężem sami pół roczną dziewczynkę jest ono na nowo silne… Gdy tulę naszą Lusinkę, śpiewam piosenki, gdy nawet zaciskam zęby wstając 35 raz w nocy bo zęby albo coś, to właśnie ta myśl kołacze się i przypomina o tych dzieciach, może tym jednym szczególnym, które gdzieś jest nieukochane, nieugłaskane, nieuspokojone… Musimy odnaleźć 🙂 Prawdę mówiąc troszkę się obawiam jak mój mąż na to zareaguje… Coś tam mu „bąkałam” kiedyś o tym kilkakrotnie, ale bez konkretów. No i oczywiście przypuszczam że rodziny nasze mogą nie „udźwignąć” tematu i będzie przykro – właśnie takie uwagi, że nie wiadomo co w genach itd… :/ jak się obronić? Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Olu, miłość sama się obroni:) Mąż może na początku mieć wątpliwości. Mężczyźnie czasem trudno dojść do ładu z uczuciami wobec własnego dziecka, a co dopiero wobec adoptowanego. Może mu być trudno, ale z czasem ten lęk mija. A potem się już nawet nie pamięta, że to nie rodzone osobiście:) A co do rodziny dalszej. No cóż, jak zobaczą Waszą miłość do tego dziecka i jego do Was, to nie będzie im wypadało nic innego jak również się zakochać:)
      Powodzenia w powołaniach;)

  5. cudowna, mądra miłość 🙂
    Nigdy nie zdecydowałam się na adopcję, bałam się właśnie, że nie pokocham …
    Czytam bloga zawsze z zaciśniętym gardłem, to wzruszenie, może tęsknota za „kimś” …
    Dziękuję Agata za ten dzisiejszy wpis …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.